O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

czwartek, 16 lipca 2015

Kilka dni przerwy

Nawet od najprzyjemniejszych rzeczy czasem trzeba odpocząć. Wyjeżdżam na kilka dni dlatego chwilowo nowe wpisy przestaną się ukazywać. Jak zaczynałem tworzyć tego bloga nie spodziewałem, się, że moje wypociny będą czytane na wszystkich kontynentach, poza Antarktydą. Nawet w tak egzotycznych państwach z polskiego punktu widzenia jak: Pakistan, Tanzania, Algieria, Kenia (szczególne pozdrowienia), Tajwan, Indonezja, RPA, Kolumbia, Martynika (to akurat terytorium a nie państwo), czy Iran. 
Pozdrawiam także czytelników w Samarze, Dublinie, Cork, Białej Podlaskiej Legnicy, Chrzanowie, Berlinie, Zabrzu, Bochni, Kolonii, Dąbrowie Górniczej, Zwoleniu, Winnipeg, Włocławku, Przemyślu, Amsterdamie, Antwerpii, Wysokiem Mazowieckiem, Wieliczce, Epsom, Hordaland, Malmo, Nowym Jorku, Chicago, Orlando, Passaic, Des Plaines, Kijowie, Nowym Targu, Preston, Sandton, wszystkich nie wymienię, bo by mi zajęło pół dnia.     
Na dole strony znajduje się sonda, kogo typujecie na mistrza Polski. Życzę udanych wakacji wszystkim którzy akurat przebywają na urlopach, albo planują odpoczynek w najbliższym dniach.

Wreszcie rusza Ekstraklasa

fot. polskieradio.pl
Nasza Ekstraklasa nie jest przesadnie mocna i ciekawa, ale jednak koszula bliższa ciału. Gdyby ludzie zainteresowani piłką mieli oglądać futbol tylko ze względu na jakość widowiska, to rację bytu miałoby pięć czołowych lig plus Liga Mistrzów. Zresztą one i tak startują później, więc tym bardziej można się skupić na rodzimych rozgrywkach. Poniżej małe typowanie jak będą sobie radzić poszczególne zespoły. Inne opinie są chętnie widziane w komentarzach.  Tylko proszę bez spiny, bo to zabawa, a nie hejtowanie nielubianych drużyn. 
Cracovia (7-8 miejsce) - krakowianie chyba wreszcie znaleźli odpowiedniego trenera. Drużyna z Kałuży ma potencjał na walkę w grupie mistrzowskiej. Z nimi nigdy nic nie wiadomo, ale tym razem powinno się udać. Trzeba tylko zacząć coś wygrywać także przed obcą publicznością.
Górnik Łęczna (15-16 miejsce) - tym razem nie unikną widma degradacji. Łęczna ma skromny budżet, przez co nie mogła się odpowiednio wzmocnić. Drugi sezon po powrocie do Ekstraklasy często bywa trudniejszy niż pierwszy. Odnoszę też wrażenie, że piłkarze są trochę zmęczeni trenerem Szatałowem. 
Górnik Zabrze (9-10 miejsce) - całkiem solidny skład udało się stworzyć przy Roosevelta, z jednym wyjątkiem. Brakuje tam klasowego napastnika, chyba że któryś z młodych okaże się talentem na miarę Milika. Jeśli nie, to czołowa ósemka może być poza zasięgiem.
Jagiellonia Białystok (3-4 miejsce) - w Białymstoku bez zmian. Na mistrzostwo są jednak za słabi, ale ponownie powalczą o puchary. Muszą się zmierzyć z tym samym problemem co Śląsk, czyli łączeniem różnym rozgrywek. Jeśli poradzą sobie z takim wyzwaniem, pozycja na koniec ligi może być nawet ciut wyższa.
Korona Kielce (15-16 miejsce) - cenię trenera Brosza, natomiast w Koronie panuje zbyt duży bałagan organizacyjny. Bez inwestora gwarantującego spokojny byt kielczanie skazani są na walkę o utrzymanie. Z obecnymi zawodnikami nie wróżę powodzenia i  wydaje mi się, że ta ekipa zasili grono pierwszoligowców.
Lech Poznań (1-2 miejsce)  - dla mistrza zawsze celem będzie obrona tytułu. Lech nie zaszalał na rynku transferowym, jednak na tle reszty Ekstraklasy i tak dysponuje dream teamem. Dla poznaniaków jedyne zagrożenie stanowi Legia. Rywalizacja tych ekip powinna być ozdobą ligi. 
Lechia Gdańsk (4-5 miejsce) - jak zwykle dużo się działo w okienku transferowym. Jerzy Brzęczek musi mieć świetną pamięć do twarzy, żeby poznawać swoich zawodników i nie mylić ich z tymi, którzy już odeszli. Tak czy inaczej są zdolni nawet do miejsca na podium. Inna sprawa, że dla Lechii to powinien być obowiązek, a nie tylko możliwość.
Legia Warszawa (1-2 miejsce) - przy Łazienkowskiej pałają żądzą powrotu na tron. Tym razem będą chyba mądrzejsi i bardziej się przyłożą do Ekstraklasy. Wygląda na to, że Duda jednak zostanie, więc już trener Berg nie ma wymówki jak przypadku sprzedaży Radovicia.
Piast Gliwice (8-9 miejsce) - stracili najlepszego strzelca, w zamian sprowadzili Barisicia i Karola Angielskiego. Ten drugi ma zadatki na duże odkrycie. Wydaje mi się, że Piast zanotuje lepszy sezon niż ostatnio. Niech tylko wreszcie ustalą hierarchię w bramce. Zamieszanie związane z tą pozycję źle wpłynęło na ilość traconych goli.  
Podbeskidzie Bielsko-Biała (11-12 miejsce) - coś tam się dzieje, ale w tym sezonie jeszcze poprawa nie będzie widoczna. Solidna kadra pozwala walczyć o środek tabeli. Pojawiają się nawet glosy, że Podbeskidziu może grozić spadek, ale osobiście nie sądzę.
Pogoń Szczecin (8-9 miejsce) - ligowy średniak. Pogoń mogłaby walczyć o coś więcej, gdyby bardziej zaangażowała się Grupa Azoty. Jak na razie w Szczecinie budują trwałe fundamenty i taką politykę trzeba chwalić. Michniewicz ma tylko ból głowy z napastnikami, jest niemal całkowicie uzależniony od Zwolińskiego.
Ruch Chorzów (14-15 miejsce) - największym problemem pozostaje brak pieniędzy. Poważnym atutem Niebieskich jest trener Fornalik, bez którego spadliby już w poprzednim sezonie. Jednak nawet on nie zawróci Wisły kijem. Zapowiadają się również kłopoty ze strzelaniem bramki. Utrzymanie będzie dużym sukcesem. 
Śląsk Wrocław (4-5 miejsce) - we Wrocławiu panuje status quo. Mistrzostwo to za wysokie progi, natomiast puchary są realnym osiągnięciem. W pierwszej fazie sezonu mogą odczuwać trudy rywalizacji na polu międzynarodowym, później jednak to nadrobią, ponieważ dysponują silniejszym zestawem piłkarzy od innych drużyn.   
Termalica Nieciecza (11-12 miejsce)  - w tym momencie chyba najbardziej medialny klub obok Lecha i Legii. Nieciecza stawia na zgraną ekipę, a nie spektakularne transfery. Taka polityka może okazać się strzałem w dziesiątkę i pewnie beniaminek kilka razy zaskoczy faworytów. Zwłaszcza jeśli będą mogli w końcu grać u siebie. Takie małe stadioniki bywają nieprzyjemne dla przyjezdnych.    
Wisła Kraków (5-6 miejsce) - kolejny sezon na przeczekanie. Wisła ciągle ma dość mocny skład, zwłaszcza pierwszą jedenastkę, z rezerwowymi już gorzej. Odszedł najlepszym zawodnik, jednak Mączyński, Cywka oraz Popović trochę wyrównują tą stratę. Tym razem prezes nie będzie obiecywał pucharów, ważniejsze jest wyjście na finansową prostą.  
Zagłębie Lubin (12-13 miejsce) - mimo, że to podopieczni Stokowca wygrali I ligę, to stawiam ich trochę niżej od Niecieczy. Raczej zachowają miejsce w elicie, ale znajdą się bliżej końca tabeli. Lubinianie liczą na wypromowanie młodego Krzysztofa Piątka, wątpliwości budzi natomiast defensywa.  





 

środa, 15 lipca 2015

Capello bez pracy

fot. bbc.co.uk
Dobiegła końca toksyczna współpraca rosyjskiej reprezentacji z włoskim trenerem Fabio Capello. Wieloletni opiekun Milanu, Juve, czy Realu otrzymał na odchodne gigantyczne odszkodowanie, więc raczej dobrze będzie wspominał swoją przygodę na wschodzie Europy. Inaczej myślą pewnie Rosjanie, którzy mają już dość zagranicznych szkoleniowców i dlatego następcą Capello zostanie Leonid Słucki. 
Kariera Włocha u naszego sąsiada zaczęła się w 2012 r. po nieudanym Euro. Sborna nawet nie wyszła z grupy, choć aspiracje sięgały strefy medalowej, a ofiarą klęski stał się Dick Advocaat.  Początek nowego selekcjonera był więcej niż obiecujący. Debiut przypadł w spotkaniu przeciwko WKS. Afrykańczycy może nie są światową czołówką, ale nazwiska kilku zawodników robią wrażenie. Dlatego remis trzeba uznać za korzystny wynik. Kolejne siedem meczów Rosjanie zakończyli bez porażki, a konfrontowali się między innymi z USA i Brazylią. Co prawda były to tylko sparingi, lecz przykładowo Portugalię ograli w eliminacjach do Mundialu. Niestety później zabrakło równie korzystnych rezultatów.
Zaczęło się od rewanżu na Estadio da Luz. Przegrać z Ronaldo i spółką jeszcze nie oznacza tragedii, jednak porażka przeciwko Irlandii Płn. była już sygnałem ostrzegawczym. Punkty zgromadzone na początku eliminacji pozwoliły mimo potknięć znaleźć się wśród 32 najlepszych ekip globu. Błędem był dobór rywali przed Mundialem. Rosjanie poszli na łatwiznę i mierzyli się przede wszystkim ze średniakami. Dlatego niezłe wyniki ich uśpiły, jak na przykład zwycięstwo z Koreą Płd. Z tym przeciwnikiem zagrali ponownie w Brazylii, już z gorszym skutkiem, bo tylko zremisowali. Doszła porażka z Belgią i podział punktów z Algierią, zatem znowu trzeba było przedwcześnie wracać do domu. Szwankowała przede wszystkim formacja ofensywna, która jedynie dwa razy pokonała bramkarzy rywali. 
Mimo zawodu Capello zachował posadę. Jesień zeszłego roku pokazała, że to była błędna decyzja. Mimo że skład grupy G nie jest szczególnie mocny, Sborna znajduje się dopiero na trzecim miejscu i jej szanse awansu na Euro malują się w czarnych barwach. Wyjazdowy remis ze Szwedami nie wróżył, że trzy dni później drużyna straci punkty przeciwko Mołdawii. Za chwilę doszła jeszcze porażka z Austrią, a właściwie dwie porażki, bo miesiąc temu gracze Marcela Kollera wygrali także w Moskwie. Prawdopodobnie kluczowym okaże się spotkanie z reprezentacją Trzech Koron rozegrane we wrześniu, ale to już problem Słuckiego. Włodarze rosyjskiego związku futbolowego uznali, że Włoch nie daje gwarancji poprawy, a absencja we Francji będzie bardzo bolesna dla całej piłki w największym państwie świata, która i tak przeżywa trudne chwile.       
Dorobek Capello z naszymi sąsiadami to 17 zwycięstw, 11 remisów oraz 5 porażek. Bilans całkiem przyzwoity, lecz tylko na papierze. W kluczowych momentach zespół zawodził. Przez prawie trzy lata zanotowali dwa zwycięstwa z czołowymi reprezentacjami, czyli z Portugalia i Słowacją, reszta tryumfów to przede wszystkim ogrywanie słabiaków typu Liechtenstein. Zresztą nawet z nimi zdarzyły się wpadki, jak wspomniana Mołdawia czy Kazachstan. Dlatego dobrze się stało, że piłkarze dostaną trenera głodnego sukcesów, a nie człowieka dla którego prowadzenie rosyjskiej kadry jest przykrym obowiązkiem.










wtorek, 14 lipca 2015

Nowe twarze na ławkach

fot. dailymail.co.uk
Nowy sezon, to też zmiany w gabinetach menadżerów. Kluby Premier League dokonały czterech rotacji, co interesujące pracę stracili głównie Anglicy, a ich miejsce zajęli przedstawiciele innych narodowości. Obeszło się bez spektakularnych odejść, bo nowych ludzi zatrudniały głównie kluby mniej eksponowane. Jako kibice raczej skorzystamy na tych zmianach. Mało charakterystycznych szkoleniowców zastąpiły dość duże nazwiska. Poza jedną, pozostałe roszady wydają mi się trafione. 
Najbardziej ciekawy jestem jak poradzi sobie w West Hamie Slaven Bilić. Nie mówię, że Sam Allardyce był jakimś nieudacznikiem. To solidny trener, kojarzony głównie ze średniakami. Przez wiele lat opiekował się Boltonem, ale na Upton Park też spędził sporo czasu. Miniony sezon przyniósł Młotom dużo rozgłosu. W pewnym momencie znaleźli się nawet wśród ekip walczących o czwórkę, jednak szybko powrócili na miejsce bliżej środka klasyfikacji. Być może to wtedy włodarze WHU uświadomili sobie, że mają nad sobą szklany sufit i trzeba radykalnej zmiany, żeby w końcu osiągnąć coś więcej. Jest zupełnie oczywiste, że nowy, nawet najwspanialszy menadżer nie zagwarantuje ligowemu średniakowi nawiązania rywalizacji z potęgami typu "Manchestery" czy kluby londyńskie, ale kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Stąd osoba Chorwata, ostatnio pracującego w Turcji. Najbardziej dał się zapamiętać jako selekcjoner rodzimej kadry, kiedy podczas Euro2008 wyszedł z grupy, pokonując między innymi Polaków prowadzonych przez Beenhakkera. Z klubami nie miał tak dużych sukcesów, nie sprawdził się ani w Moskwie, ani w Stambule.  Jak na razie poprowadził Młoty do wyeliminowania andorskiego FC Lusitans. Europejska przygoda może być sposobem, by o West Hamie stało się głośniej. A przecież jest to podobno ulubiona drużyna królowej Elżbiety II.
Beniaminek z Watford zastąpił Slavisę Jokanovicia Quique Floresem. Trochę niemiło żegnać człowieka, który wywalczył awans, ale były szkoleniowiec Valencii, Benfiki oraz Atletico to wyższa półka. Zresztą Serb znalazł już nową pracę w Maccabi Tel Awiw. Po kilku latach niebytu Flores będzie miał okazję ponownie się wypromować i  znaleźć posadę w zespole z jeszcze większymi ambicjami. Szerszenie powalczą pewnie o utrzymanie, a Hiszpan ma w tym względzie doświadczenie. Zatrudniło go Getafe, by pomógł uniknąć degradacji, tymczasem on sam zrezygnował po niespełna dwóch miesiącach. Wyniki wcale nie były takie złe, widocznie za taką decyzją stały inne względy. 
Angielskim wyjątkiem, który znalazł uznanie wśród prezesów PL jest Steve McClaren. Niegdyś znienawidzony jako trener kadry Synów Albionu (będzie miał okazję do rewanżu na Biliciu), później udowodnił, że jednak nie przypadkowo uprawia ten fach. Kibice Twente przez lata będą wspominać kampanię zakończoną pierwszym w historii tytułem mistrzowskim w 2010 r. W przeciwieństwie do kibiców Wolfsburga, którzy McClarena pamiętają raczej jako nieudacznika. Właśnie taki jest problem z tym człowiekiem, że nigdy nie wiadomo kiedy znajdzie się na tarczy, a kiedy całkowicie polegnie. Ostatnio trenował Derby County, gdzie osiągał niezłe rezultaty, choć nie wypełnił podstawowego celu i nie przywrócił Baranom Premier League. Był bardzo blisko w sezonie 2013/14, ale w decydującej konfrontacji uległ QPR. Podczas minionych rozgrywek nie załapał się nawet do play-offów. Zastąpił Johna Carvera, któremu niewielu wróżyło długą karierą w roli menadżera Newcastle.
No i na koniec według mnie kuriozum. Leicester postanowiło się rozstać z Nigelem Pearsonem. Wiadomo, że to postać kontrowersyjna, ale bardzo słaby kadrowo klub utrzymał wśród najlepszych angielskich ligowców. Wyrzucenie tego trenera nie jest jeszcze najgorsze, większy błąd stanowi zatrudnienie Claudio Ranieri'ego w roli następcy. Włoch jakoś cudownie potrafi omotać kolejnych pracodawców, choć od dawna notuje tragiczne wyniki. Ostatnio pogrążył reprezentację Grecji, z pięciu spotkań przegrał cztery (w tym dwa razy z Wyspami Owczymi) i jedno zremisował. Z Monaco zdobył wicemistrzostwo, ale dysponował duetem Falcao-James Rodriguez. Zresztą wypominano mu, że preferuje futbol defensywny i minimalistyczny. Może dla właściciela Leicester to atut?  Wcześniej były kluby włoskie, Valencia gdzie generalnie wiodło mu się najlepiej, czy Chelsea. Tyle lat w naprawdę niezłych zespołach i  nigdy nie zdobył nawet jednego krajowego mistrzostwa. Przyjmując Ranieri'ego Lisy stają się dla mnie głównym kandydatem do spadku.














niedziela, 12 lipca 2015

Gorące lato w Madrycie

fot. eurosport.onet.pl
Zakończyła się telenowela z odejściem Ikera Casillasa. Wieloletni kapitan Realu, człowiek bez którego wielu nie wyobrażało sobie Królewskich zmienia barwy klubowe. Po przerwie wakacyjnej będzie reprezentował FC Porto, co można uznać za zaskoczenie. Już od wielu miesięcy pozycja bramkarza słabła, właściwie zaczęło się to od pobytu na Santiago Bernabeu Jose Mourinho. Portugalczyk pierwszy podważył klasę Ikera zastępując go Diego Lopezem, a teraz mistrz świata z 2010 r. trafił do drużyny, która wiele zawdzięcza obecnemu menadżerowi Chelsea. Sam transfer mnie nie dziwi, ale spodziewałem się innego kierunku. Casillas zasłużył, żeby mieć spokojną, luksusową emeryturę w krajach arabskich, albo za oceanem. 
Właściwie po co mu Porto? To bardzo fajny klub, z dużymi osiągnięciami, jednak dla tak utytułowanego zawodnika zbyt mały. Nawet mama bramkarza La Furia Roja niezbyt dyplomatycznie wyraziła się o ekipie Smoków. Zdecydowanie przesadziła, ale szanse, by jej syn nad Atlantykiem wzbogacił kolekcję znaczących trofeów są niewielkie. Ewentualnie może wygrać Ligę Europy, bo Ligę Mistrzów już raczej nie. Jedyny plus, że blisko domu i może okazał się to kluczowy argument na przykład dla żony piłkarza. Sam klub też postępuje dosyć ryzykownie. Porto słynęło przede wszystkim z wychowywania młodych zawodników, albo sprowadzania mniej znanych, a później zarabiania na nich. Po to chyba zatrudnili trenera Julena Lopetegui kojarzonego wcześniej z młodzieżowymi reprezentacjami Hiszpanii.      
Oficjalne pożegnanie, zresztą przygotowane naprędce pozostawiło trochę niesmak. Nie pierwszy raz Florentino Perez zawodzi w tej kwestii. Uważam jednak, że sprzedaż kapitana była słusznym krokiem. Nikt nie powinien być forowany za zasługi, zwłaszcza jeśli przyjdzie De Gea, co pewnie ostatecznie nastąpi. Trudno sobie wyobrazić tych dwóch bramkarzy w jednym zespole. Skończyłoby się jak w westernie, jeden musiałby opuścić wspólny teren. Coś czuję, że kibice wzięliby stronę wychowanka Realu i ich wieloletniego bohatera, a nie byłego gracza Atletico. Szatnia też by się podzieliła. Nawet jeśli United zablokują odejście swojego golkipera, to Królewskim krzywda się nie stanie ponieważ mają Navasa, a mogą dokupić jeszcze kogoś innego. Świat nie kończy się na Ikerze. Kiedyś odszedł Hierro czy Raul i klub nie upadł. Nie upadnie również po zmianie między słupkami. 
W ogóle latem drużyna może zostać mocno przebudowana. Po pierwsze Sergio Ramos. Ma on co prawda kontrakt ważny jeszcze przez dwa lata, lecz jest niezadowolony z obecnych zarobków. Chętnie przygarnie go van Gaal. Z kolei Isco chciałby więcej grać i też przebąkuje o transferze. Najczęściej wspomina się o kierunku włoskim oraz angielskim. Obarczani za zeszłoroczne porażki Bale i Benzema mogliby zrobić miejsce dla kogoś innego, choć najpierw musiałby się na nich znaleźć kupiec. A jest to wątpliwe przede wszystkim w przypadku Walijczyka, chyba że Real przyjmie do wiadomości znaczny spadek wartości tego zawodnika. Prawdziwą bombą byłby ewentualny transfer Ronaldo. Ponoć Perez dopuszcza możliwość negocjacji z szejkami rządzącymi PSG, ale to jednak bardzo odległa perspektywa. Odejście Portugalczyka odbiłoby się na wartości marketingowej klubu. A to był zawsze konik prezesa.

















sobota, 11 lipca 2015

Poprzeczka idzie w górę

fot. ifkgoteborg.se
Poszło nawet łatwiej niż niektórzy się obawiali. Śląsk i Jagiellonia bez problemów awansowały do kolejnej rundy eliminacji Ligi Europy. Podopieczni Probierza męczyli się w pierwszym meczu, ale w rewanżu nie pozostawili już rywalom złudzeń i odprawili Litwinów z bagażem ośmiu goli. Nagrodą będzie rywalizacja podczas następnej rundy. Wrocławianie trafili na IFK Goeteborg, a Jagiellonia podejmie Omonię Nikozja. Do gry wchodzi Legia, która zmierzy się z rumuńskim FC Botosani. 
Wicemistrz Polski ma najłatwiejsze zadanie. Właściwie ich rywale nie zasłużyli, by grać w międzynarodowych rozgrywkach, bo u siebie zajęli dopiero ósmą lokatę. Jednak rumuński futbol ma swoje problemy, kluby masowo są na bakier z wytycznymi UEFA dlatego kraj jest reprezentowany przez ligowego średniaka. Z pierwszą przeszkodą Botosani poradziło sobie przyzwoicie, wyrzucając za burtę Spartak Cchinwali. Przed własną publicznością tylko zremisowali, lecz rewanż rozstrzygnęli już na własną korzyść, zwyciężając 3-1. Przeglądając skład drużyny z północy Rumunii trudno znaleźć nazwisko budzące strach. Podczas minionego sezonu najskuteczniejszym strzelcem był Attila Hadnagy, ale jego dorobek nie jest jakiś nadzwyczajnie duży. Asysty zapewniali mu zwłaszcza Marius Croitoru oraz Quenten Martinus. Przed rozgrywkami włodarze wzmocnili siłę napadu sprowadzając Dana Romana, który już zaczął się spłacać strzelając dwa gole Gruzinom. Solidnie wygląda również dorobek środkowego pomocnika Vasvariego.
Obawiam się konfrontacji wrocławian ze Szwedami. IFK Goeteborg to aktualny lider tabeli, z czternastu spotkań przegrał tylko raz. Wyróżnia ich przede wszystkim bardzo solidna defensywa, do tej pory bramkarz tylko siedem razy wyciągał piłkę z siatki. To ponad dwa razy lepszy wynik niż kolejne drużyny w tej klasyfikacji. Częściej zachowują czyste konto, niż dają sobie wbić bramkę. Nic dziwnego, że John Alvbage notuje skuteczność interwencji na poziom prawie 90%. Dla osłabionej ofensywy Śląska taka zapora będzie prawdziwym testem  Z kolei pod bramką Polaków najwięcej zamieszania może zrobić Lasse Vibe. Duńczyk jest jedynym piłkarzem Goeteborga, który liczy się w walce o koronę króla strzelców. Formę potwierdził trafiając do siatki Sundsvall podczas ostatniej serii meczów ligi szwedzkiej. Na korzyść rywali przemawia to, że grają systemem wiosna-jesień. Śląsk dopiero zaczyna sezon, a przeciwnicy wchodzą w apogeum formy.        
Sporo problemów napotkała Omonia zanim przeszła Dinamo Batumi. Pierwszy mecz przegrała i u siebie musiała nadrabiać straty. Dopiero po zmianie stron udało się strzelić dwie bramki, dzięki czemu Koniczynki awansowały dalej. Bramkarza Gruzinów pokonał znany z polskiej Ekstraklasy Herold Goulon, a oprócz tego zielone barwy przywdziewa Andraż Kirm. W minionych rozgrywkach klub ze stolicy Wyspy Afrodyty zajął dopiero czwartą lokatę. Ewidentnie słabiej szło im na wyjazdach, więc gracze z Podlasia powinni zapewnić sobie solidną zaliczkę w pierwszym spotkaniu. Mają ułatwione zadanie ponieważ Omonię pożegnał Mickael Pote - najlepszy snajper, który wybrał Turcję. Jego miejsce zajął Sheridan z APOEL-u lecz Irlandczyk nie może się pochwalić taką skutecznością jak piłkarz z Beninu. Ciężar stwarzania zagrożenia pod bramką białostocczan spadnie zatem na Maltańczyka Schembri. W obronie występuje też dobrze znany Polakom Gruzin Łobczanidze. Generalnie Omonia wygląda na przeciętny zespół, z którym gracze Probierza są w stanie sobie poradzić. Od trzech lat nie zdobyli żadnego trofeum, co wskazuje że nawet na cypryjskim podwórku ustępują pola innym.















piątek, 10 lipca 2015

Białe plamy na piłkarskiej mapie Polski

fot. pl.wikipedia.org
W naszym kraju są miejsca, gdzie nie potrafią kopać piłki. Taką tezę można postawić, jeśli spojrzy się na to, które drużyny zapełniają trzy centralne ligi. Od razu widać, że pozytywnie wyróżniają się dwa województwa: małopolskie oraz śląskie. To one dostarczyły prawie połowę składu Ekstraklasy 2015/16. Na niższych szczeblach również posiadają liczną reprezentację. Łącznie aż osiemnaście ekip stamtąd mieści się wśród najlepszych polskich drużyn zgrupowanych w ogólnopolskie dywizje. Szkoda, że są trudności z przełożeniem ilości na jakoś. A być może taka jest właśnie przyczyna słabości tych regionów. Brakuje zdecydowanego lidera, który skupiłby zainteresowanie kibiców i sponsorów. Z tego wynikają problemy finansowe, które wpływają na kwestie organizacyjne. Dlatego pewnie kolejny sezon znowu będzie tylko przeciętny, żaden z zespołów nie włączy się do walki o tytuł. 
Na drugim biegunie znajduje się lubuskie. Tam panuje prawdziwa pustynia dla futbolu. Województwo może niezbyt ludne, ani bogate, lecz brak przedstawiciela nawet w II lidze (czyli tak naprawdę III) to już wstyd. Za taki stan rzeczy chyba trzeba winić Lecha Poznań, który podbiera najzdolniejszych piłkarzy, na przykład Kownackiego i Kędziorę. Natomiast kibice bardziej pasjonują się zmaganiami żużlowców, w końcu lubuskie derby stanowią prawdziwy klasyk dla fanów czarnego sportu.  
Tylko odrobinę lepiej wygląda sytuacja na Opolszczyźnie. Stolica regionu bardziej jest znana z występów estradowych niż z osiągnięć piłkarskich. Odra znajduje się na peryferiach profesjonalnego sportu. Honoru broni MKS Kluczbork, który awansował do I ligi. Następców tymczasowo brak, ponieważ nikt nie zdołał przebić się do trzeciego szeregu.    
Stratę w postaci spadku Zawiszy zanotowało kujawsko-pomorskie. Gorzej, bo całkowitym wycofaniem grozi właściciel Radosław Osuch. Albo więc klub trafi na garnuszek miasta, albo będzie rywalizował wśród ekip amatorskich. Jednak region całkiem się nie zmarginalizuje dzięki Olimpii Grudziądz. Przynajmniej takie są nadzieje po udanym występie w minionym sezonie. Olimpia skończyła na czwartej lokacie, jeszcze minimalny postęp a zapuka do drzwi elity.
Nieciekawie zrobiło się w samym środku mapy. Permanentne kłopoty finansowe Widzewa i ŁKS-u sprawiły, że te dwie zasłużone ekipy muszą grać poza horyzontem zainteresowania przeciętnego kibica. Mimo to raczej jestem spokojny, że kiedyś się odbudują. Łódź jest zbyt dużą metropolią, by całkowicie zrezygnować z futbolu. Problemy mają także w Bełchatowie, gdzie tradycyjnie balansują na granicy najwyższego szczebla rozgrywek oraz zaplecza. Osoba nowego trenera każe mieć wątpliwości, czy tym razem uda się szybko wrócić do Ekstraklasy.
Warmińsko-mazurskie może się poszczycić Stomilem Olsztyn. Niegdyś drużyna rywalizująca wśród najlepszych, dziś tylko na zapleczu, ale bywały też czasy znacznie gorsze. Początek XXI wieku przyniósł upadek klubu, szczęśliwie znaleźli się ludzie, którzy zdołali podźwignąć Dumę Warmii. Dzięki temu dzisiaj Stomil pełni rolę regionalnego hegemona, choć konkurencja jest nikła, bo brakuje nawet zespołu w II lidze. Perspektywy są raczej kiepskie. Województwo znajduje się w strefie oddziaływania trójkąta Lechia-Legia-Jagiellonia i prawdopodobnie te drużyny będą je eksploatować.    
Na koniec Podkarpacie, niegdyś stolica polskiego futbolu za sprawą Stali Mielec. Ciągle były pracodawca Grzegorza Lato wyróżnia się wśród innych ekip tego terenu. Co prawda to tylko II liga, lecz wyżej nie ma przedstawiciela południowo-wschodniego województwa. Ten sam poziom reprezentuje Stal Stalowa Wola, oba kluby sąsiadowały nawet ze sobą w tabeli podczas minionego sezonu. Do awansu wiele nie brakowało, więc być może w przyszłości uda się poprawić ranking regionowi. Trzeba zauważyć słabość stolicy Podkarpacia - Rzeszowa. Ani Resovia, ani Stal nie potrafią stworzyć solidnego zespołu, który coś by znaczył w kraju. Sportem nr 1 pozostaje tam siatkówka.   
















środa, 8 lipca 2015

Superpuchar rozpocznie sezon

fot. ekstraklasa.net
Nasi ligowcy nie mają łatwego życia. Kiedy w innych krajach dopiero rozpoczynają treningi, do rozpoczęcia rozgrywek mają jeszcze sporo czasu, u nas rywalizacja startuje już za dwa dni. Pogoda wskazywałaby raczej na piłkę plażową, lecz kibice w Poznaniu zobaczą bardziej popularną odmianę dyscypliny. Choć znając perypetie z murawą na Inea Stadionie różnie może być. Oby forma zawodników Lecha oraz Legii nie była letnia, jednak trudno spodziewać się walki na 100% podczas niewiele znaczącego spotkania.
Czy w ogóle warto zawracać sobie głowę meczem o pietruszkę? Konfrontacja krajowego mistrza ze zdobywcą pucharu stanowi tradycję kultywowaną praktycznie wszędzie, więc moim zdaniem nie trzeba z tego rezygnować. Jeśli już to proponuję zmienić nazwę na mniej napuszoną. Jakiś "Puchar Lata" albo "Trofeum Wakacyjne" lepiej określałyby rangę tego wydarzenia. Fajnie rozwiązali to Anglicy nazywając swój superpuchar Tarczą Dobroczynności (wcześniej Wspólnoty).  
I tak mamy szczęście, bo akurat w tym roku spotkają się dwie najlepsze drużyny, dodatkowo za sobą nieprzepadające, więc emocje będą wyższe niż zazwyczaj. Pod warunkiem, że trenerzy zdecydują się wystawić najsilniejsze składy, a śmiem w to wątpić. Szczególnie Lech ma obecnie ważniejsze wyzwania, bo za chwilę czeka ich bój o Ligę Mistrzów. Zresztą Maciej Skorża już kiedyś odpuścił prolog sezonu, będąc trenerem Wisły wystawił rezerwowy skład i przegrał z Legią. Rok później zachował się poważniej, lecz to też nie pomogło. Wówczas lepszy okazał się jego dzisiejszy pracodawca. 
Swoje na sumieniu ma także Henning Berg. On raz dostał szansę wywalczenia trofeum, lecz postanowił wdrożyć swoją politykę rotacji, co skończyło się przegraną przeciwko Zawiszy. Zresztą w ostatnich latach regułą jest, że mistrzowi mniej zależy by zacząć rozgrywki od zwycięstwa. Wynika to chyba właśnie z podporządkowania przygotowań pucharom. Za faworyta trzeba zatem uznać Legię, tym bardziej że warszawianie mają więcej do udowodnienia.
Wojskowi stracili niemal pewny tytuł. Dodatkowo bolesne były przegrane bezpośrednie konfrontacje, które okazały się decydujące. W Ekstraklasie rozegrano trzy odsłony, z czego Lech wygrał dwie, a raz zanotowano remis. Przy Bułgarskiej miało miejsce tylko jedno spotkanie i gospodarze obronili swoją twierdzę zwyciężając 2-1. Podopieczni Berga odpłacili się w finale Pucharu Polski, wtedy publiczność zgromadzona na Stadionie Narodowym oglądała odwrotny rezultat.    
Najważniejszym argumentem, by poświęcić piątkowy wieczór są nowi zawodnicy. Dwa czołowe kluby przeszły sporą metamorfozę, ale wicemistrz zdecydowanie większą. Z "elką" już nie wystąpią: Astiz, Dossa Junior, Helio Pinto, wypożyczony Kosecki, a przede wszystkim Orlando Sa. Nie wiadomo jak skończy się transferowa epopeja z Ondrejem Dudą w roli głównej. Jeśli Słowak zagra przeciwko Kolejorzowi, to znaczy, że prawdopodobnie zostanie przy Łazienkowskiej. W miejsce byłych piłkarzy stołecznego zespołu zostali sprowadzeni: Pazdan - jako lider defensywy oraz Nemanja Nikolic - jako snajper mający zapewnić kilkanaście bramek rocznie. Pablo Dyego ma uzupełnić kadrę i wzmocnić konkurencję w pomocy. Prawdopodobnie na tym się nie skończy.
Lech musiał przede wszystkim wzmocnić atak, zwłaszcza że ostatecznie z klubem pożegnał się Sadajew. Co ważne poza Czeczenem nie  odszedł żaden kluczowy członek mistrzowskiej ekipy. Maciej Skorża będzie mógł teraz korzystać z byłego króla strzelców ligi Marcina Robaka i byłego gracza Red Bull Lipsk Denisa Thomalli. Defensywę wzmocni Dariusz Dudka, zawsze ceniony przez szkoleniowca Kolejorza. Gwiazdą ma zostać środkowy pomocnik z Ghany Abdul Aziz Tetteh. Ostatnie lata spędził w Grecji, gdzie był podstawowym zawodnikiem Plataniasa Chania.












poniedziałek, 6 lipca 2015

Powrót do przeszłości: Euro2012 - podsumowanie

fot. dailymail.co.uk
Tylko dwa punkty zdobyte w trzech meczach grupowych były ciężkim zawodem. Od razu stało się jasne, że odejdzie selekcjoner Franciszek Smuda, uznany głównym winowajcą niepowodzenia. Właściwie sam Franz prosił się o takie potraktowanie, ponieważ od kilku miesięcy odrzucał wszelką krytykę, nakazując czekanie do końca turnieju. Skoro tak to w jednym momencie wylały się na niego wszystkie żale. Inna sprawa, że taki wynik dyskwalifikował go nawet gdyby zachowywał się mniej arogancko. 
Franz swoim zwyczajem przywiązał się do nazwisk i z góry było wiadomo, którzy piłkarze będą biegać po murawie. Z 23 powołanych szansę dostało 17 kadrowiczów, jednak zdecydowana większość rezerwowych została wpuszczona chyba tylko na alibi, po tym jak z Grecją selekcjoner nie przeprowadził żadnych zmian, poza wymuszonym wejściem Tytonia. Przez to nasz zespół był łatwy do rozpracowania dla rywali. Trochę elastyczności Smuda wykazał tylko przed meczem z Rosją, kiedy zmienił swoją koncepcję i desygnował trzeciego defensywnego pomocnika - Dudkę. Pozostała szóstka to głównie młodzi piłkarze, którzy mieli zbierać doświadczenia. Ich kariery przeważnie nie potoczyły się zgodnie z oczekiwaniami, no ale to już ich wina.
Sposób gry też był typowy dla byłego "narodowego". Przypominało to bardziej wymianę ciosów niż żelazną taktyczną konsekwencję. Kibice mogli się cieszyć, bo mieli emocje, ale tak gra się na podwórku. Czasem trzeba schować się za podwójną gardą i wyczekiwać dogodnych okazji. W ten sposób wypunktowała nas Grecja i tylko dzięki obronionemu karnemu zdołaliśmy uzyskać remis. Już podczas kariery klubowej wiele razy wypominano Franzowi braki warsztatowe, jednak dopiero kiedy stanął na przeciwko wybitnych europejskich fachowców ujawniło się ile mu do nich brakuje. 
Nie czuło się również ducha drużyny. To była autorska składanka selekcjonera, a nie coś co powstało naturalnie. Szczególnie w przypadku "farbowanych lisów". Zawodnicy nie mający wiele wspólnego z krajem, który reprezentowali zostali na siłę wepchnięci do zespołu, tak jakby sam fakt posiadania obcego paszportu był czymś nobilitującym. Nie wszystkim w kadrze pasował taki układ, przykładowo Wasilewski jasno dał do zrozumienia, co sądzi o całej sprawie. Z perspektywy czasu również widać, że to był błąd. Jakoś później nie paliło im się, żeby pomoc kolegom w awansie do brazylijskiego Mundialu. Pod względem sportowym trudno wrzucać ich do jednego worka. Polanski stanowił jedno z mocniejszym ogniw drużyny, z kolei Boenisch dobrze spisywał się w ofensywie, jednak zawalał obowiązki obronne. Perquis wyglądał słabo, lecz też jakoś szczególnie nie odstawał od partnera ze środka defensywy.    
Krytykowano również grę jednym napastnikiem, choć tu Smuda raczej nie miał wyboru. Po prostu dysponowaliśmy tylko Lewandowskim, a reszta graczy ataku nie prezentowała formy godnej finałów mistrzostw Europy.
 












sobota, 4 lipca 2015

Woffindem uszczęśliwi rodaków?

fot. millenniumstadium.com
Po ponad miesięcznej przerwie spowodowanej Drużynowym Pucharem Świata wraca cykl GP. Tym razem elita speedwaya będzie rywalizować w Cardiff, więc wszyscy oczekują zwycięstwa od Anglika Taia Woffindena. Jednak lider klasyfikacji nigdy nie wygrał na Millennium Stadium rundy mistrzostw świata, w dodatku nigdy nie tryumfował na sztucznym torze. Niestety dla nas te zawody też nie należały do szczególnie udanych, ponieważ żaden Polak jeszcze nie zdołał podbić walijskiej stolicy.       
Kontuzja Jarosława Hampela spowodowała, że marzenia o kolejnym tytule mistrz świata dla naszego reprezentanta można odłożyć na kolejny sezon, ale powinno się walczyć o jakiś pojedynczy sukces, jak Janowski w Pradze. Wicemistrz Krzysztof Kasprzak spisywał się dotąd beznadziejnie, trzeba jednak pamiętać, że akurat jemu brytyjskie tory są niestraszne. W Cardiff trzy razy z rzędu jechał o zwycięstwo, choć tendencja jest spadkowa, za każdym razem zajmował o jedną pozycję niżej. Ostatnio awansował do finału, ale tam nie odegrał już żadnej roli i dał się wyprzedzić wszystkim rywalom. Kasprzak, tak jak cała Stal Gorzów łapie formę, więc być może dzisiejszy dzień będzie dla niego przełomowy. 
Ciekawym przypadkiem jest Janowski, który w lidze brytyjskiej nie ma sobie równych. Wiadomo, że obecnie Elite League to nie są szczególnie prestiżowe rozgrywki, ale kilku znanych jeźdźców ma od niego gorszą średnią punktową. Problem może stanowić sztuczny tor, który jest polem walki dla żużlowców. Maćkowi takie nawierzchnie jeszcze sprawiają problem, dowodem były zawody w Finlandii.
Wieczorne zawody będą niezwykle istotne dla Grega Hancocka, który dotąd jeździł w GP przeciętnie. Amerykanin zawsze dobrze czuł się na Wyspach. Chyba tylko w Daugavpils odniósł podobną liczbę sukcesów, co w stolicy Walii. Dwanaście miesięcy temu doświadczony zawodnik potrafił wygrać, choć zaczął od dwóch biegów skończonych na przedostatnim miejscu. Doczołgał się do finału, gdzie jednak wygrał z ulubieńcem miejscowej publiczności. Cały Hancock. Teraz to on jest pod ścianą, jeśli dzisiaj nie odrobi strat, do raczej może się żegnać ze złotym medalem mistrzostw świata.     
Trochę lepszą sytuację ma Nicki Pedersen. Duńczyk woli jeździć w innych miejscach. Owszem zanotował jedno zwycięstwo na Millennium Stadium, ale to było u progu międzynarodowej kariery zawodnika Unii Leszno. Przykładowo rok temu nawet nie załapał się do półfinału. Teraz ma jednak znacznie większe szanse, by jeszcze raz zasiąść na tronie, zatem poziom mobilizacji powinien być wyższy. Dzięki zwycięstwu w Tampere przełamał prawie trzyletnią niemoc. Być może dla niego to ostatni dzwonek i determinację widać po stylu jazdy. Niestety cierpią na tym koledzy z  toru, często wywracani przez Nickiego. Szczególnie warto zwrócić uwagę na bieg trzynasty, kiedy niesfornemu żużlowcowi będzie towarzyszyć dwóch innych zakapiorów: Zagar oraz Kildemand. Stawkę uzupełni Hancock, który też ma dość brzydkiej jazdy przeciwnika.       
Wśród kandydatów do sprawienia niespodzianki wymieniałbym również Jasona Doyle'a. Debiutujący w cyklu Australijczyk czeka na występ z prawdziwego zdarzenia. Do tej pory spisuje się przeciętnie, natomiast Cardiff zawsze sprzyjało nacji z Antypodów.  Inny Jason nie raz stawał tam na podium.
















piątek, 3 lipca 2015

Powrót do przeszłości: Czesi przekłuli balon

fot. dziennik.pl
Przed meczem z Czechami było jasne, że Polska musi go wygrać, żeby znaleźć się w dalszej fazie turnieju. Mieliśmy na koncie dwa punkty, Rosjanie cztery, Czesi trzy, Grecy jedno oczko. Południowi sąsiedzi wydawali się drużyną w naszym zasięgu, szczególnie że w poprzednich spotkaniach nie spisywali się nadzwyczajnie, a w ogóle prawo rywalizacji o mistrzostwo Europy wywalczyli dopiero po barażach. Wcześniej, podczas eliminacji przegrali choćby z Litwą.  
Franciszek Smuda zaufał tym samym piłkarzom, którzy wywalczyli remis z Rosją. Było to później bardzo krytykowane jako zbytnie asekuranctwo. Trzech defensywnych pomocników skutecznie powstrzymało Arszawina i spółkę, lecz teraz potrzebowaliśmy przede wszystkim goli. Zmieniło się za to miejsce, gdzie Biało-Czerwoni rozgrywali spotkanie, zaszczytu goszczenia drużyny narodowej dostąpił Wrocław.
Zgodnie z przewidywaniami rozpoczęło się od przewagi Polaków, którzy częściej gościli pod polem karnym rywali. Aktywny był zwłaszcza Obraniak, który podnosił ciśnienie przeciwnikom kiedy wykonywał stałe fragmenty. W 7 minucie zagrał prostopadle do Błaszczykowskiego, ale Kuba nie miał komu odegrać, przez co musiał kończyć strzałem z ostrego kąta. Czesi mieli duże problemy z rozegraniem piłki, często wręcz oddawali nam ją za darmo. Trochę przypominał się mecz na inaugurację z Grekami. Szkoda, że nasi nie potrafili wykorzystać tych błędów, na przykład idealną okazję zmarnował Lewandowski, kiedy dostał futbolówkę po przejęciu przez ówczesnego kapitana reprezentacji. Nie popisał się również Polanski, który nie potrafił odpowiednio przymierzyć z 16 metrów. Lepiej strzelił Boenisch, ale akurat formę pokazał Petr Cech. Po 20 minutach sprawa mogła już być rozstrzygnięta. Niestety podopieczni Michala Bilka przetrwali najcięższe oblężenie, a w drugiej połowie sami zabrali się do roboty.
Poważnym ostrzeżeniem była 64 minuta, tylko przytomność Tytonia uratowała nas przed stratą gola. Chwilę później rywalom zawalił Baros, który postanowił samotnie zakończyć akcję. Coraz częściej zdarzały się szybkie wypady pod nasze pole karne. W końcu nadeszła 72 minuta, decydująca dla losów tego spotkania. Baros z Jirackiem ośmieszyli naszą defensywę i ten drugi dopełnił formalności. Wcześniej skandaliczną stratę zaliczył Murawski, a boczni obrońcy przebywali zbyt daleko od własnej bramki. Smuda zareagował    natychmiast wprowadzając Mierzejewskiego oraz Brożka. Jednak w głowach naszych reprezentantów to spotkanie już zostało przegrane. Defensywa zaczęła popełniać karygodne pomyłki, mało brakowało żeby asystę zaliczył nawet nowy golkiper Arsenalu, ale sytuację uratował swoim wyjściem Tytoń. Rozpaczliwe próby odrobienia strat spełzły na niczym. Już w doliczonym czasie setkę miał Błaszczykowski, lecz i jemu nerwy spętały nogi.      
Ten mecz był absolutnie do wygrania. Jedyne w czym Czesi okazali się lepsi to skuteczność. Biało-Czerwoni sami dali przeciwnikom rozwinąć skrzydła zamiast dobić go jeszcze przed przerwą. Zawiodły dwa nasze filary, które dały nam punkty we wcześniejszych spotkaniach, lecz tym razem zagrały poniżej możliwości. Szybko zgasł Obraniak i powinien być zmieniony przez Mierzejewskiego najpóźniej ok. 60 minuty. Naszym najjaśniejszym punktem był Tytoń, a przecież mieliśmy ten mecz wygrać.











  

czwartek, 2 lipca 2015

Powrót do przeszłości: Rosjanie zatrzymani

fot. polskieradio.pl
Po losowaniu grup Euro2012 mogliśmy być zadowoleni, bo trafił nam się najłatwiejszy zestaw. Za najgroźniejszego przeciwnika została uznana Rosja, z którą mieliśmy rywalizować o pierwsze miejsce, dlatego drugie spotkanie miało pokazać prawdziwą siłę kadry Smudy. Szczególnie, że Sborna kilka dni wcześnie z łatwością pokonała Czechów 4-1. Dodatkowo emocje podgrzewały wzajemne animozje, więc zapowiadała się bitwa nie tylko na murawie.      
Franciszek Smuda zdecydował się na bardziej defensywne ustawienie i  zamiast Macieja Rybusa wystawił Dariusza Dudkę. On wraz z Murawskim, a także Polanskim mieli zatrzymać gwiazdy prowadzone przez Dicka Advocaata, zwłaszcza Arszawina. W bramce pauzującego Szczęsnego zastąpił Tytoń.
Rosjanie od początku częściej byli przy piłce, ale pierwszą groźną sytuację stworzyli Biało-Czerwoni. W 7 minucie Obraniak dośrodkował z wolnego, dobrą pozycję wywalczył sobie Boenisch, ale jego strzał głową instynktownie odbił nogą Małafiejew. To pokazało, że rywali nie trzeba się aż tak bać i inicjatywa przeszła na naszą stronę. W 18 minucie nasi reprezentanci przeprowadzili akcję, która jest znakiem firmowym wszystkich ekip Smudy. Kilka podań z klepki sprawiły, że piłka trafiła do Polanskiego, a środkowy pomocnik skierował ją do siatki. Niestety sędzia odgwizdał spalonego i rzeczywiście ofsajd był ewidentny. Przeciwnicy trochę się otrząsnęli, znów zaczęli częściej gościć pod bramką Tytonia, choć im też brakowało pomysłu na zdobycie pierwszego gola, aż przyszła 37 minuta. Arszawin z wolnego posłał futbolówkę w pole karne, a tam odnalazł się Dżagojew i głową pokonał bohatera meczu przeciwko Grecji. Rosjanin nie jest szczególnie wysokim piłkarzem, nasi stoperzy powinni bez trudu wygrywać z nim powietrzne pojedynki. Przed przerwą groźnie uderzył jeszcze Błaszczykowski, co prawda Małafiejew wyłapał, ale ta próba być może pomogła Kubie ustawić celownik. Przydało się to w drugiej odsłonie.
Zaraz po wznowieniu nasz kapitan prostopadle zagrał do Lewandowskiego, lecz ten źle przyjął i sam się wyrzucił zbyt daleko od bramki. 10 minut później pomocnik Borussii już nie podawał. Prawą stroną wyszedł Piszczek, odegrał koledze, a ten cudowną bombą zmusił Małafiejewa do kapitulacji. Łukasz w ogóle był aktywny podczas konstruowania ataków, to on uruchomił Obraniaka, ten zagrał Polanskiemu, lecz tym razem górą był bramkarz Sbornej. Rosjanie słabo radzili sobie z naszymi skrzydłami. Widząc ich gorszą dyspozycję Smuda zdecydował się podkręcić tempo i wpuścił Mierzejewskiego za Dudkę. Do końca meczu groźniejsi byli Polacy, lecz potrafili jedynie oddać kilka strzałów z dystansu, zatem znowu podzielili się punktami z przeciwnikiem.     
Biorąc pod uwagę klasę Rosjan (przecenioną jak się później okazało) remis był przyjęty jako korzystny rezultat. Przede wszystkim udało się zaprzeczyć wrażeniu z pierwszego meczu, że drużyna jest słabo przygotowana pod względem fizycznym. W końcu to my odrobiliśmy wynik, a druga połowa wyglądała o niebo lepiej niż z Grekami. Nie było to wielkie widowisko, ale obie ekipy zostawiły sporo zdrowia na murawie. Z taką postawą uzasadniona wydawała się wiara w awans.



środa, 1 lipca 2015

Powrót do przeszłości: inauguracja Euro2012

fot. dziennik.pl
Wielkie nadzieje wiązane z pierwszym tak znaczącym turniejem piłkarskim rozgrywanym w Polsce zostały brutalnie pogrzebane. Dzisiaj mija dokładnie trzy lata od finału, w którym Hiszpanie pokonali Włochów  i obronili mistrzostwo Europy zdobyte na austro-szwajcarskich boiskach. To chyba dobry czas, żeby z perspektywy, na spokojnie przyjrzeć się ówczesnym dokonaniom kadry Franciszka Smudy. W pierwszej części cyklu oczywiście mecz z Grecją.
Wyjściowa jedenastka pokazuje ile się zmieniło przez 36 miesięcy. Franz desygnował: Szczęsnego, Piszczka, Wasilewskiego, Perquisa, Boenischa, Błaszczykowskiego, Murawskiego, Polanskiego, Rybusa, Obraniaka oraz Lewandowskiego. Z tych zawodników tylko Piszczek, Rybus i Lewy cieszą się bezwzględnym zaufaniem Nawałki, natomiast Kuba i Szczęsny znajdują się w szerokiej kadrze. Reszta ze szczególnym uwzględnieniem "farbowanych lisów" biało-czerwonej koszulki nie przywdzieje już pewnie nigdy.    Spotkanie rozpoczęło się od naporu naszych piłkarzy, Grecy byli przytłoczeni atmosferą Stadionu Narodowego, przez co mieli nawet kłopot, żeby wyjść z własnej połowy. Atakowaliśmy głównie skrzydłami, akcje Rybusa i Błaszczykowskiego stworzyły dogodne okazje do objęcia prowadzenia, ale dobrze dysponowany był bramkarz rywali Chalkias. W 14 minucie pomocnik Dortmundu niedobrze zachował się w polu karnym. Zdecydował się na odegranie do Lewandowskiego, chyba lepiej by zrobił próbując zaskoczyć Chalkiasa strzałem, choć kąt był dość ostry. Przeciwnicy wyglądali jakby dźwigali dodatkowy ciężar, coraz częściej popełniali proste błędy, nie radząc sobie z pressingiem. 
Właśnie takie, niefrasobliwe zachowanie spowodowało, że rozwiązał się worek z golami. Obraniak przejął piłkę w środku, oddał Błaszczykowskiemu, a ten tym razem celnie zagrał na głowę ówczesnego kolegi z klubu. Lewandowski znalazł się zupełnie sam jedenaście metrów od bramki i pokonał bezradnego golkipera Greków.  Po tym zdarzeniu gra się trochę uspokoiła, ale biało-czerwoni ciągle kontrolowali przebieg rywalizacji.
W 37 minucie doskonałą okazję zmarnował Perquis. Ekipa z Bałkanów źle wybijała piłkę gdy z wolnego wrzucał ją Obraniak, a ta spadła prosto pod nogi stopera. Ten jednak nieczysto w nią trafił i strzał tylko minął słupek. 7 minut później  wydawało się, że losy rywalizacji zostały rozstrzygnięte. Papastathopulos sfaulował wychodzącego na czystą pozycję Murawskiego, za co został ukarany drugą żółtą kartką, więc zyskaliśmy przewagę liczebną. Trzeba przyznać, że Polak zachował się w tej sytuacji trochę po cwaniacku, bo naciągnął Sokratisa na takie zagranie, zresztą znając szybkość Murasia i tak niewiele skorzystałby, gdyby musiał sam pobiec w kierunku greckiej siatki. Do przerwy mieliśmy wymarzone warunki, by odnieść sukces na inaugurację. Nie przewidzieliśmy tylko geniuszu Fernando Santosa, który wymanewrował Smudę. W drugiej połowie wpuścił on Salpingidisa, co okazało się fenomenalnym posunięciem.
Sam początek jeszcze nie zapowiadał tragedii. Niedługo po gwizdku Lewandowski postraszył Greków, jednak były to już ostatnie chwile, kiedy cieszyliśmy się prowadzeniem. Na lewej stronie nie nadążył Boenisch, błąd popełnił Szczęsny niepotrzebnie wychodząc z bramki i Salpingidis wyrównał. Rywale nie zasłużyli na to trafienie, sami sprokurowaliśmy sobie kłopoty. Niestety stracony gol był psychologicznie niezwykle ważnym momentem meczu. Kadra zaczęła tracić wiarę we własne siły, za to rywale łapali wiatr w żagle. Szczególnie nasza defensywa uległa degrengoladzie. Pierwszej sytuacji nie wykorzystał Samaras, lecz po chwili cudownym zagraniem popisał się ledwo co wprowadzony Fortounis i Szczęsny musiał powalić strzelca gola dla Greków, za co dostał czerwoną kartkę. Tytoń obronił jedenastkę, lecz do końca spotkania już się nie podnieśliśmy. 
Przeważali podopieczni Santosa, nawet strzelili gola, jednak sędzia słusznie go nie zaliczył, ponieważ był spalony. Kompletnie nie pomógł trener Smuda, nie dokonując żadnych zmian! Przypomnę że spotkanie toczyło się przy upalnej pogodzie i zamkniętym dachu na stadionie. Polscy piłkarze znacząco odstawali od przeciwników pod względem fizycznym. Właściwie remis 1-1 można było ostatecznie uznać za szczęśliwy, choć już w pierwszych 45 minutach mogliśmy wybić Grekom Euro z głowy, a samemu wreszcie zacząć turniej od zwycięstwa.