O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

wtorek, 22 września 2015

Chyba wszystko jasne

fot. m.czestochowa.gazeta.pl
Już pierwsze mecze fazy medalowej zdają się rozstrzygać kwestię obsady podium. W obecnym, pełnym niespodzianek sezonie największym zaskoczeniem na koniec jest chyba to, że przynajmniej raz nie zawiedli faworyci. Obie Unie pewnie zwyciężyły rywali na wyjeździe i tylko cud, bądź ogromny pech może zabrać im możliwość świętowania przed własną publicznością. Taki układ oznacza srebro dla Sparty Wrocław, a bez krążka zostaną Anioły z Torunia. 
Ekipa prowadzona przez Jacka Gajewskiego nie wykorzystała atutu własnego toru i do Tarnowa jedzie na pożarcie. Wynik w fazie zasadniczej wskazywał, że Jaskółki dobrze czują się na Motoarenie, lecz ich zwycięstwo aż 10 punktami nie świadczy dobrze o gospodarzach. Powszechne są zarzuty w stosunku do menadżera o brak umiejętności przygotowania nawierzchni pod własnych zawodników. Rzeczywiście torunianie nawet gdy wygrywali start, to na dystansie dali się objeżdżać gościom. Poniżej krytyki spisali się stranieri, we trzech dopisując na konto zespołu jedynie 9 punktów. A właściwie we dwóch, bo przecież Grisza Łaguta całkowicie się skompromitował i zakończył zawody z okrągłym zerem. Rosjanin w kluczowych momentach sezonu zawodził fanów, więc jego przyszłość w Grodzie Kopernika stoi pod znakiem zapytania. Okazało się również jak spora jest różnica między Ekstraligą a I ligą. Jason Doyle nie podbił najwyższego szczebla rozgrywek. Generalnie Anioły mogły liczyć tylko na Pawła Przedpełskiego, reszta jeździła w kratkę. Na papierze lepiej to wyglądało.
Odwrotnie spisali się tarnowianie, tam właściwie nikt nie zawiódł. Oczywiście kiepsko wyglądali juniorzy, lecz to było do przewidzenia. Właściwie mecz na Motoarenie był taki jak cały sezon w przekroju. Czterech zawodników oscylujących wokół zdobyczy dwucyfrowej plus Artur Mroczka dzielnie starający się dotrzymać im kroku. Z różnymi efektami, ale wychowanek GKM-u Grudziądz miał być uzupełnieniem składu, a nie liderem, więc trudno mieć taki same oczekiwania jak w stosunku do Madsena i Vaculika. W niedzielę obiekt im. Mariana Rosego podbił Janusz Kołodziej, tym samym po raz kolejny zaprzeczył teoriom, że prawdziwym liderem potrafi być tylko we własnym mieście. Unia Tarnów sięgnie zatem po trzeci z rzędu brąz. Będzie to jednak najcenniejszy z krążków tego koloru w dorobku Jaskółek, ponieważ pół roku temu mało kto wierzył w tak dobrą postawę drużyny Pawła Barana. 
Świetny Maciej Janowski, dzielnie wspomagany przez Woffindena oraz Drabika nie dał rady odmienić losów rywalizacji z Unią Leszno. Wrocławianie mają po prostu dużo gorszy skład i muszą zadowolić się drugim miejscem. Wielkie brawa dla trenera Barona za pracę z nową nadzieją polskiego żużla, lecz reszta jego podopiecznych zgubiła formę od półfinału. Druga linia praktycznie nie istniała w przeciwieństwie do Byków, gdzie słabszego Przemka Pawlickiego wyręczył Musielak.
Duet Skórnicki-Jankowski miał nosa desygnując wychowanka na kluczowe spotkanie rozgrywek. Słabiej niż zwykle spisał się młodszy Pawlicki, ale z kolei swój dzień miał Zengota, a Pedersen i Sajfutdinov jeździli jak przystało na czołowych zawodników globu. To właśnie jest siłą lesznian, że stanowią prawdziwy zespół. Koledzy nie mają problemów, by zamaskować słabszą postawę innego członka teamu. Wygląda więc na to, że zostanie przełamana klątwa Nickiego. Duńczyk kojarzony przede wszystkim z sukcesów indywidualnych zmierza po swój pierwszy złoty medal DMP.













niedziela, 6 września 2015

Czas na playoffy

fot. hu.wikipedia.org
Sezon żużlowy w Polsce okazał się znacznie ciekawszy niż można było przewidywać. Większość osób zajmujących się tą dyscypliną sportu (w tym ja) typowało raczej ostry podział na dwie grupy zespołów walczących o zupełnie inne cele. Tymczasem faworyci zawiedli, choć nie zawsze ze swojej winy. Miano największych pechowców należy się zielonogórzanom, kontuzja Hampela praktycznie zamknęła jego kolegom możliwość włączenia się do walki o medale. Inna sprawa, że słaby rok zaliczyła druga linia w postaci Walaska i Jonssona. Sporym zawodem okazał się również Krystian Pieszczek. Miał być czołowym polskim juniorem, a rzadko kiedy potrafił się wybić ponad przeciętność. Jeszcze na koniec ogromne nieszczęście, które spotkało Darcy'ego Warda.
Obecne rozgrywki źle będą wspominać również w północnej części województwa lubuskiego. Ustępujący mistrz po beznadziejnym początku nie potrafił nadrobić strat, przez co zakończył już rywalizację. Tylko Bartek Zmarzlik stanął na wysokości zadania i prezentował równą formę. Reszta notowała jedynie przebłyski, a Krzysztof Kasprzak całkowicie się zagubił. Zgodnie z przewidywaniami Rzeszów oraz Grudziądz znacząco ustępowały reszcie stawki. Beniaminek słabą postawę wyjazdową przypłacił spadkiem.  
W pierwszej czwórce niespodziewanie znalazły się ekipy z Tarnowa i Wrocławia. Jaskółki dały radę uplasować się na drugiej pozycji  nie dysponując ani jednym juniorem zdolnym rywalizować w Ekstralidze. Natomiast starsi członkowie zespołu jeździli kapitalnie i zdołali zniwelować ten spory deficyt. Strzałem w dziesiątkę okazał się duński duet Madsen-Bjerre. Vaculik z Kołodziejem znowu błyszczą dyspozycją, co przekłada się na sporą liczbę zdobywanych punktów, ale też widowiskową postawę, szczególnie cenioną przez kibiców.        
Jeszcze większą niespodzianką jest dla mnie Wrocław, który perfekcyjnie rozegrał sezon pod względem taktycznym. Sparta wygrała tyle samo spotkań co piąty w tabeli Falubaz, lecz pod względem bonusów tylko lider z Leszna potrafił dotrzymać im kroku. Odkryciem stał się młody Maksym Drabik, który sprawił że ekipa z Dolnego Śląska wreszcie nie musi drżeć przed biegami juniorów. Jego punkty były niezwykle cenne zwłaszcza podczas wyjazdowych potyczek. Do tego fenomenalny Woffinden, często niemal w pojedynkę wydzierający rywalom kolejne punkty. Pytanie tylko czy drużyna tak uzależniona od jednego człowieka będzie w stanie nawiązać walkę, kiedy na placu boju zostali już tylko najlepsi?
O leszczyńskich Bykach nie ma co wiele pisać. Dla mnie to prawdziwy dream team i jeśli nie spotka ich jakieś nieszczęście raczej sięgną po złoto. Przede wszystkim dysponują najbardziej wyrównaną kadrą, dlatego słabszy dzień konkretnego jeźdźca nie stanowi problemu.  
Zdecydowanie poniżej możliwości prezentował się Toruń. Na papierze mają mocny skład, lecz tutaj zawodzą liderzy. Holder, Łaguta i Doyle to tylko średniacy pod względem ligowej średniej. W Grodzie Kopernika liczą jednak, że w najważniejszym momencie Anioły się obudzą. medal jest w ich zasięgu, choć raczej brązowy niż z cenniejszego kruszcu. 






sobota, 5 września 2015

Porażka do przyjęcia

fot. dailymail.co.uk
Tym razem nie udało się spłatać figla zachodnim sąsiadom. Zresztą już pierwsze minuty pokazały, że Niemcy mają głęboko w pamięci porażkę na Stadionie Narodowym i wyszli na murawę podwójnie zmobilizowani. Gdyby ponownie stracili punkty z podopiecznymi Nawałki, twierdzenia o kryzysie aktualnych mistrzów świata wróciłyby na czołówki gazet. Nasi dzięki dobrej postawie na początku eliminacji mogli podejść do spotkania spokojnie, zwłaszcza że prezent sprawili nam Gruzini. Chyba ten korzystny zbieg okoliczności za bardzo uśpił Biało-Czerwonych, bo zapomnieli wyjść z szatni na pierwsze 20 minut rywalizacji. Strzeżcie się Greków, znaczy Gruzinów kiedy przynoszą dary. 
Trzeba było przyjąć dwa ciosy, żeby wreszcie zespół zaczął cokolwiek grać. Wcześniej Polacy wyglądali na przestraszonych i zbyt mocno cofniętych. Obawy o takich zawodników jak Mączyński czy Jodłowiec okazały się uzasadnione. To solidni ligowcy, lecz Niemcy ich przerastają. Nie ten rozmiar kapelusza. Natomiast Maciej Rybus udowodnił, że gra na lewej obronie nie stanowi dla niego problemu. Z tą pozycją mamy permanentne kłopoty, więc zawodnik nieustępujący mistrzom świata jest cennym nabytkiem. Miałem spore wątpliwości co do niego, bo grając w pomocy nigdy nie zdradzał przesadnych inklinacji defensywnych. Wczoraj  zaczął od takiej żółtej kartki, że szanse na dokończenie meczu z nim w składzie wydawały się niewielkie. Widocznie wykoszenie Mullera podziałało na niego mobilizująco.    
Z kolei dziura powstała po drugiej stronie boiska. Łukasz Piszczek zaprezentował się tragicznie, w dużej mierze to on odpowiada za chaos obrony w początkowym fragmencie spotkania. Nie pierwszy raz zawodnik Dortmundu z białym orłem na piersi traci swoje walory. Z całym szacunkiem, ale dawne zasługi to zbyt mało by ciągle dostawać miejsce w jedenastce. Albo Piszczek wróci do dawnej formy, albo trzeba rozglądać się za zastępstwem. Szkoda, bo akurat ta pozycja miała być obstawiona na długie lata. 
Najlepszy moment naszej kadry miał miejsce, kiedy minął szok po stracie dwóch bramek. Wtedy zawodnicy Nawałki potrafili przycisnąć rywali do muru. Piękna akcja, którą szczupakiem wykończył Lewy dała nadzieję, że Frankfurt zostanie zdobyty. Niestety na przeszkodzie stanął Manuel Neuer. W pierwszej konfrontacji my mieliśmy Szczęsnego, a wczoraj główną rolę odegrał bramkarza Bayernu. Perfekcyjnie zachował się podczas pojedynku z klubowym kolegą. Gdyby wówczas padło wyrównanie, mecz dostarczyłby jeszcze więcej emocji. Stało się jednak inaczej, a nasi pod koniec opadli z sił i złudzenia rozwiał Goetze.  Można żałować, że nie graliśmy z Niemcami miesiąc później. Październik to zazwyczaj szczyt formy naszych piłkarzy, wrzesień trochę obnażył braki kondycyjne. 
Mimo wszystko trudno popadać w pesymizm. Przegrać z mistrzami świata to nie dramat, szczególnie po niezłym spotkaniu. Teraz na rozkładzie mamy Gibraltar, będzie okazja szybko zapomnieć o pierwszej porażce w eliminacjach. 





piątek, 4 września 2015

W piłkę potrafią grać wszyscy

fot. theguardian.com
Już tylko mały kroczek dzieli Islandię od sensacyjnego awansu do przyszłorocznych Mistrzostw Europy. Właściwie wyspiarzy można traktować jako uczestników imprezy. W przeszłości bywały bardziej spektakularne sukcesy małych państw, na przykład Łotysze przeszło 10 lat również uczestniczyli w kontynentalnym czempionacie. Jednak po losowaniu grup chyba niewielu spodziewało się, że piłkarze z północy przeskoczą Holendrów, Czechów oraz Turków (nota bene od wspomnianych Bałtów również okazali się lepsi). 
Symptomem złotej ery futbolu w Kraju Lodu były już eliminacje do brazylijskiego Mundialu. Wówczas odpadli tuż przed samą metą, gdy ulegli Chorwacji, tyle że wtedy przeciwnicy grupowi byli znacznie słabsi. Tym razem nie ma mowy o przypadku, bo kiedy z sześciu meczów wygrywa się pięć, w tym dwa razy przeciwko Oranje (nawet jeśli akurat przeżywają kryzys) to trudno mieć farta tak wiele razy. Zresztą już na pierwszy rzut oka widać gdzie gracze Lagerbacka zrobili największy postęp. O dziwo kojarzeni raczej z topornością Skandynawowie strzelali bramki bez problemu, lecz zbyt często mylili się w defensywie. Teraz jest znacznie trudniej pokonać islandzkiego bramkarza, tylko Czesi znaleźli na niego receptę. 
Wygląda więc na to, że sukcesy w piłce nożnej odnosić mogą wszyscy. To najbardziej egalitarny sport na naszym globie. Pod każdą szerokością geograficzną stosunkowo łatwo zorganizować plac z dwiema bramkami i jakąś szmaciankę. Zasady są prostsze od EKG nieboszczyka, zwłaszcza kiedy pominąć przepis o spalonym, a przeważnie się tak robi podczas amatorskich zmagań. Jacek Gmoch pewnie miałby odmienne zdanie, ale nie przesadzałbym także ze znaczeniem taktyki. Oczywiście zdarza się, że któremuś trenerowi uda się wymyślić coś nowego, czym zaskoczy przeciwnika, lecz w czasach gdy praktycznie każdy ma dostęp do wszystkich najważniejszych piłkarskich spotkań w komórce/tablecie rozpracowanie rywala jest banalnie proste.
Nie trzeba posiadać także jakiś nadzwyczajnych predyspozycji. O ile biały mężczyzna prawdopodobnie już nigdy nie zdobędzie złotego medalu Igrzysk Olimpijskich w sprincie na 100 metrów czy maratonie, to piłkarska murawa pomieści prawie każdego. Gwiazdą może stać się zarówno wysoki jak i niski, szybki, czy ślamazarny Riquelme. Nawet obwód w pasie i rzeźba klaty nie stanowi aż takiego problemu, co pokazują przypadki dwóch panów Ronaldo.     Od kilku dni trwa tradycyjna napinka przed meczem z Niemcami, analizowanie na wszystkie strony każdego szczegółu który może zdecydować o zwycięstwie. Nie dziwię się, bo po pierwsze szpalty gazet same się nie zapełnią, a po drugie ludzie którzy się tym zajmują to autentyczni maniacy, żyjący piłką nie tylko dla kasy. Tylko czasem warto już odpuścić i podejść do sprawy na luzie. Skoro Kazachowie mogą mieć drużynę w Lidze Mistrzów, to my możemy drugi raz ograć Niemców. Niecały rok temu też nikt nie wierzył.