O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

poniedziałek, 29 września 2014

Czemu nie krytykuję Szpaka

fot. www.sport.tvp.pl
Czasy świetności ma już za sobą. Coraz więcej imprez piłkarskich trafia do telewizji komercyjnych, do których coraz większa liczba Polaków ma dostęp. W związku z tym, sporo osób odkryło, że są jeszcze inni, obok Dariusza Szpakowskiego futbolowi komentatorzy.
Dla filara TVP konfrontacja  z młodszymi kolegami, często kończy się słabo. Kibice wypominają mu brak przygotowania, lapsusy językowe, czy nadmiernie patetyczny ton. Po meczu można być pewnym, że Internet będzie roił od wyłapanych wpadek. Chyba ulubionym tematem jest wymowa nazwisk piłkarzy, do czego pan Dariusz ma wyjątkową fantazję. Akurat to mu wybaczam, bo temat wcale nie jest tak prosty, jak się niektórym wydaje.
Po pierwsze, nie ma szans by jeden człowiek był w stanie mówić dobrze we wszystkich językach europejskich. Jakoś od angielskiego komentatora nikt nie wymaga, by płynnie wyrecytował kadrę polskiego zespołu. Nie raz słyszałem jak starali się to robić i szczerze mówiąc, szło im fatalnie. Tu nie chodzi tylko o polski, trudny język, lecz w ogóle inni nie mają takiej spiny, żeby się tym specjalnie przejmować.
Ludzie, którzy pouczają na temat wymowy, sami często nie mają o tym pojęcia. Wątpię, żeby  w Polsce była  tak powszechna znajomość języków obcych. Owszem, dużo osób zna angielski, ale przecież nie wszystkie języki rządzą się podobnymi zasadami co mowa Szekspira. Zangielszczanie nazwisk flamandzkich czy walońskich jest błędem. Zresztą każdych innych też, bo wtedy były premier nazywałby się Task, a nie Tusk. Ja wiem, że zangielszczona nazwa brzmi nowocześnie, ale jednak wolę pozostać przy różnorodności. Nie mam pojęcia, jak nie znając flamandzkiego można pouczać na temat wymowy holenderskich nazwisk?  
No i wreszcie w Europie są regionalizmy. W Polsce temat niemalże zapomniany. Tutaj przez szereg lat robiono wszystko, żeby zniwelować różnicę między regionami. Walczono z odrębnością językową, kulturową, a nawet kulinarną. Zupełnie inaczej ma się sytuacja w innych państwach. Nikogo nie dziwi, że w Kastylii mówi się inaczej niż w Katalonii, czy Andaluzji. I niby jaka forma jest poprawna, tak żeby przeciętny redaktor telewizyjny mógł ją stosować? Pamiętam jak początkowo wyśmiewano "Puziola", a potem się okazało, że  w Barcelonie rzeczywiście wymawiają w ten sposób.
W tym całym zamieszaniu mam tylko jedną pretensję do Szpakowskiego. Niech sobie wybierze jedną formę i się jej trzyma. Gdy w trakcie meczu nazwisko piłkarza wymawia na pięć różnych sposobów, to rzeczywiście wprowadza widza w błąd. Wtedy jest to irytujące. Natomiast co do wymowy, czy akcentu to polecam większą wyrozumiałość.

sobota, 27 września 2014

Kolejna odsłona Świętej Wojny

fot. klubkwadrat.pl
Mimo, że nie jest to już czas kiedy Wisła dominowała w lidze, a Cracovia walczyła o europejskie puchary, w Grodzie Kraka  te mecze wciąż są wydarzeniem sezonu. Po raz 188 najlepsze zespoły królewskiego miasta, spotkają się, by w bezpośredniej konfrontacji zdecydować o obsadzie wawelskiego tronu.
Zdecydowanie korzystniejszy bilans ma ekipa z Reymonta. 84 razy udało się jej pokonać Cracovię, wobec tylko 60 porażek. Ostatnie starcie również skończyło się tryumfem Białej Gwiazdy, która zaaplikowała rywalom trzy gole, jeden raz dając się im pokonać. Jednak na boisku przy ulicy Kałuży już tak łatwo nie było. Zeszłej jesieni wywiozła stamtąd tylko remis, a mogło być nawet gorzej, bo w drugiej połowie Pasy powinny przechylić szalę na własną korzyść. W ogóle na boisku przeciwnika Wiśle szło dużo gorzej, co zapowiada ciekawsze widowisko. Nie ma bowiem co ukrywać, że to podopieczni Smudy są w niedzielę faworytem.
Cracovia zaczęła sezon bez animuszu. Fani klubu powinni być do tego przyzwyczajeni. Ile razy przed rozgrywkami słyszeli o wielkich ambicjach, a kończyło się na walce o utrzymanie. Przynajmniej tym razem im tego oszczędzono. Wzięto młodego trenera, który ma dopiero zbudować zespół. Ciekawe tylko jak długo prezesowi Filipiakowi wystarczy cierpliwości?
Największym problemem pozostaje obrona. O ile taki Rakels czy Covilo coś tam potrafią, to koledzy z tyłu marnują cały wysiłek. Średnio prawie dwie bramki tracone w meczu, źle wróżą przed starciem ze Stiliciem i Brożkiem. Trener Podoliński nakaże pewnie swoim zawodnikom atak od pierwszych sekund meczu. Pasy będą chciały wykorzystać doping własnej publiczności i szybko ustawić sobie przeciwnika. Jeśli bowiem gdzieś wygrywają, to na własnym obiekcie. Inna sprawa, że pokonanie Łęcznej i Korony to też nie są wiekopomne wyczyny.
Inne problemy ma Wisła. Ekipa Smudy od początku sezonu radziła sobie świetnie, znacznie powyżej możliwości kadrowych. Fatalny mecz z Legią może na nią podziałać deprymująco. Nie chodzi o porażkę, z mistrzem przegrać to nie wstyd, ale o okoliczności tej wpadki. Po pierwsze sędzia popełnił katastrofalny błąd uznając gola Orlando Sa ze spalonego. Po drugie gra Wiślaków znacznie odstawała od tego, co chcieliby widzieć kibice Białej Gwiazdy. Kolejna przegrana w prestiżowym meczu zniszczy, z trudem budowane morale. Aby do tego nie doszło, w Pucharze Polski nie zagrali podstawowi zawodnicy, mający szykować się na sąsiadów zza miedzy.         
Smudzie można zarzucać surowość warsztatu, lecz motywować zawodników to umie. Jego drużyny świetnie spisywały się w takich spotkaniach. Bo w derbach umiejętności często schodzą na drugi plan, a wygrywa ten kto jest bardziej zdeterminowany.
PS. W ogóle ten weekend stoi pod znakiem derbów. O lokalny prymat powalczą w Zagłębiu Ruhry, Liverpoolu i Londynie. 
   

piątek, 26 września 2014

Polak z szansami na złoto

fot. gorzow.gazeta.pl
Sezon żużlowy dobiega końca. Jestem tym wyjątkowo mało zmartwiony, bo był to najsłabszy rok odkąd pamiętam. Przedostatnia runda GP odbędzie się na jednodniowym torze w Sztokholmie.
Jak to z takimi torami bywa, trudno przewidzieć, jak akurat będzie przygotowany danego dnia. W zeszłym roku fenomenalnie wpasował się w niego Niels Kristian Iversen. Oprócz taśmy w debiucie, wygrał wszystkie, pozostałe biegi. Duńczyk jutro nie wystartuje, ze względu na kontuzję.
Na szczęście szykuje się turniej powrotów. Na odpuszczenie kolejnej rundy nie stać już Grega Hancocka. Amerykanin pauzował w Vojens, co było pierwszym takim przypadkiem od startu formuły SGP. Przewaga punktowa na Kasprzakiem stopniała na tyle, że Greg odpuścił nawet półfinały Ekstraligi, byleby zwiększyć szanse na kolejne złoto mistrzostw świata.
Na torze pojawi się również, następny pechowiec sprzed dwóch tygodni - Kenneth Bjerre. On z kolei ma ambicję wskoczyć do czołowej ósemki i zapewnić sobie udział w elitarnym towarzystwie na przyszły sezon. Mniej pewny jest udział Tai'a Woffindena. Mistrz świata miał już pojechać w Vojens, lecz ostatecznie przegrał z własnym organizmem. Anglik ma wciąż realne szanse na obronę złota sprzed roku. Inna sprawa, że nawet jeśli wystąpi, to forma będzie odbiegała od normalnej dyspozycji Tai'a.
My oczywiście liczymy na Krzysztofa Kasprzaka. Ten sezon to jego życiówka. Nie robi mu różnicy na jakim jedzie torze i z kim rywalizuje. No może z małym wyjątkiem. W czerwcu, w Malilli kompletnie nie mógł sobie poradzić. Trzy zera, taśma i defekt; ten wieczór śnił mu się pewnie po nocach. Może to podziałać mobilizująco, lecz trudno nie mieć obaw, patrząc na statystyki Kasprzaka w Szwecji. Nie ma go nawet wśród dwudziestu najskuteczniejszych żużlowców w Elitserien. Tamtejsze tory nie bardzo mu chyba odpowiadają. W zeszłym roku pojechał nie najgorzej, awansując do półfinału. Przy problemach zdrowotnych najpoważniejszych rywali, taki wynik może wystarczyć.
Faworytów jutrzejszych zawodów upatruję gdzie indziej. Na własnej ziemi groźny będzie Andreas Jonsson. Szwed niespodziewanie wrócił do formy i stanął na najwyższym stopniu podium w Vojens. On przeważnie łapie formę w drugiej części sezonu, 7 z 9 swoich zwycięstw odniósł własnie wtedy.
Drugim, którego widzę w czołówce jest Matej Zagar. Przed rokiem uplasował się tuż za Iversenem. Co prawda Słoweniec nie musi się już starać, bo w GP Challenge wywalczył prawo występów w przyszłym roku, ale ma chyba większe ambicje. Właściwie nawet miejsce na pudle jest w jego zasięgu. W tym roku, już raz wygrał w Finlandii, co pokazuje, że tory na północy Europy mu odpowiadają.   

czwartek, 25 września 2014

Byki w finale

fot. eli11.wrzuta.pl
O lubuskich derbach nie ma nawet co pisać. Falubaz się skompromitował. Tylko Andreas Jonsonn stanął na wysokości zadania i podjął walkę z gospodarzami. Szwed złapał wiatr w żagle. W sobotę, na sztokholmskim owalu, znów może powalczyć o zwycięstwo. Najwięcej pretensji można mieć krajowych liderów: Hampela i Protasiewicza, którzy łącznie wywalczyli 3 oczka. Ustępujący wicemistrz świata, jeździ jak junior. Może niech już sobie zrobi wakacje i nie zabiera miejsca w GP.
Dużo ciekawej było w Tarnowie. Po zwycięstwie na własnym torze, leszczynianie uwierzyli, że mogą wyeliminować osłabionego kontuzjami przeciwnika. O niedyspozycji Hancocka było wiadomo od dawna, na domiar złego w Lonigo rozbił się Kołodziej. Wczoraj wystąpił, jednak jeździł asekuracyjnie. Ewidentnie zdrowie nie pozwoliło mu na pokazanie swoich umiejętności.
W zespole Adama Skórnickiego zabrakło Bjerre, ale wartości Duńczyka nie można porównywać z Hancockiem i Kołodziejem.
Dla gospodarzy mecz zaczął się pechowo i tak zostało do końca. Świetnie spod taśmy wyskoczył debiutant Thorssell, nie dowiózł prowadzenia do mety, bo motocykl odmówił posłuszeństwa. Jednak awans Byków to nie jest tylko kwestia szczęścia. Trzeba przyznać, że goście byli świetnie spasowani z tarnowskim torem. Atomowe starty pozwalały kontrolować sytuację na pierwszym łuku. W tym aspekcie brylował zwłaszcza Musielak. Zresztą juniorzy to też kluczowy element dla przebiegu wczorajszej rywalizacji. Leszczynianie wygrali tutaj 16-3. 
Oba kluby, przed sezonem nie były uznawane za faworytów do medali. Wyżej stały akcje Torunia, Zielonej Góry i Gorzowa. W przypadku podopiecznych Cieślaka nie można, więc mówić o tragedii. Jasne, że runda zasadnicza rozbudziła nadzieje, lecz nad Jaskółkami ciągle wisiał topór w postaci wąskiej kadry. W pewnym momencie musiało się to zemścić. Zresztą w ogóle należy pomyśleć, aby ograniczyć liczbę startów. Polscy kibice, którzy w dużej mierze utrzymują ten sport, chcą w playoffach widzieć ściąganie na najwyższym poziomie, a nie tych, którzy akurat nie doznali kontuzji w zagranicznych zawodach.



wtorek, 23 września 2014

Tramwaj zwany Lechią Gdańsk

fot. Artur Andrzej
W tym sezonie utarło się powiedzenie, że Lechia jest jak tramwaj. Na każdym przystanku ktoś wysiada, a ktoś inny wchodzi, by wysiąść na kolejnym. Tym razem, na stacji Szczecin wyskoczył trener Quim Machado; przynajmniej będzie miał bliżej do domu. A właściwie nie tyle wyskoczył, co go wysadzili. Tak, prędzej czy później kończy się jazda na gapę.
Portugalczyk znalazł się nad polskim morzem niespodziewanie, chyba nawet dla siebie. Ciekawe czy w ogóle wiedział, że Polska ma dostęp do morza? W naszym kraju nikt go nie znał. Zresztą trudno, żeby tak nie było, skoro Machado nie może się pochwalić bogatą karierą ani piłkarską, ani trenerską. Jego największy sukces to awans z Feirense do portugalskiej ekstraklasy. Niestety już w kolejnym sezonie z hukiem z niej zleciał. Nie pozwolono mu nawet dokończyć sezonu.
Nie mam pojęcia jak to się stało, że ktoś taki został szkoleniowcem bądź, co bądź w polskiej, najwyższej klasie rozgrywkowej. Czy zdecydowało, że jest rodakiem Jose Mourinho, czy może to, że nad Atlantykiem szerokie znajomości ma Andrzej Juskowiak. Może jednak były gracz Sportingu Lizbona zechciałby je wykorzystać trochę lepiej, a nie ściągać do kraju zagraniczny szrot, co zresztą sam wielokrotnie krytykował.
Na usprawiedliwienie Portugalczyka trzeba napisać, że nie miał łatwego zadania. Przed sezonem ściągnięto chyba ze 20 nowych zawodników. Przy takiej polityce kadrowej, nie ma szans poskładać drużyny. Inna sprawa, że sam dał sobie wejść prezesom na głowę. Ktoś inny żądałby większego wpływu na to jak wygląda jego zespół.      
W meczu przeciwko Pogoni, oprócz Polaków zagrali jeszcze: Grek, Serb, Austriak, Brazylijczyk, Bośniak i Chorwat urodzony w Niemczech. Mieszanka wybuchowa, a przecież w kadrze są jeszcze Portugalczycy, Czeczen, czy Gwinejczyk. 
Nic dziwnego, że dla młodych Polaków nie starcza już miejsca. Po co mieszano w głowie Stolarskiemu, skoro szybko oddano go na wypożyczenie do Lubina. Wyróżniający się w Białymstoku Dźwigała, grzeje ławę, bo Lechia wychowuje kadry reprezentacji Grecji. A czym takim się wyróżnił Bougaidis? 
Mam wrażenie, że właściciele, z panem Wernze na czele traktują klub jak stragan na bazarze, gdzie każdy badziew znajdzie swojego kupca. W futbolu to nie wypali. Tutaj zarabia się na zawodnikach, gdy cały klub odnosi sukcesy i ich promuje. Więcej rozumu w tym wszystkim miał nawet Józef Wojciechowski.

niedziela, 21 września 2014

Derby dla Rangersów

fot. www.rmf24.pl
W miniony czwartek odbyły się pierwsze Old Firm Derby od kwietnia 2012 r. Jak to możliwe skoro Rangersi ciągle grają na drugim ligowym froncie, a żaden mecz pucharowy tego dnia się nie odbywał? Chodzi oczywiście o referendum, które miało zdecydować o przyszłości Szkocji. Wygrali je zwolennicy kontynuowania unii z Anglią.
Tą opcję reprezentują sympatycy ekipy z Ibrox Park. Jej kibice to przeważnie protestanci; kiedy trenerem został Paul Le Guern wypominano mu katolickie wychowanie, choć Francuz tłumaczył, że od lat nie praktykuje. Organizują też marsze Oranżystów, upamiętniające obalenie ostatniego katolika na londyńskim tronie - Jakuba II Stuarta. W przeciwieństwie do republikańsko nastawionych katolików, protestanci jednoznacznie wspierają monarchię, przy czym utożsamiają ją z Wielką Brytanią. Pomysł ustanowienia własnego tronu, nie cieszy się wśród nich sympatią.
Sąsiedzi zza miedzy to ich totalne przeciwieństwo. Wywodzący się przeważnie od Irlandczyków - emigrantów zarobkowych, są zazwyczaj gorzej sytuowani. Lata prześladowań katolików w Wielkiej Brytami sprawiły, że niechętnie patrzą na władzę w Londynie i dążą do stworzenia samodzielnego państwa.
A jak w ogóle to się stało, że Szkoci trafili pod skrzydła Anglików? Co ciekawe nie odbyło się to w wyniku podboju, wręcz przeciwnie. Po bezpotomnej śmierci Elżbiety I, dzięki wielu staraniom tron obsadził Jakub I, król Szkocji. Szybko jednak porzucił swoje dawne królestw i zajął się głównie świeżo zdobytymi, bogatszymi ziemiami. Analogicznie do unii polsko-litewskiej, gdzie tron zajął Litwin Władysław Jagiełło, lecz to Polska została ważniejszym członem unii.
Niewiele brakowało, by ledwie kilkanaście miesięcy po objęciu angielskiego tronu, Jakub wraz z całym parlamentem wyleciał w powietrze. Zwolennicy powrotu kraju na łono katolicyzmu, zorganizowali spisek, który z Westminsteru miał zrobić kupę gruzu. Człowiek, który za tym stal - Guy Fawkes, jest w ostatnich latach bardzo popularny jako symbol ruchów walczących o wolność w Internecie. To maski z jego podobizną nosiło się na protestach przeciwko ACTA.
Panowanie Szkotów w Anglii w ogóle było burzliwe, bo to wtedy doszło do rewolucji, która skróciła o głowę Karola I i wprowadziła ustrój republikański. Przedostatnim przedstawicielem tej nacji, panującym w Pałacu Buckingham, był wspomniany Jakub II. Ten z kolei podpadł dążeniami do rządów absolutystycznych. W dodatku dokonał konwersji na katolicyzm i wobec jego charakteru, bano się że zmusi do tego samego swoich poddanych.       
Realne zjednoczenie obu państw to dzieło Anny Stuart. To za jej rządów podpisano Akt Unii, scalający Anglię i Szkocję, który to stan rzeczy trwa do dzisiaj.

sobota, 20 września 2014

Kto wjedzie do finału?

fot. Janusz Gąciarz
Żużlowy sezon wkracza w decydującą fazę. Jutro dwie z czterech drużyn pożegnają się z marzeniami o tytule mistrzowskim. Uprzywilejowaną pozycję wywalczyły sobie przed tygodniem zespoły, nie uchodzące za faworytów. Gorzów i Tarnów, które zdominowały część zasadniczą muszą gonić wyniki. Szkoda tylko, że taka sytuacja została w dużej mierze spowodowana kontuzjami. Nie jest to sprawiedliwe, lecz sprzyja atrakcyjności widowiska.
Tarnowskie Jaskółki podejmą Unię Leszno, na obiekcie który w tym roku pozostaje niezdobyty. Pomijając spotkanie z Falubazem, gdzie zawodnicy Marka Cieślaka wystąpili w mocno rezerwowym składzie, najbliżej zwycięstwa byli... Leszczynianie. Co prawda, gdyby powtórzył się wynik z tamtego meczu, w finale pojechaliby tarnowianie, ale przecież wtedy zdrowy był Hancock. Amerykanin dołożył solidną cegiełkę do tryumfu, notując 9 pkt i 3 bonusy. Można być spokojnym o Łagutę i Kołodzieja. Stadion przy Zbylitowskiej to ich królestwo - obaj mają średnią domową powyżej 2,5 pkt na bieg. Większą niewiadomą jest Vaculik, ciągle zmagający się ze skutkami urazu obojczyka.
Atutem Leszna jest bodaj najbardziej wyrównany skład w lidze. Co prawda brakuje wyrazistego lidera, bo Nicki Pedersen nie zawsze wywiązuje się z tej roli, ale przynajmniej każdy robi swoje. W rewelacyjnej dyspozycji znajduje się młodszy z braci Pawlickich. Nie robi mu różnicy tor, na którym rywalizuje. Wszędzie wykręca wyniki powyżej oczekiwań. Zresztą drugi z juniorów - Musielak, też nie pozostaje w tyle. W pierwszym tarnowskim starciu, ci dwaj byli najskuteczniejszymi żużlowcami Byków. Leszno ma niepowtarzalną okazję do sprawienia sensacji, lecz na wysokości zadania musi stanąć druga linia. We trzech, może się nie udać obronić zaliczki.     
W drugim półfinale spotkają się starzy znajomi. Stal i Falubaz żyją jak pies z kotem. Kto wie, czy dla zwycięzcy, wynik derbów nie będzie ważniejszy, niż rezultat finałowego starcia.
Runda zasadnicza pokazała, jak wyrównane będzie to spotkanie. Wtedy żadna z drużyn nie zgarnęła bonusa. Wynik pierwszej rywalizacji w playoffach też był bardzo zbliżony do tamtych rezultatów. Jeden bieg może zdecydować, o tym kto powalczy o złoto.
Gospodarze liczą na Kasprzaka. Wielu już chyba zwątpiło w jego talent, ale ten sezon należy do niego. Miejsce na pudle mistrzostw świata jest bardzo realne. W lidze Kasper też rzadko ustępuje miejsca innym. Dzielnie sekunduje mu Bartek Zmarzlik, który zwłaszcza u siebie potrafi objeżdżać każdego zawodnika w lidze. Nie pojedzie Puk Iversen, Gorzowianie w jego miejsce zastosują pewnie ZZ, dużą rolę odegra zatem sprzęt pozostałych zawodników, który będzie musiał wytrzymać dodatkowy bieg.
Problemem może być też sobotni występ Zagara w Lonigo. Sukces w GP Challenge może go uskrzydlić, z drugiej strony dodatkowe zawody oznaczają większe zmęczenie, zarówno zawodnika, jak i sprzętu.
Zielonogórzanie odetchnęli z ulgą, bo formę złapał Andreas Jonsson. Przy absencji Dudka, Szwed ratuje sytuację. Jeśli AJ pojedzie w Gorzowie, tak jak w fazie zasadniczej, to w ogóle nie ma o czym rozmawiać. Na szczęście, przy ogólnej mizerii w GP, Jarek Hampel w rodzimych rozgrywkach trzyma poziom. Musi się tylko dogadać z motocyklami, bo rezerwa taktyczna będzie raczej nieunikniona. 
Ogromny problem Zielona Góra ma z juniorami. Na tle młodzieżowców Gorzowa wypadają blado. Ewidentnie widać, że Falubaz ma więcej luk w składzie. Może się zdarzyć jakaś eksplozja formy Łoktajewa, czy Becha, ale patrząc realnie faworytem będzie drużyna Stali.

Klasyk pod Wawelem

fot. krakowlife.pl
Nie będę pisał o hicie, bo w odniesieniu do polskiej ligi brzmi to trochę śmiesznie, ale są takie spotkania, które elektryzują nawet tych, którzy na co dzień nie śledzą Ekstraklasy. Jutro, na boisko przy Reymonta przyjeżdża Legia.
Tak się szczęśliwie złożyło, że aktualnie oba kluby zajmują czołowe lokaty w tabeli. W dodatku nie można mieć wątpliwości, że to własne one grają obecnie najlepszą piłkę w kraju. Z jednej strony Radovic, Duda i Żyro, z drugiej fantastyczna druga linia Wisły, gdzie bryluje Stilic oraz łapiący coraz lepszą formę Brożek. Nic dziwnego, że są to jedyne zespoły, które zdobywają średnio ponad dwie bramki na mecz. W niedzielę też można się spodziewać ofensywnego nastawienia. Zresztą krakowianie w defensywie spisują się bardzo przeciętnie, gra na utrzymanie wyniku skończyłaby się pewnie nie najlepiej. Przyda się również wsparcie kapelana Wisły ks. Bronisława Fidelusa, bo mocno zagrożony jest występ Głowackiego. Jakoś sobie nie wyobrażam Michała Czekaja grającego przeciwko Radoviciowi.
Podopieczni Berga mają trochę inne zmartwienia. Obecnie bardziej interesują ich zmagania w europejskich pucharach. Zwiększenie liczby meczów pozwala im na większą elastyczność. W rundzie jesiennej mogą trochę odpuścić, a wiosną zaczną nadrabiać straty do czołówki. Zresztą nawet nie bardzo mają kogo gonić, bo poza Wisłą inni pretendenci gubią punkty na potęgę. Porażka w Krakowie, choć prestiżowa nie przekreśli szans na obronę tytułu mistrzowskiego.
Kluczową rolę dla rezultat meczu może mieć forma fizyczna. Tutaj gospodarze są w uprzywilejowanej pozycji. W trakcie przerwy reprezentacyjnej Smuda swoim zwyczajem dołożył do pieca, co było widoczne podczas spotkania z Zawiszą. W pewnym momencie Wiślacy ledwo się ruszali na murawie. Teraz zmęczenie już opadło, a wykonana praca powinna zaprocentować w natsępnej części sezonu.
Henning Berg ma trudniejsze zadanie. Przez cały okres jesieni Legioniści muszą utrzymać formę wypracowaną w czasie letniego zgrupowania. Nie ma czasu na wzmocnienie kondycyjne, bo co chwilę jest jakiś ważny mecz. A nie sadzę, żeby Norweg zdecydowal się rotować składem, aż tak jak na początku sezonu.

czwartek, 18 września 2014

Faworyt do Oscara już jest

fot. www.theartshouse.com.sg
Macie jakieś plany na początek grudnia? No to rezerwujcie prawie dwie godziny na film, o którym będzie się dużo mówiło, nie tylko w branży. Chodzi o The Imitation Game, ekranową biografię Alana Turinga - genialnego matematyka i kryptologa, twórcy podwalin pod informatykę.
Anglik przyczynił się do rozpracowania Enigmy (nota bene kiedy my doczekamy się wielkobudżetowej produkcji o wkładzie Polaków w ten sukces?), był również autorem testu Turinga. Kto oglądał Łowcę Androidów wie o co chodzi. Dla reszty wyjaśniam, że tą metodą bada się zdolność maszyn do symulowania ludzkich zachowań, tak aby nie można ich było odróżnić od homo sapiens. Swoją niezwykłą inteligencję musiał Turing łączyć z szarym, codziennym żywotem. A że był homoseksualistą, nie miał łatwo. W tamtych czasach za podobne przypadłości groziło więzienie.  
O tym jak wielki wkład miał Turing w rozwój branży zwanej dzisiaj IT, świadczy fakt, że Steve Jobs kazał podobno na jego cześć pomalować pierwsze logo Apple na tęczowo.
W tytułowej roli wystąpi Benedict Cumberbatch. Tak jak obecny rok należał moim zdaniem do Matthew McConaugheya, tak w kolejnym może się wypromować właśnie Cumberbatch. Zresztą już pokazał na co go stać. Najbardziej kojarzony jest z rolą Sherlocka Holmesa, choć ja akurat nie przepadam za tym serialem. Robert Downey Jr wydawał mi się bardziej charakterystyczny.
Na pewno jest prawdziwym specjalistą od dramatów biograficznych. Wcielił się w Stephana Hawkinga, van Gogha i Juliana Assange'a, ale żadna z tych kreacji nie przysporzy mu takiej popularności jak hoolywodzki hit. W mijającym roku można go było zobaczyć w dwóch głośnych filmach: Zniewolonym i Sierpniu w hrabstwie Osage. Szczególnie polecam ten drugi, choć akurat tam przykryli go inni wielcy aktorzy, zwłaszcza Meryl Streep oraz Julia Roberts.
W obsadzie znalazła się również Keira Knightley, będzie więc na co popatrzeć. Z kolei o inny zmysł zadba Clint Mansell, twórca muzyki między innymi do Requiem dla snu.
Ten film to pewniak, zawiedzeni mogą być tylko fanatyczni zwolennicy kina akcji, w stylu Stevena Seagala.

wtorek, 16 września 2014

Głupie fair play

fot. sport.dziennik.pl
W FIFA zastanawiają się nad zmianami w przepisach. Chodzi głównie o to, żeby wprowadzić powtórki wideo. W ten sposób Blatter chce przypodobać się opinii publicznej, która wiekowego Szwajcara ma już dość. Sam jestem jak najbardziej za. Nie mam wątpliwości, że nie rozwiąże to wszystkich problemów. I tak będą się zdarzać sytuacje, w których nawet powtórki nie dadzą jasności. Zresztą nie ma mniej obiektywnego stworzenia niż kibic sportowy. On zawsze będzie uważał, że to właśnie jego drużynę krzywdzą. Jednak skoro można ograniczyć liczbę kontrowersji, to powinno się iść tą drogą.
Pomyślałbym jeszcze o wprowadzeniu efektywnego czasu gry. Nic tak nie wkurza, jak symulowanie przez zawodników kontuzji, żeby "ukraść" parę sekund. Zgodnie ze zwyczajem, jeśli piłkarz leży na murawie, futbolówkę należy odkopnąć  na aut, aby umożliwić udzielenie pomocy. Samo w sobie jest to chwalebne zachowanie, szkoda tylko, że tak często nadużywane. Ludzie nie chcą oglądać zawodników zwijających się w konwulsjach, którzy po 10 sekundach biegają jak nowo narodzeni. 
Zresztą od początku ten gest miał tak niewiele wspólnego z fair play. Garrincha, któremu przypisuje się prawa autorskie  do tego zachowania, miał inną motywację. Był on niezrównanym dryblerem, wyżej niż strzelanie bramek ceniącym ogrywanie przeciwników. Chętnie, więc zawracał tuż przed samą bramką i ponownie zaczynał  swój taniec, bądź właśnie wykopywał futbolówkę na aut, żeby po chwili ją odzyskać i znów zacząć zabawę.
Uważam, że nie ma sensu przerywanie gry za każdym razem, gdy ktoś teatralnie padł na murawę. Kiedy kontuzja jest naprawdę poważna, od razu to widać i sędzia ma prawo zastopować grę, bez czekania na wybicie piłki. 
Efektywny czas mógłby trochę ukrócić praktykę wymuszania interwencji lekarskich. Dodatkowo skończyłyby się kontrowersje przy doliczaniu minut. Ile razy jakaś drużyna pożegnała się z pucharami, bo sędzia doliczył za dużo? Po co fundować sobie niezdrowe emocje, skoro można rozwiązać sprawę przy pomocy zwykłego stopera.

Zaczyna się prawdziwa gra

fot. www.gva.be
Dla Legii zaczyna się najtrudniejszy okres. Zmagania w Ekstraklasie będą łączyć z występami w Lidze Europy. Właściwie to na odwrót, bo na Łazienkowskiej nie ukrywają, co jest dla nich priorytetem. Zeszłoroczna, nieudana kampania zagraniczna mocno podrażniła ambitnego prezesa Leśnodorskiego. Powtórka z rozrywki mogłaby zachwiać jego wiarą w Henninga Berga.
Na początek Wojskowi zmierzą się z belgijskim Lokeren. W Polsce na nikim ta nazwa nie robi wrażenia, klub jest znany głównie z tego, że jego barwy reprezentował Włodzimierz Lubański. Zresztą piłkarze z Flandrii właśnie wtedy odnieśli największe sukcesy w historii, zdobywając wicemistrzostwo i grając w finale pucharu Belgii.
Aktualnie to typowy średniak, przeważnie plasujący się w tabeli w okolicach 5 miejsca. Nastawia się głównie na defensywę, czemu trudno się dziwić, bo przed sezonem odszedł najlepszy snajper Hamdi Harbaoui. Do Polski przyjadą pewnie z kompromisowym nastawieniem. Podział punktów całkiem ich zadowoli.
Gospodarzy taki scenariusz nie urządza, więc to na nich będzie spoczywał ciężar prowadzenia gry. Chyba nie ma z tym problemu, na Łazienkowskiej są futboliści, którzy świetnie się czują z piłką przy nodze. W minionym tygodniu żal było patrzeć na obrońców Śląska, którzy musieli kryć Radovicia. Serb robił co chciał, zresztą to nie pierwszy raz. Do pomocy ma Dudę czy Żyro, o skuteczność ekipy Berga nie trzeba się chyba martwić.
Paradoksalnie największą niewiadomą jest bramkarz Kuciak. To co ostatnio wyrabia to skandal. W zeszłym roku nie raz ratował kolegów, teraz broni tak niepewnie, jakby był na Łazienkowskiej od wczoraj.  A jeszcze niedawno mówił się o zagranicznym transferze. Gdyby Norweg chciał brać pod uwagę tylko formę, Kuciak nie znalazłby się miedzy słupkami. Ma on jednak na tyle silną pozycję w drużynie, że kolejne wpadki  zostają szybko zapomniane. 



piątek, 12 września 2014

Być czy nie być

fot. speedwaygp.com
Najbliższy turniej GP odbędzie się w duńskim Vojens, czyli w ojczyźnie Hamleta. Tytułowe pytanie jest, zatem tym bardziej na miejscu.
Niestety prawdopodobnie negatywnie, odpowie na nie Tai Woffinden. Mistrz świata ciągle zmaga się z urazem dłoni i jego występ stoi pod znakiem zapytania. Tym większa szkoda, że absencja będzie już właściwie oznaczała pożegnanie z mistrzowskimi aspiracjami. Inna sprawa, że nawet jeśli wystąpi, to dokuczliwy ból może nie pozwolić na nawiązanie walki z najlepszymi. Być może lepiej dać sobie spokój i podjąć rękawice, gdy będzie się w optymalnej dyspozycji.
Z tej okazji zamierza skorzystać Greg Hancock. Amerykanin sam miał nieprzyjemny wypadek, dwa tygodnie temu, ale wygląda na to, że podtrzyma tradycję i dopisze do CV kolejny turniej GP. Vojens Gregowi odpowiada. Ten tor premiuje startowców, on sam już dwukrotnie tu wygrywał.
Zupełnie odwrotnie  jak Nicki Pedersen, który w swojej ojczyźnie nigdy nie potrafił stanąć na najwyższym stopniu podium. Nie zapowiada się, żeby akurat w tym roku fatum miało być przełamane. Duńczyk nie zachwyca formą, w dodatku również zmaga się z kwestiami zdrowotnymi. Na zwycięstwo w GP czeka już ponad dwa lata.
Szans na tryumf przed własną publicznością pozbawił się Niels Kristian Iversen. To on spowodował kraksę, w której ucierpiał Hancock. Przy okazji uszkodził sam siebie i to dużo poważniej. Ma czego żałować, bo znajdował się w niezłej formie i mógł liczyć na kolejny sukces. PUK wygrał już kiedyś w Kopenhadze, a teraz była szansa na dołożenie drugiego zwycięstwa w swojej ojczyźnie. Niestety w tym sezonie Iversen już nie zademonstruje swoich umiejętności.
W takich okolicznościach faworytem staje się Krzysztof Kasprzak. Polak jeździ wybornie i podium na koniec zmagań w GP, wydaje się być w zasięgu ręki. Na przeszkodzie może stanąć małe doświadczenie, na torze Ole Olsena, ale jeśli jest się w dobrej formie, takie bariery wydają się mniejsze.

wtorek, 9 września 2014

Nie pojedziemy do Rio

fot. telegraph.co.uk
Co to dużo mówić. Po słabej grze, nie udało się wywieźć z Grecji korzystnego rezultat. Oczywiście trener Dorna nie mógł skorzystać z kilku kluczowych zawodników, ale po obecnych spodziewałem się więcej. 
Początek spotkania to całkowite oddanie inicjatywy gospodarzom. Niby było wiadomo, że właśnie tak będzie, lecz patrzenie na totalną bezradność biało-czerwonych nie należało do przyjemności. Dużo cierpkich słów trzeba powiedzieć o defensywie. To co na prawej stronie odstawiali Bereszyński i Janicki, wołało o pomstę do nieba. Rozumiem ofensywne inklinacje Legionisty, lecz jego głównym zadaniem jest utrudnianie życia rywalom.
Obrona to nie tylko sprawa defensorów. Cała drużyna nie potrafiła przerywać greckich ataków, szczególnie gdy do przodu ruszał Karelis. Wyróżniłbym tylko Dziwniela. On swoje zrobił. Z kolei bramkarz Szumski  bardzo dobrze bronił na linii, natomiast każde jego wyjście do dośrodkowania przyprawiało o ból serca.
W ataku długo nie było lepiej. Mimo kilku renomowanych zawodników jak Wszołek, Żyro, czy Chrapek, liczba stwarzanych sytuacji nie powalała na kolana. Środek pola kompletnie niewidoczny. Prostopadłe piłki, można było policzyć na palcach jednej ręki.
Na szczęście jeden zryw Pawłowskiego i świetne podanie Żyro pozwoliły wyrównać stan rywalizacji. Był to kluczowy moment rywalizacji, bo Grecy stracili animusz. Przekonali się, że nie mogą bezkarnie ruszyć do ataku, bo grozi im nadzianie się na kontrę.  
Gola zdobył Kacper Przybyłko, ale nie jest to zawodnik, z którym wiązałbym wielkie nadzieje. Jak dla mnie za bardzo odstaje przygotowaniem technicznym i fizycznym. Na kilka minut przed końcem meczu, mógł dobić przeciwnika, lecz nie trafi do pustej bramki. 
Wiadomo, że niewykorzystane sytuacje się mszczą, więc chwilę później sędzia podyktował karnego z kapelusza. Końcówka to już tylko gra na aferę. Po kolejnym błędzie obrony, gospodarze wbili trzecią bramkę. Gracze, którzy weszli z ławki kompletnie nic nie wnieśli. W takich okolicznościach, przy niekorzystnym wyniku drugiego spotkania naszej grupy, pożegnaliśmy się z marzeniami o nawiązaniu do sukcesów sprzed lat. Mocno promowana kadra Dorny zawiodła, ale tego ostatniego bym nie skreślał. Powinien dostać kolejną szansę, tym bardziej że jak mało kto zna futbol młodzieżowy w Polsce.

Kanonier bez prochu

fot. REUTERS
Za trzy tygodnie minie osiemnaście lat, odkąd zasiada na fotelu menadżera Arsenalu. Mowa oczywiście o Arsenie Wengerze, który chyba nie spocznie, póki nie odzyska mistrzowskiego tytułu w Anglii. Tym samym tryumfowałaby jego filozofia piłki, polegająca na wychowywaniu i budowaniu drużyny, a nie wielomilionowych transferach. 
Mały kroczek został uczyniony w zeszłym roku, gdy po dziewięciu latach, na Emirates wreszcie trafiło jakieś trofeum. Puchar Anglii, zresztą zdobyty w dość szczęśliwych okolicznościach, nie zaspokaja ambicji wielkiego klubu. Tam marzą o ligowej dominacji i nawiązaniu do sukcesów w Europie.
Jednak, aby to osiągnąć potrzeba zespołu, który potrafi utrzymać równą formę przez cały sezon, a nie tylko zachwycać przez miesiąc. Z tym Arsenal ma odwieczne kłopoty. Trudno się dziwić skoro Francuz uwielbia pracować z młodymi zawodnikami. Wszystko fajnie, tylko czy taką taktykę można przeciwstawić się magnatom z United, City, Chelsea i Liverpoolu. Ferguson wygrał kiedyś dzieciakami ligę, lecz było to w innej erze, bardziej egalitarnej, gdy brakowało tak zdecydowanych potentatów.
Letnie okienko transferowe nie napawa optymizmem. Za jego pomocą nie udało się rozwiązać żadnych problemów dręczących Arsenal. Sprzedaż Vermaelena mocno osłabi i tak już niezbyt pewną defensywę. Swoim zwyczajem Wenger kupił młodego Chambersa, ale on swoje zawali, zanim nauczy się grać na poziomie Premier League. Koscielny na Mundialu wprowadzał sporo chaosu w poczynania Trójkolorowych, lepiej sobie radził Debuchy. 
W ataku też sytuacja jest daleka od idealnej. Za wielkie pieniądze kupiono Sancheza, ale on nie zastąpi Bergkampa i van Persiego, to inny typ piłkarza. Welbeck wbił dwa gole Szwajcarii, lecz złośliwi się śmieją, że tym samym wyczerpał już limit na ten sezon. W United był raczej skrzydłowym, niż napastnikiem wykańczającym akcje kolegów.
Mimo obietnic w dalszym ciągu ekipy Kanonierów nie wzmocniono żadnym znaczącym piłkarzem. Trzeba się zdecydować i albo podjąć rękawicę rzuconą przez najsilniejszych, albo pogodzić się z przeciętnością. Nie wiem, czy Francuz o aparycji nauczyciela wuefu jest do tego zdolny.

poniedziałek, 8 września 2014

Po Gibraltarze

fot. eurosport.onet.pl
Właściwie wiemy tyle samo, co dwa dni temu. Kto miał strzelać bramki, ten strzelał. O kogo się baliśmy, ten niestety nie dał powodów do zadowolenia. Po beznadziejnej pierwszej połowie, przeciwnik na szczęście osłabł fizycznie i udało się go zdemolować.
Na najsroższą krytykę zasłużył Paweł Olkowski. Były podopieczny Nawałki z Górnika Zabrze dawał się ogrywać amatorom z Gibraltaru. A przecież wiązano z nimi spore nadzieje. Nie jest to już junior, który mógłby się spalić psychicznie w meczu kadry. Powoli zbliża się do dziesiątego mecz w narodowym teamie. Inna sprawa, że trudno sobie przypomnieć jakikolwiek udany. Od zawodnika FC Koeln należy oczekiwać znacznie więcej.
Kolejni, którzy nie wykorzystali szansy to Klich i Milik. Mieli idealnego przeciwnika, by pokazać umiejętności. To piłkarze lubiący mieć swobodę, kiedy przeciwnik nie stosuje pressingu. Ze Szkotami i Irlandczykami nie mogą na to liczyć. W niedzielny wieczór byli za mało aktywni. Mieli tworzyć sytuacje Lewandowskiemu, a to on sam musiał brać sprawy we własne ręce. Sprawdza się stara zasada, że nie grając na co dzień w klubie, trudno być w formie. 
Milik może zdobywa bramkę za bramką w drużynie młodzieżowej, lecz dorosły futbol to inna bajka. Chyba jeszcze do niego nie dorósł. Zarówno w Augsburgu, jak i w Ajaksie nie ma silnych rywali do miejsca w składzie, a i tak nie znajduje uznania w oczach trenerów. 
O Klichu też można powiedzieć, że to wieczna nadzieja reprezentacji. Tylko na jakiej podstawie wierzyć w zawodnika, który zagrał jeden niezły mecz, a później zademonstrował tylko przeciętność? Czas mija, a on nie może sprostać pokładanej w nim wiary. W takiej formie obaj nie mają prawa do koszulki z Orzełkiem.
Występ na plus zaliczył za to Kamil Grosicki. On również nie jest pierwszoplanową postacią w swoim klubie, lecz przynajmniej pokazał sporą chęć do gry w narodowych barwach. Trzeba mieć świadomość, że z kolejnymi przeciwnikami jego rajdy będą znacznie utrudnione, ale przynajmniej jest zawodnikiem absorbującym defensywę rywali i tym samym dającym więcej miejsca Lewandowskiemu.     

Dylemat prezesa

fot. grandluxuryplaza.pl
Z jednej strony wyśmiewana polska myśl szkoleniowa, z drugiej ludzie z zagranicy, których nikt, z wyjątkiem wąskiego grona rodziny i znajomych nawet nie podejrzewa o zdolności trenerskie. Oto dylemat prezesa ligowego klubu.
W piłce od zawsze starano się pozyskać know-how od najlepszych. Kraje mniej rozwinięte w tej dyscyplinie sportu, sprowadzały do siebie ludzi, którzy wprowadzali w arkana futbolu kolejną część globu. Polaków w pierwszym meczu naszej reprezentacji poprowadził Węgier Imre Pozsonyi. Nasi szkoleniowcy też nie byli gorsi i stworzyli podwaliny futbolu, choćby w Grecji.
Tak się składa, że ostatnie sukcesy w grach zespołowych są kojarzone głównie z przedstawicielami innych nacji. W siatkówce już od 10 lat trzymają się tej opcji. Zresztą trudno się dziwić, skoro dało to sukcesy. Raul Lozano przełamał niemoc, której nie przezwyciężyły kolejne, polskie gwiazdy trenerskiego fachu. Srebro na japońskim Mundialu, było początkiem serii. Swoje krążki na wielkich imprezach dołożyli również Castellani i Anastasi.
W piłce od czasów Benhakkera też nie wydarzyło się wiele dobrego. Holender bardzo krytykowany przez kolegów z Polski, jako ostatni potrafił wygrać z kadrą mecz ze znaczącym przeciwnikiem. Inna sprawa, że pod koniec jego pracy, nieco uderzyła mu sodówka. Pouczał, mądrzył się i przede wszystkim nie zauważał, że zespół, który miał stworzyć, rozsypuje się w rękach.     
Z kolei przeglądając kadry polskich drużyn można się załamać, jakich ludzi ściąga się do szkolenia zawodników. Mistrzostwem było zakontraktowanie Angela Pereza Garcii, wcześnie trenera na Malediwach. Prezes Piasta musiał przebywać w tym pięknym miejscu na wakacjach i chyba wtedy wypatrzył Hiszpana. Z Bydgoszczą i zapewne z Polską już na zawsze pożegnał się Jorge Paixao. Kompletna klapa prezesa Osucha. Jedynym atutem Portugalczyka było nazwisko, dobrze się kojarzące z polskiej lidze.
Podobny kierunek obrała Lechia i niestety z podobnym rezultatem. Pan Machado jest chyba tylko figurantem, robiącym to, co każą mu właściciele. Nic dziwnego, że klub przypomina tramwaj, z którego jedni wysiadają, a drudzą wchodzą do środka, by wysiąść na kolejnym przystanku. Tak marnuje się, ogromny potencjał gdańszczan. Trudno się dziwić Michałowi Probierzowi, że zareagował nerwowo na zatrudnianie takich ludzi. Wobec Machado, żaden polski trener ligowy nie musi mieć kompleksów.
Jedynym zagranicznym szkoleniowcem, który widział z bliska wielką piłkę jest Henning Berg. Tylko czy jest się czym podniecać? Piłkarz przeciętny, trener przynajmniej na razie również. Z Legią nie osiągnął jeszcze wielkiego sukcesu. Zrobił tylko to, co musiał.   
Wniosek jest więc prosty. Nieważne jaki się ma paszport w kieszeni, ale co się umie. Nie zamykajmy się tylko we własnym gronie, nie dopuszczając napływu świeżych idei. Z drugiej strony nie gloryfikujmy kogoś za sam fakt, że nie urodził się nad Wisłą, tylko nad inną rzeką. I przede wszystkim, oceniajmy stosując te same kryteria. Bez taryfy ulgowej dla kogokolwiek.

piątek, 5 września 2014

Strumień kasy dla Ekstraklasy

fot. nasygnale.pl
To może być pierwszy od dawna sukces Ekstraklasy S. A. Spółka zarządzająca najwyższą klasą rozgrywkową nie miała ostatnio dobrej passy. Wciąż jeszcze pamięta się prezesa Rusko, przez którego liga nie miała sponsora tytularnego. Rusko przelicytował w swoich żądaniach i zamiast przedłużyć kontrakt z firmą Orange, łudził się, że ktoś zaproponuje mu znacznie więcej. Przy okazji, w trakcie negocjacji oblał winem swoją rozmówczynię, nieumiejętnie manewrując kieliszkiem :) Gdyby nie decyzja Deutsche Telekom o re-brandingu jej marki w Polsce, czyli Ery, być może do tej pory kluby byłyby pozbawione niemałych wpływów od głównego sponsora.
Także kontrakt na sprzedaż praw telewizyjnych nie spełniał oczekiwań włodarzy ekstraklasowych drużyn.   Miał on być zresztą tylko rozwiązaniem tymczasowym, a docelowo spółka chciała sama zająć się produkcją sygnału telewizyjnego i jego sprzedażą. Powoływano się na przykład holenderski. Nie mam pojęcia dlaczego akurat ta, niezbyt przecież silna liga, miałaby być dla nas wzorcem. Teoria teorią, a rzeczywistość okazała się trochę trudniejsza.
Tym razem wybrano bardziej sprawdzony wariant. W sprzedaży praw ma pośredniczyć włoska firma MP&Silva. To solidny partner mający doświadczenie w tego typu transakcjach. Obie strony skłaniają się ku sprzedaży rozproszonej. Ekstraklasa przestanie być produktem ekskluzywnym, dostępnym tylko na jednej platformie cyfrowej. Prawdopodobnie zostanie zaoferowany każdemu graczowi na rynku medialnym. Zwiększy to potencjalne grono odbiorców, przez co ma wzrosnąć zainteresowanie sponsorów naszą ligą. Dojdą również przychody z innych krajów. Już teraz można oglądać Ekstraklasę w kilku państwach, głównie tam gdzie Polacy emigrowali za pracą.
Włosi gwarantują większe niż dotychczas pieniądze. Wszyscy powinni być zadowoleni. Są tylko dwie kwestie. Po pierwsze, żeby wpływy podzielić sprawiedliwie. Sprzeciwiam się sytuacji, takiej jak w Hiszpanii, że Real i Barcelona dostają prawie połowę tortu. Legia, Wisła i Lech same nie pociągną ligi. Potrzebne są też mniejsze kluby, jak na przykład Bełchatów. Czy rozwój braci Mak, nie jest dowodem na przydatność  mniejszych ośrodków? 
Druga kwestia to, żeby zarobione pieniądze mądrze wydać. Mam wątpliwości, czy dopływ gotówki pomoże niektórym klubom. Będą miały większe możliwości ściągania piłkarzy trzeciego sortu z zagranicy. Na pewno nie podniesie do poziomu naszych rozgrywek piłkarskich.

czwartek, 4 września 2014

Jak to się robi w Niemczech

fot. rmf24.pl
Po nieudanych Mistrzostwach Świata we Francji i klęsce na Euro 2000, Niemcy zorientowali się, że ich koncepcja futbolu jest co raz bardziej archaiczna. Ekipa niegdyś budząca respekt, zaczęła być postrzegana jako zbiór podstarzałych, do bólu przewidywalnych rzemieślników piłki. Średnia wieku w kadrze Niemiec, na belgijsko-holenderskie Mistrzostwa Europy wynosiła prawie 29 lat!
Od tamtej pory postanowiono zreformować system szkolenia, kładąc głównie nacisk na wychowywanie kolejnych pokoleń piłkarzy, mogących rywalizować na równi z czołowych reprezentacjami na świecie. Została całkowicie zmieniona mentalność w zarządzaniu klubami Bundesligi. Mimo, iż są to bardzo bogate instytucje i stać je na wielomilionowe transfery, postawiono na samowystarczalność - środki zainwestowano  w szkolenie. Pokłosiem tej polityki jest wysyp ciekawych zawodników, o których już niedługo będzie bardzo głośno.
W kadrze naszych zachodnich sąsiadów nie ma problemu z ciągłością. Odchodzi trener, najczęściej jest zastępowany przez swojego asystenta. Piłkarz kończy karierę, to na jego miejsce przychodzi 2-3 młodych, którzy w krótkim czasie wypełniają lukę.
We wczorajszym sparingu z Argentyną, Joachim Loew wystawił w pierwszym składzie aż czterech piłkarzy poniżej 24 lat, a z ławki wszedł jeszcze Goetze. Rezultat nie ma znaczenia, bo dla selekcjonera liczy się doświadczenie jakie zebrali jego podopieczni, w starciu z mocnym przeciwnikiem.
Liderem w wychowywaniu stała się Borussia Dortmund. Nie tak dawno przecież oddała Goetzego do Bayernu, a teraz już dwóch kolejnych jej futbolistów znajduje uznanie w oczach Loewa. Zarówno Ginter jak i Durm mają głównie utrudniać przeciwnikom zdobycie bramki. Po przejściu na reprezentacyjną emeryturę przez Lahma i Mertesackera, Niemcy od razu znaleźli dla nich zastępców. Na środku defensywy może również grać Antonio Rudiger ze Stuttgartu.
W bardziej ofensywnych zawodnikach specjalizuje się Schalke. Julian Draxler już jest liderem swojego klubu, na Veltins Arena drżą przy każdej jego kontuzji. O Maxie Meyerze zrobiło się głośno w zeszłym sezonie, gdy  wywalczył sobie plac u Jensa Kellera. A nie ma nawet skońconych 19 lat. 
Można wspomnieć o jeszcze młodszych piłkarzach. Timo Werner ledwo co świętował osiemnastkę, a już błysnął w Bundeslidze. Starszy o dwa lata Maximilian Arnold nie uchodził za tak duży talent, lecz też zdążył zadebiutować w kadrze swojego kraju, a klubowy trener Dieter Hecking mocno stawia właśnie na niego. 
Jedyny problem Loewa to jak zmieścić w jednej drużynie, tak wielu zdolnych zawodników.

środa, 3 września 2014

Jak to jest z naszym Mundialem

fot. www.sport.pl
W odstępie dwóch lat, Polska gości drugą, dużą imprezę sportową o zasięgu międzynarodowym. Szkoda, że tak słabo postaraliśmy się z promocją, bo jeszcze do niedawna, trudno było w mediach dostrzeć choćby ślad nadciągającego siatkarskiego święta. Paradoksalnie pomógł Polsat kodując transmisję z mistrzostw, wtedy rozległa się burza, co niewątpliwe wpłynęło na poziom zainteresowania turniejem.
No właśnie jak to się stało, że nie możemy oglądać Mundialu w otwartej telewizji? Najprostsza historia pod Słońcem. Kiedy Polsat kupował prawa to organizacji tej imprezy, czyli w 2008 r panowały zupełnie inne  warunki gospodarcze. Wydawało się, że może być tylko lepiej. Rosły giełdy, rósł rynek reklamy, nikt nie dopuszczał myśli o recesji. Przyszedł kryzys i zrewidował dotychczasowe eldorado. Kto był huraoptymistą został na wykroku i musiał zacząć poważnie kombinować, nad tym jak dopiąć budżet. Właśnie w tej sytuacji znalazła się telewizja ze słoneczkiem w logo. Próba znalezienia sponsora dla imprezy nie powiodła się, gdyż Orlen uznał, że i tak jest mocno kojarzony z siatkówką. Nie musi już pompować kolejnych milionów w promocję. Może gdyby Polsat skupił się na szukaniu partnera wśród firm prywatnych, a nie spółek skarbu państwa, to udałoby się mu go znaleźć. Choć pewnie za mniejsze pieniądze. 
Koniec końców za błędne decyzje biznesowe jednego z najbogatszych Polaków maja zapłacić kibice.  Coś mi się zdaje, że to nie wyjdzie. Polsat straci finansowo na Mundialu, a dodatkowo zrobi sobie niekorzystny PR. A czy w Śląsku Wrocław nie było podobnie? Ostatecznie miasto Wrocław, czyli jego mieszkańcy musieli wziąć na siebie utrzymanie profesjonalnych piłkarzy. Ma więc rację Płamen Konstantinow, że odmówił udzielenia wywiadu, w proteście przeciwko zakodowaniu transmisji z mistrzostw. Każdy z nas podejmuje w życiu ryzyko. Raz się opłaci, kiedy indziej nie. Jednak zwalanie konsekwencji na innych ludzi  to zachowanie niegodne dorosłego człowieka.
Jestem przeciwko bojkotowaniu mistrzostw. Nie mieszajmy sportu z interesami działaczy i prezesów. Drużyna Antigi potrzebuje wsparcia, tym bardziej, że jest dopiero w fazie wykuwania. Nie ma lepszej okazji do stworzenia teamu z prawdziwego zdarzenia, jak taki wielodniowy turniej. Właśnie taką próbą ognia dla kadry Lozano, były kolejne mecze Mundialu w 2006 r. Można natomiast unikać wspierania ludzi, którzy na to nie zasłużyli. Mecze równie dobrze ogląda się w większym gronie, a za transmisję płaci się tylko raz. Chytry dwa razy traci.

wtorek, 2 września 2014

Podsumowanie okienka transferowego

fot. m.tinngan.vn
Kryzysu finansowego w świecie futbolu nie widać. Sumy wydawane przez kluby na nowych piłkarzy są gigantyczne. Można się było tego spodziewać, bo w lecie mieliśmy Mundial, który zazwyczaj generuje spory ruch w gabinetach prezesów i dyrektorów sportowych. Niewiele też zmieniło wprowadzenie przez UEFA zasad finansowego fair play. Właściwie tylko transfer Falcao został przez nie utrudniony, ale zainteresowane drużyny znalazły sposób na obejście restrykcji. Kolumbijczyk został na razie tylko wypożyczony, choć z góry wiadomo, że i tak zasili na stałe ekipę Luisa van Gaala.
Najbardziej aktywne w wydawaniu pieniędzy były Czerwone Diabły. Katastrofalny poprzedni sezon i zmiana szkoleniowca zwiastowały ostre wietrzenie szatni. I tak na Old Trafford zameldowali się Herrera, Shaw, Rojo, Blind, di Maria, a w ostatniej chwili wspomniany Radamel Falcao. Ofiarami nowych porządków zostali już wcześniej Evra i Vidić; prezesowi Woodwordowi udało się również pozbyć niechcianych Kagawę, Hernandeza oraz Welbecka. Budżet w dalszym ciągu będą obciążać Cleverley i Anderson.
Zaskakująco mało aktywna była Barcelona. Niby to do niej należy rekord okienka, ale ciężka kasa wydana na Suareza uniemożliwiła walkę o innych zawodników. Trzeba pamiętać, że nad Katalończykami wisi zakaz transferów, aż do zimy 2016 r. Wyłożenie 20 mln. euro za Mathieu to dla mnie nieporozumienie. Rakitic i Vermaelen to solidni zawodnicy, lecz czy takie wzmocnienia wystarczą na cały okres kary nałożonej przez piłkarskie władze?
Sporo działo się również  w Madrycie i Monachium. Zresztą oba kluby "wymieniły" się pomocnikami. Toni Kroos nie mógł porozumieć się z Guardiolą i wybrał słoneczną Hiszpanię. W odwrotnym kierunku powędrował Xabi Alonso. Bayern po podpisaniu kontraktu z Robertem Lewandowskim, nie szalał z zakupami. Choć sprowadzenie Mehdi Benatiego z Romy, można uznać za przejaw południowego temperamentu Guardioli. Oby nie skończyło się jak z Czyhryńskim.
Za to Florentino Perez nie dał o sobie zapomnieć. O ile do jego zakupów nie mam większych zastrzeżeń, to można się przyczepić, z jaką łatwością pozbywa się z klubu pożytecznych piłkarzy. Oddanie jednego z najlepszych na świecie defensywnych pomocników oraz "robiącego" grę di Marii, będzie miało wpływ na postawę gwiazd. W drużynie musi być balans między kreacją, a destrukcją.
Arsena Wengera nie zrozumiem już chyba nigdy. Wydał ponad 50 mln. euro na napastników, a dalej nie ma w kadrze jednego, na którego można liczyć. Alexisa Sancheza do takich nie zaliczam, bo jest zbyt chimeryczny. Francuza można pochwalić za sprowadzenie Davida Ospiny. W zeszłym roku nie raz ratował kolegów w Nicei. To ciekawa alternatywa dla Szczęsnego.
Bardzo mądrze postępował Jose Mourinho. Za gigantyczną kasę oddał Davida Luiza, a wzmocnił te formacje, gdzie miał największe deficyty. Wbrew obawom, Diego Costa już udowadnia, że poradzi sobie w Anglii. W razie czego, wspomagać go będą Remy i Drogba. Fabregas wreszcie jest na swoim miejscu. Jak widać deszczowy Londyn bardziej mu pasuje niż upalna Katalonia.
We Włoszech panował raczej marazm. Ściągnięcie Alvaro Moraty czy Torresa, raczej na nikim nie zrobią wrażenia, choć wierzę, że ten drugi odbuduje się na San Siro. Po za tym zespoły Serie A raczej uzupełniały skład.         

poniedziałek, 1 września 2014

Reprezentacja na start

fot. historic-uk.com
Fani rozgrywek ligowych w najbliższy weekend mają wolne. Do gry wracają reprezentacje, które rozegrają swoje pierwsze mecze w eliminacjach Mistrzostw Europy. Polakom się poszczęściło i na początku trafili na rywala z niższej półki - Gibraltar.
O piłkarzach z tej wyspy niewiele wiadomo. Będą to ich pierwsze eliminacje do imprezy dużej rangi. Trudno się dziwić, bo dopiero w zeszłym roku Gibraltar otrzymał pełnoprawne członkostwo w UEFA. Ma on już jednak na koncie pierwsze sukcesy. Udało się zremisować ze Słowacją, która kilka dni wcześniej ograła nas we Wrocławiu.
To oczywiście tylko ciekawostka, od reprezentacji Nawałki wszyscy oczekują rozgromienia autsajdera. Śledząc poczynania naszej kadry można mieć obawy o sukces kampanii mającej doprowadzić do francuskich boisk. Coraz trudniej przypomnieć sobie dobry mecz biało-czerwonych. Można przywoływać jakieś starcia z rezerwami Norwegii i Danii, ale szanujmy się, nie o to chodzi.
Największym mankamentem pozostaje brak umiejętności wykorzystania Roberta Lewandowskiego. Król strzelców Bundesligi dostaje za mało podań od kolegów z drugiej linii i sam jest zmuszony brać się za rozgrywanie. Ciągle nie mogę zrozumieć dlaczego tak się dzieje, skoro na papierze pomoc wygląda bardzo przyzwoicie. Błaszczykowski jest gwiazdą w Dortmundzie, Krychowiak już jest chwalony w Sevilli, Sobota momentami bryluje na tle kolegów z Bruggi. Dochodzi jeszcze Rybus, Grosicki, Klich czy Zieliński. I żaden z nich nie potrafi stworzyć sytuacji Robertowi?
Kończy się okres ochronny dla Adama Nawałki. Do tej pory mógł robić co chciał. Sprawdzał zawodników, nawet takich o których nie pomyślałby nikt inny. Nie umiał narzucić własnego stylu, ani wypracować przynajmniej schematy przy stałych fragmentach. Jesień trzeba zakończyć z minimum siedmioma punktami.