O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Legia zbojkotuje Puchar Polski?

fot. polskieradio.pl
Prezes wicemistrza Polski Bogusław Leśnodorski słynie z nieszablonowych, ale i przeważnie głupich wypowiedzi. Tym razem przebił samego siebie grożąc na łamach dziennika "Polska The Times", że w przyszłym sezonie Legia poważnie rozważa wystawianie rezerw podczas meczów krajowego pucharu. Powodem ma być przemęczenie piłkarzy z Łazienkowskiej, którzy po reformie Ekstraklasy rozgrywają więcej spotkań niż niejeden czołowy zespół w Europie. Dodatkowo swoje trzy grosze wtrąciła spółka zarządzająca ligą, która zaproponowała PZPN-owi ograniczenie formuły PP przez likwidację rewanżów na etapie ćwierć oraz półfinału. Zmianie miałby również ulec termin decydującego starcia, a ekipy grające w europejskich pucharach rozpoczynałyby rywalizację później niż inni ligowcy. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że prezesem ESA jest Dariusz Marzec były dyrektor zarządzający stołecznego klubu. Pachnie więc tutaj partykularnym działaniem na rzecz niedawnego pracodawcy, z pominięciem interesów pozostałych drużyn, które Marzec ma psi obowiązek reprezentować w takim samym stopniu jak Legię.   
Szczęśliwie Zbigniew Boniek ani myśli ustępować głupim pomysłom, które obniżyłyby rangę z trudem przywracanego do pełni życia Pucharu Polski. Przez długi czas był to tylko kadłub, bardziej zawadzający w terminarzu niż przyciągający uwagę kibiców. Wiele można zarzucić Bońkowi, ale akurat na te rozgrywki miał pomysł i umiał go zrealizować, dzięki czemu Puchar zyskuje prestiż, a finał ogląda z trybun "Narodowego" kilkadziesiąt tysięcy osób. Tradycją stało się, że decydujący mecz jest rozgrywany w weekend majowy, czyli w bardzo korzystnym czasie. I nie widzę najmniejszego powodu, by przekładać go na tydzień po zakończeniu ligi, kiedy poziom piłkarskich emocji już nieco przygasa, ponieważ ludzie są bardziej zajęci planowaniem wyjazdów wakacyjnych, a nie zmaganiami sportowców.
Cała heca wynikła o ironio przez włodarzy Legii, którzy mocno promowali pomysł z siedmioma dodatkowymi kolejkami. Miało to pozwolić na odpuszczanie początkowych meczów Ekstraklasy, aby spokojnie przygotować się do europejskich pucharów, a ewentualne straty odrabiać wiosną. Tylko jakoś taka strategia wcale nie przełożyła się na uczestnictwo polskiego klubu w LM. Żeby się tam znaleźć trzeba po prostu lepiej od rywali grać, a nie uciekać się do trików z terminarzem. Koniec końców Wojskowi wpadli w pułapkę, którą sami zastawili. Frajerstwo porównywalne z wyczynami blond kierownik stołecznej ekipy. Tym większa bezczelność, że swoje błędy próbuje się naprawiać czyimś kosztem.
Wyjściem z sytuacji zdecydowanie nie jest deprecjonowanie Pucharu, lecz powrót do rozumu i likwidacja reformy ESA37. Jeśli natomiast ktoś jest przemęczony zbyt długim sezonem, to zawsze istnieje możliwość rezygnacji z uczestnictwa, nie trzeba przy tym psuć zabawy innym, bowiem wystawianie rezerw oznacza lekceważenie rywali. Ewentualnie można lepiej trafiać z transferami. Wtedy się ma silniejszą kadrę i łatwiej rywalizować na wielu frontach.


Los van Gaala przesądzony

fot. bbc.com
Nowy rok nie przyniósł spodziewanej przez kibiców poprawy gry United. Co prawda suche wyniki są znacznie lepsze niż osiągane pod koniec poprzedniego cyklu kalendarzowego, gdzie piłkarze z Old Trafford zaliczyli kompromitującą serię ośmiu gier bez wygranej, jednak to za mało by Holender utrzymał posadę. Zwycięstwa, choć zdarzają się częściej nie przekonują pod względem stylu, a i tak czołówka ligi odjeżdża. Specyfika tego sezonu sprawia, że nawet miejsce w czwórce nie jest pewne. Najwyższa pora by zareagować, inaczej Czerwonym Diabłom grozi wypadnięcie na stałe z europejskiego topu drużyn, co w końcu zaskutkuje spadkiem wartości marketingowej i dalszym spadkiem jakości sportowej.
Zadowolonym można być jedynie ze szczelnej defensywy, tylko Tottenham traci mniej bramek. Pytanie na ile jest to zasługa obrońców, a nie nudnej taktyka zakładającej głównie uniknięcie strat. Złośliwością losu był mecz przeciwko Newcastle, kiedy ofensywa wreszcie pokazała rozmach, natomiast całkowicie zawaliła formacja obronna. Oczywiście trzeba również wspomnieć nazwisko De Gea, bez niego ekipa z Old Trafford miałaby bilans bramkowy w okolicach remisu, jeśli nie ujemny. O stanie ataku świadczy tabela strzelców, najlepszy reprezentant MU - Wayne Rooney znajduje się poza dziesiątką czołowych snajperów Premier League, z dorobkiem prawie trzykrotnie słabszym niż lider - Jamie Vardy. I to mimo świetnego ruchu jakim było ściągnięcie Martiala.
Sam van Gaal notuje najsłabsze wyniki w swojej kariery (nie licząc krótkiego epizodu z młodzieżową reprezentacją Holandii). Z obecną drużyną zdobywa średnio 1,76 pkt, a jako selekcjoner Oranje szczycił się wynikiem 2,21 pkt. Nawet kiedy kibice na Camp Nou żegnali go białymi chusteczkami szło mu lepiej niż obecnie. Trzeba również podkreślić wręcz niespotykany komfort jakim dysponował w Manchesterze. Właściciele przymykali oko na kolejne wpadki, ciągle zapewniając menadżerowi nieograniczony budżet transferowy. Holender odwdzięczył się powrotem do Ligi Mistrzów, jednak oczekiwania były znacznie większe.  
Być może okres pracy LvG będzie kiedyś lepiej oceniany, jako czas budowania i sprzątania po epoce Fergusona. Być może po odejściu charyzmatycznego Szkota nieunikniony był taki kryzys, niezależnie od osoby następcy.  Tak czy inaczej dalsze zatrudnianie obecnego trenera nie ma sensu, bo nie wygląda on na człowieka, który miałby pomysł jak poprawić grę zespołu.










sobota, 23 stycznia 2016

Kiedy wyjeżdżać?

fot. cracovia.pl
Gruchnęła wiadomość, że Galatasaray zaproponowało 4,5 mln euro za Bartosza Kapustkę. Prezes Cracovii miał odrzucić ofertę, licząc na wzrost wartości wychowanka po Euro2016. Nie wiem  ile prawdy jest w tej całej historii, a ile spekulacji transferowych. Nawet wolałbym, żeby akurat Turcy odpuścili sobie młode, polskie talenty, bo jakoś ten kierunek kojarzy się raczej z emerytami niż promocją i rozwojem. Zupełnie inna kultura, a przede wszystkim specyfika klubów tureckich, które raczej wykazują brak cierpliwości do piłkarzy nie spełniających oczekiwań. W dodatku stać ich, żeby permanentnie wymieniać słabsze ogniwa. Z punktu widzenia reprezentacji lepiej zatrzymać Kapustkę przy Kałuży. Temat jest jednak szerszy, nie ogranicza się tylko do jednego zawodnika. Jak szybko Polacy powinni wyjeżdżać do lepszych zespołów? 
Istnieją dwa główne stanowiska w tej sprawie. Jedni twierdzą, że im szybciej tym lepiej, natomiast druga strona jest bardziej powściągliwa zwracając uwagę na liczne przypadki rychłego powrotu do kraju po zmarnowaniu sporej ilości czasu, bo nikt mi nie wmówi, że treningi nawet w najlepszym klubie dają więcej niż regularna gra. Tym samym od razu przyznałem, że popieram frakcję nr 2. Rzeczywiście transfery juniorów do wielkich marek europejskiej piłki nie wzbudzają u mnie zachwytu. Oczywiście rozumiem motywację klubów oraz samych graczy, jednak zbyt duży pośpiech tylko szkodzi. O karierze decydują nie tylko umiejętności, lecz także charakter, a może walory mentalne są nawet ważniejsze. Mało który niepełnoletni piłkarz jest przygotowany do życia poza granicami. Menadżer ma na głowie wielu klientów i nie będzie niańczył tylko jednego. Rodzice też czasem nie są w stanie wyjechać wraz ze swoim dzieckiem. 
Jeśli spojrzeć na zespół Nawałki, to jego podstawę stanowią stranieri,  którzy jednak wyjechali będąc ukształtowanymi przez polską myśl szkoleniową. Tak naprawdę tylko Szczęsny, Milik i Piotr Zieliński są pozytywnymi przykładami szybkiej zmiany klubu, z tym że wobec pomocnika Empoli jestem bardziej wstrzemięźliwy, bo obecna zwyżka formy może być tylko chwilowa. Nie liczę Łukasza Szukały, który nigdy nie grał w polskim klubie. Skomplikowany przypadek stanowi Kamil Glik, który wyjechał w młodym wieku, lecz później wrócił odbudowywać się do Gliwic, a prawdziwy progres zaliczył po ponownym transferze. Niestety znacznie więcej piłkarzy wracało z podkulonym ogonem lub ciągle szuka klubu, który przywróciłby im blask.  
Schemat jest ten sam, najpierw dużo medialnego szumu, wywiady, podpisanie kontraktu, a później bolesne zderzenie z rzeczywistością. Ostatnio powrót na ojczyzny łono zaliczył Hubert Adamczyk, który nie przebił się w Chelsea. To i tak lepiej niż zupełnie zmarnować talent jak Rafał Wolski. Kilka lat temu wydawało się, że to on stanowił będzie trzon środka pola Biało-Czerwonych. Pomagać mu mieli koledzy z Legii Furman oraz Borysiuk, którzy też źle trafili z pracodawcą. Drogą Adamczyka poszedł Gracjan Horoszkiewicz, też wrócił do Cracovii, gdzie nie potwierdził dużych umiejętności, obecnie spróbuje sił w Chrobrym Głogów. Wiele mówiło się o Krystianie Bieliku, ale temat przycichł. Nie chcę być złym prorokiem, ale zapowiada się kolejny zawód. Oczywiście katalog jest dużo szerszy, nie ma sensu omawiać go całego. 
Przede wszystkim trzeba skończyć z mitem, że tylko za granicą są w stanie wychować gwiazdę. Poziom Ekstraklasy jest sporo niższy, lecz i tutaj są ludzie znający się na piłce. Jeśli odchodzić to jako wyróżniająca się postać ligi, a nie po jednej udanej rundzie. Lewandowski był królem strzelców kiedy przyjmował ofertę Dortmundu. Ważny też jest wybór kierunku, a często menadżerowie mają w tej sprawie najwięcej do powiedzenia. Zamiast wybierać wielkie marki, gdzie konkurencja będzie ogromna, lepiej spokojnie rozwijać talent w Belgii, czy Holandii.











  

wtorek, 12 stycznia 2016

Sprawa Hamalainena

fot. poznan.sport.pl
Styczeń. Jeszcze sporo wody upłynie w Wiśle zanim polscy ligowcy wznowią zmagania o mistrzostwo Ekstraklasy. Europa też dopiero wybudza się z zimowego snu, generalnie sezon ogórkowy. Kibice żyją więc tematami zastępczymi, przede wszystkim transferami. Nie twierdzę, że wzmocnienia kadrowe są kompletnie bez znaczenia, ale jak pokazał Piast czy Gent w Lidze Mistrzów czasem ważniejszy jest pomysł na drużynę. Wykonawców można dobrać z graczy zadaniowych, często uważanych za przeciętnych. Coś jak w filmie Moneyball, choć jak pokazuje finał adaptacji powieści Michaela Lewisa ta metoda ma swoje ograniczenia.  
Tak, czy inaczej przejście Kaspera Hamalainena do Legii wzbudza ponadprzeciętne emocje. Kibice Lecha są delikatnie mówiąc zawiedzeni, że ich lider wybrał ofertę nielubianego rywala. Szczególnie po opowieściach Fina, który rzekomo chciał wychowywać potomka w innym kraju, bardziej przyjaznym młodym rodzicom. Nie sądzę, żeby pod tym wzgledem Poznań jakoś znacząco odstawał od Warszawy. Jednak forma jaką przybrało wzburzenie fanów Kolejorza przekroczyła powagę zdarzenia. To nie sytuacja, kiedy do starego wroga odchodzi wieloletnia gwiazda klubu. Hamalainen przyszedł na Bułgarską jako najemnik, pokazał się z dobrej strony i kontynuuje piłkarską przygodę gdzie indziej. Nie ma co robić tragedii, ani wyzywać go od zdrajców.   
Inna sprawa, że z kolei kibice Legii mogliby mieć pretensje o przyśpiewki na temat własnego klubu w wykonaniu nowego nabytku. Trudno stwierdzić czy Fin w ogóle wiedział w czym bierze udział, jednak historia Pawła Kaczorowskiego pokazuje jak kilka chwil swobodniejszego zachowania rzutuje na przyszłości. Reprezentant Polski od początku został przy Łazienkowskiej znienawidzony i nie miał tam życia. W jego stronę leciały nawet jakieś pluszowe, czy gumowe maskotki nawiązujące do nazwiska. Pomocną dłoń podała mu Wisła Kraków, przygarniając do siebie, lecz już nigdzie kariery nie zrobił. Nota bene zwiedzić po kolei Poznań, Warszawę i Kraków to historia nadająca się na książkę.
Transferowe potyczki Lecha i Legii należą ostatnio do stałego pejzażu polskiego futbolu. Przeważnie w roli złego występują stołeczni, którzy chętnie sprzątają poznaniakom piłkarzy sprzed nosa. Czasem wychodzą na tym znakomicie, jak w przypadku Nikolicia, choć zdarzają się również wpadki. Legioniści pewnie do dziś pamiętają niewypał, którym okazał się Henrik Ojamaa. Czyją drogę powtórzy Hamalainen? Nie chcę krakać, ale jeśli miałbym stawiać, to raczej na opcję numer dwa. Fin już osiągnął swój cel, dostał kontrakt życia, ma zarabiać najwięcej w Ekstraklasie. Do tej pory nie dał się poznać jako szczególnie ambitny zawodnik. Trudno mi sobie wyobrazić solidny klub z Niemiec, Hiszpanii, czy Francji, który zabijałby się o niego, zwłaszcza że znajduje się już bliżej końca kariery niż u jej progu. Dodatkowo Węgier idealnie odpowiadał potrzebom Legii, natomiast akurat w środku pola klub posiada spore możliwości rotacji.  
Ze zmiany barw przez Fina najbardziej cieszą się chyba w Gliwach, bo to raczej zamyka kwestię transferu Kamila Vacka. Kolejny zawodnik o podobnej charakterystyce jest już na Łazienkowskiej niepotrzebny. Osłabienie głównego konkurenta chyba bardziej opłacałoby się wicemistrzowi Polski, ale przynajmniej będziemy mieć ciekawszą rywalizację między czołowymi zespołami ligi.