O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

niedziela, 25 października 2015

Urban kontra Legia

fot. sport.interia.pl
Po raz pierwszy odkąd objął Lecha Poznań Jan Urban przyjeżdża na Łazienkowską. W dodatku zwycięstwo z Fiorentiną sprawiło, że szybko awansował do roli człowieka, który zdoła podnieść mistrza Polski z ciężkiego kryzysu. Można tutaj dostrzec sporą zmianę w podejściu, bo nominacja byłego szkoleniowca Legii została przyjęta raczej jękiem zawodu i uśmiechem pobłażania. Obdarzony łagodnym usposobieniem Urban uchodzi za człowieka nadającego się do zespołów już poukładanych, gdzie trener jest bardziej kumplem piłkarzy niż  ich szefem. Fakt, że jego przygody w Polonii Bytom, Zagłębiu Lubin czy Osasunie kończyły się szybko, a co gorsze bez wielkich sukcesów. 
Inaczej było z Legią, zwłaszcza jeśli chodzi o drugą kadencję. Już w pierwszym sezonie wzbogacił klubową gablotę o podwójna koronę, odzyskując dla Wojskowych tytuł mistrzowski po siedmiu latach posuchy. Na styl też kibice nie mieli prawa narzekać, pewnie teraz chętnie zobaczyliby równie ładny i skuteczny futbol.  Problemem była natomiast postawa w Europie, gdzie najpierw lepsza okazała się Steaua, a później lekcji futbolu udzieliły Lazio, Trabzonspor, czy nawet Apollon. Ambitny prezes Leśnodorski zamarzył o większych sukcesach dlatego postanowił zatrudnić Henninga Berga, chociaż stołeczni przewodzili wówczas polskiej stawce ligowców. Chęć rewanżu za pochopne zakończenie współpracy na pewno będzie jedną z głównych motywacji opiekuna poznaniaków, co by sam na ten temat nie twierdził.
O hitowym spotkaniu nie mówi się zbyt dużo. Wpływa na to pewnie fakt, że Lech zajmuje tak odległe miejsce w tabeli. Już w tym momencie szanse na obronę mistrzostwa oscylują wokół zera, nawet przy głupim regulaminie zakładającym dzielenie punktów po fazie zasadniczej. No ale skoro podczas dwunastu kolejek zawodnicy Kolejorza wygrali tylko jeden raz, to trudno mieć złudzenia. Dzisiaj mija dokładnie trzy miesiące od tryumfu nad Lechią, może więc już czas przerwać kompromitującą serię. Do przełamania jest jeszcze tragiczna postawa wyjazdowa. Pięć minionych delegacji skończyło się bez punktu, a średnia liczba traconych goli wynosi ponad 2,5. Ciekawe, że z kolei Legia lepiej sobie radzi na obcych stadionach. Kibice wicemistrza Polski zasiadający na trybunach najczęściej muszą zadowalać się remisami.
Zgrzyt na linii Warszawa-Poznań wzbudził medialny dialog Jana Urbana i Nikolicia. Najskuteczniejszy snajper ligi dość lekceważąco wypowiedział się na temat niedzielnego przeciwnika. Jak wiadomo Wielkopolanie byli zainteresowani pozyskaniem Węgra, lecz ostatecznie wylądował w obozie odwiecznych rywali. Ostro odpowiedział mu opiekun Lecha, sugerując że Nikolić potrafi strzelać tylko słabym klubom. A jak jest naprawdę? Rzeczywiście kiedy Wojskowi rywalizują z zespołami europejskimi gwiazda nowego nabytku znacznie blednie. Trafił tylko raz, rumuńskiemu Botosani. Jeśli jednak popatrzymy na jego osiągnięcia nad Wisłą, to trudno nie czuć respektu, bo jedynie Wisła oraz Jagiellonia zdołały go zatrzymać. Mimo wszystko dobrze, że Urban powiedział, co powiedział. Jego drużyna będzie mogła udowodnić czy aktualnie bliżej jej do Europy, czy do szarej, ligowej masy. 





piątek, 23 października 2015

Koniec magii Mourinho?

fot. standard.co.uk
Nie tylko Lecha Poznań (mimo ogrania Fiorentiny) dopadł kryzys po zdobyciu krajowego mistrzostwa. Marne to pewnie pocieszenie dla kibiców Kolejorza, ale podobne problemy mają na Stamford Bridge. Minęło raptem kilka miesięcy, a Chelsea kompletnie nie przypomina drużyny, która w maju świętowała swój piąty tytuł najlepszej angielskiej ekipy piłkarskiej. Co prawda londyńczykom dalej do spadku niż poznaniakom, tylko brzmi to jak żart, bo żaden z tych zespołów nawet przez sekundę nie myślał o bronieniu się przed degradacją. W sumie można było przewidywać kłopoty The Blues. Z Mourinho już tak jest, że przeważnie najlepiej idzie mu w drugim sezonie prowadzenia drużyny, trzeci sezon to spadek formy, o czym pisałem rok temu (http://bialysemmel.blogspot.com/2014/08/uwaga-na-mourinho.html). Zresztą początek bieżących rozgrywek przypomina jego wyniki z ostatniego roku pracy w Realu.
Na koncie Chelsea jest więcej porażek niż podczas całego minionego sezonu. Już druga seria spotkań pokazała, że bronienie tytułu to trudniejsza sprawa od jego zdobywania. Manchester City zrewanżował się mistrzowi za detronizację i przed własną publicznością pewnie zwyciężył 3-0. Jednak przegrać z podopiecznymi Manuela Pellegriniego to jeszcze nie wstyd, naprawdę nieprzyjemnie zrobiło się dopiero po dwóch porażkach z ekipami uznawanymi za przeciętne: Crystal Palace oraz Evertonem. Gdyby dodatkowo The Blues stracili sensacyjnie punkty przeciwko Maccabi Tel-Awiw, Abramowicz chyba nie zawahałby się przed zdymisjonowaniem Mourinho. Mielibyśmy wówczas powtórkę z 2007 r. kiedy Portugalczyk wyleciał po remisie z Rosenborgiem. Będąc pod presją trenerowi udało się zmobilizować zawodników, którzy Izraelczyków odprawili z kwitkiem, a trzy dni później odnieśli sukces podczas prestiżowych derbów z Arsenalem. Głosy o zmianie szkoleniowca ucichły, ale kryzys się nie zakończył. Newcastle znajdujące się w dolnych strefach tabeli odebrało londyńczykom dwa oczka, z kolei wizyta Southampton w stolicy skończyła się zwycięstwem Świętych. Również rezultaty osiągane poza Wyspami są dalekie od oczekiwań. Na ten moment mistrz Anglii odpadłby z dalszej rywalizacji LM, choć korzystny układ terminarza raczej pozwoli im awansować. 
Największy regres dokonał się w grze obronnej. Przed rokiem nikt nie miał szczelniejszej defensywy niż Niebiescy, natomiast teraz tylko trzy ekipy straciły więcej goli. Drużyny Jose Mourinho zawsze miały przede wszystkim pilnować bramki (stąd pewnie niepowodzenie w Realu), więc taki stan rzeczy szczególnie musi martwić kibiców. Lepiej ma się sytuacja z atakiem. Chelsea zdobywa sporo bramek, ale trudno nie zauważyć, że zabójcze trio Costa-Hazard-Fabregas ma coraz mniejszy wpływ na dorobek zespołu. W lidze do tej pory zapisali łącznie tylko dwa trafienia i sześć kluczowych podań.
Portugalczyk na ławce trenerskiej jeszcze nigdzie nie pracował dłużej niż trzy sezony. W przeciwieństwie do pierwszej, londyńskiej kadencji Roman Abramowicz wytrzymał ciśnienie i nie zdecydował się zwolnić menadżera. Przynajmniej na razie. Jednak według mnie albo szatnia The Blues zostanie mocno przewietrzona, albo trzeba będzie szukać nowego szkoleniowca. Obecni zawodnicy mają już chyba dość współpracy z dotychczasowym szefem. Wyjątkowi ludzie są w dłuższej perspektywie czasowej trudni do wytrzymania.

niedziela, 11 października 2015

Z Irlandią o awans

fot. rte.ie
Kilkanaście miesięcy zmagań o przepustkę na przyszłoroczne Euro dzisiaj dobiega końca. A raczej miejmy nadzieję, że dobiega, bo chyba nikt nie ma ochoty rozgrywać za miesiąc baraży. Porażka przed własną publicznością miałaby destrukcyjny wpływ na morale drużyny, które było budowane z takim trudem. Pamiętam początek eliminacji. Mało kto wierzył, że uda się zdystansować Wyspiarzy, o Niemcach nie wspominając. Mieliśmy wówczas zespół rozbity kompletnie nieudaną kampanią kwalifikacyjną do brazylijskiego Mundialu. Lewandowski był krytykowany za słabą skuteczność  w biało-czerwonej koszulce, reszta była krytykowana za złą współpracę z najlepszym napastnikiem. Selekcjoner Nawałka był krytykowany za wszystko. Sytuacja zmieniła się równo rok temu.
Wtedy Orły sensacyjnie pokonały mistrzów świata i okazało się, że jednak Polacy potrafią grać w piłkę. Historyczne zwycięstwo spowodowało nagły wzrost zainteresowania kadrą, ale też wzrost oczekiwań wobec niej. Rzeczywiście nasi reprezentanci zaczęli grać znacznie lepiej. Wreszcie było widać jakąś koncepcję, a przede wszystkim drużynę.Wcześniej mieliśmy tylko zlepek kilkunastu w sumie niezłych piłkarzy, którzy jednak nie potrafili współpracować. Mimo wszystko trzeba też zauważyć, że ciągle nie należymy do europejskiej czołówki. Co by nie mówić, to podczas eliminacji wygraliśmy tylko jeden mecz przeciwko wartościowemu przeciwnikowi. Jak  do tej pory ze Szkotami oraz Irlandczykami dzieliliśmy punkty. Chociaż akurat powtórka takiego rozwiązania nam dzisiaj pasuje (Irlandczycy raczej nie słyną ze skuteczności, więc trudno się spodziewać wysokiego remisu bramkowego), to też mamy idealną okazję, by jednak batalię o awans zakończyć tryumfem. Mało która data jest równie szczęśliwa dla polskiej piłki, co 11 października. Coś o tym wiedzą nie tylko Niemcy, lecz także Czesi i Portugalczycy.
Do mediów trafił na razie nieoficjalny skład pierwszej jedenastki Biało-Czerwonych. Z powodu kontuzji zabraknie Rybusa, Milika i Jodłowca. Brak tego ostatniego najłatwiej przeboleć, ale dwaj pozostali to ważne ogniwa ekipy Nawałki. Snajper Ajaksu wydatnie pomógł Lewandowskiemu w zdobyciu 12 goli koncentrując na sobie uwagę wrogich defensorów. Wiadomo jak wygląda nasza gra, kiedy Robert musi samotnie ścierać się z całą defensywą przeciwników. Nie mam ochoty znowu oglądać tego zawodnika bezradnie rozkładającego ręce po kolejnym fizycznym starciu z rosłym Irlandczykiem, albo dwoma rosłymi Irlandczykami. Niestety akurat jakiś pomór dopadł napastników będących potencjalnym wyborem "narodowego". Został niezbyt nadający się do twardej walki Artur Sobiech.
Lewą stronę obrony obsadzi Jakub Wawrzyniak. O zawodniku Lechii, napisano już chyba wszystko. Delikatnie mówiąc nie jest ulubieńcem opinii publicznej, moim zresztą też nie. Fajnie, tylko kto miałby zagrać za niego? Forma Jędrzejczyka to zagadka, wystawianie go na najważniejsze spotkanie byłoby gigantycznym ryzykiem. Selekcjoner i tak zaskoczył desygnując Olkowskiego zamiast Błaszczykowskiego. Chyba, że to jednak zasłona dymna, a ostatecznie to Kuba wyjdzie od pierwszej minuty. Pomocnik Kolonii jakoś niczym mnie nie przekonuje, zdecydowanie bardziej ufam umiejętnościom byłego kapitana. Niemniej trener może chce zostawić sobie jakieś rezerwy na wypadek gdyby wynik się nie układał. W czwartek bardzo brakowało jakości od rezerwowych.
Środek pomocy stworzą Krychowiak, Linetty oraz Mączyński. Wiślak ma grać podwieszonego za Lewandowskim, ale on najlepiej czuje się przy linii środkowej i raczej tam będzie operował. Młody Lechita w tej układance pozostaje tajemnicą. Przy niepowodzeniu zostanie pewnie kozłem ofiarnym. Fakt, że jego forma nie predestynuje go do reprezentowania kraju, ale Nawałka już potrafił udowodnić opinii publicznej swój trenerski instynkt. Mila, Peszko czy wspomniany Mączyński odegrali istotną rolę podczas eliminacji, a byli powoływani wbrew kibicom. Oby Linetty potrafił pójść ich śladem.


piątek, 9 października 2015

Szkocki thriller

fot. bbc.co.uk
Nie udało się Polakom w tych eliminacjach pokonać Szkotów, ale mogło być gorzej. Strzelona rzutem na taśmę bramka pozwoliła uniknąć porażki na Hampden Park i przed ostatnią serią spotkań utrzymać drugą pozycję w tabeli. Za dwa dni podejmujemy Irlandię, z którą rywalizujemy o miejsce dające bezpośrednią przepustkę na francuskie Euro. Takie mecze to dla nas żadna nowość, choć przeważnie przystępujemy do nich z nożem przy gardle. Tym razem Biało-Czerwoni mają znacznie bardziej komfortową sytuację, grają przed własną publicznością, gdzie tylko raz stracili punkty, a dodatkowo wystarcza im jedno oczko. 
Wczorajsze spotkanie miało podobny przebieg do warszawskiej konfrontacji sprzed roku. Szybko strzelony gol, później dwa ciosy Szkotów i odpowiedź graczy Nawałki. Przez pierwszą połowę można było mieć nadzieję, że nerwówki jednak nie będzie. Polacy grali fajną piłkę, całkowicie zdominowali bezradnych gospodarzy, stwarzali kolejne sytuacje, tylko nie potrafili ich wykorzystać. Miło się oglądało składne akcje naszej ofensywy, która bez problemu radziła sobie z rywalami. Do tego skuteczny pressing, Wyspiarze mieli problemy z wyprowadzeniem piłki spod własnego pola karnego. Niestety grzech nieskuteczności zemścił się w perfidny sposób. Forrest ograł na naszej prawej stronie Piszczka i Błaszczykowskiego, podał Ritchiemu, który przepięknym strzałem pokonał Fabiańskiego. Niestety słabi dotąd rywale uwierzyli wtedy, że mogą osiągnąć korzystny rezultat, a nasi reprezentanci po bramce do szatni nie prezentowali już takiego animuszu.  
Spotkanie się wyrównało, jednak to nasi słabli, natomiast zawodnicy desygnowani przez Strachana powoli łapali wiatr w żagle. Polacy postanowili im pomóc w 62 minucie, kiedy juniorski błąd przy wyprowadzaniu piłki skończył się trzepoczącą siatką po kopnięciu Stevena Fletchera. Tyle pocieszenia, że bramki, które traciliśmy były nieprzeciętnej urody. Czytałem dzisiaj krytyczne opinie na temat Fabiańskiego, według mnie absolutnie nie miał szans przy żadnej ze wspomnianych sytuacji. Drugi gol obciąża zwłaszcza Grosickiego. Piłkarz Rennes rozgrywał słabe zawody i powinien zostać zmieniony, choć ostatecznie to jego rzut wolny przyczynił się do wyrównania. 
Zmiany stanowią odrębny temat. Akurat w czwartek Nawałka nie pomógł specjalnie drużynie, żaden z wpuszczonych przez niego po przerwie piłkarzy nie wniósł zbyt wiele. Dziwiła też mocno defensywna charakterystyka roszad. Na szczęście mamy atut w postaci Lewandowskiego. Zgodnie z moim wczorajszym życzeniem utarł on nosa butnym Szkotom i pokazał im dlaczego uważa się go obecnie za jednego z najlepszych piłkarzy globu. Wyspiarze znowu stosowali przeciw niemu ostre środki, Robert kilka razy zwijał się z bólu, ale i tak dał radę dwukrotnie pognębić Davida Marshalla.    
Generalnie spotkanie mogło się podobać, chociaż irytowały niewymuszone błędy z obu stron. Poziom dwóch średniaków Premier League rozgrywających niezłe zawody. Jak zwykle z Brytyjczykami dużo walki wręcz, ale też szybkich akcji od jednej szesnastki do drugiej. Biało-Czerwoni w środkowej fazie drugiej połowy trochę opadli z sił i na tym tle ustępowali Szkotom. Przed Irlandią znowu najbardziej można się obawiać o boki obrony, natomiast duży plus dla Mączyńskiego, który za dwa dni również powinien wyjść od pierwszej minuty.    
 


















     

czwartek, 8 października 2015

Dwa kroki od awansu

fot. sport.wp.pl
Nadszedł czas decydujących rozstrzygnięć. Kadra Nawałki w ostatnich dwóch seriach spotkań zmierzy się z jedynymi dwoma ekipami, których jeszcze nie ma na rozkładzie podczas trwających eliminacji. Poprzednie konfrontacje kończyły się podziałem punktów, dzięki niezłej sytuacji w tabeli kolejne remisy mogą  wystarczyć, ale miło byłoby finiszować w efektownym stylu.
Najskuteczniejszy zespół kwalifikacji (drudzy pod tym względem Anglicy strzelili trzy bramki mniej) dwanaście miesięcy temu przed własną publicznością był chyba trochę zaskoczony postawą Szkotów. Nasi reprezentanci spodziewali się bardziej zachowawczo grającej ekipy, a tymczasem podopieczni Strachana wcale nie chcieli tylko bronić wyniku. Dodatkowo lepiej wyglądali fizycznie, co nie dziwiło, bo kadrowicze Nawałki trzy dni wcześniej rozegrali starcie przeciwko Niemcom. Biało-czerwonych uśpiła szybka bramka Mączyńskiego, ale goście nie załamali się stratą, którą zresztą odrobili po kilku minutach. Długimi fragmentami rywale grali lepiej od nas, kto wie czy nie był to najsłabszy występ polskich zawodników podczas kampanii prowadzącej do francuskiego turnieju. Porażce zapobiegł Milik wyrównując stan rywalizacji gdy zegar wskazywał kwadrans do zakończenia meczu. To pokazuje, że Wyspiarzy nie wolno lekceważyć, bo to dla nas niewygodny rywal. 
Przekonał się o tym choćby Robert Lewandowski brutalnie traktowany przez szkockich defensorów. Sytuacja z dziurawym ochraniaczem stała się leitmotivem  przed dzisiejszym spotkaniem. Brukowce z północnej Europy wypominają snajperowi Bayernu, że domaga się specjalnej ochrony i wywiera naciski na sędziego. Całkowicie niesłusznie. Sam lubię twardy, wyspiarski futbol, ale w granicach rozsądku. Zagranie Greera daleko wykraczało poza tą granicę i powinno się skończyć czerwoną kartką. Mam nadzieję, że Węgier Kassai będzie mniej wyrozumiały niż Undiano Mallenco, a nasz napastnik skarci Szkotów za brak szacunku.      
Rok temu najsłabszą formacją była obrona i chyba nic się w tym względzie nie zmieniło. Właściwie tylko o Glika można być spokojnym. Jego partnerem na środku będzie pewnie Pazdan, bo Szukała nie przypomina piłkarza, który bywał podporą reprezentacji. Legionista powinien dać radę, bardziej się boję o jego kolegów grających na bokach. Wydawało się, że Maciej Rybus załata nam dziurę przy lewej linii autowej, lecz na przeszkodzie może stanąć uraz. Pozostaje zatem nieśmiertelny Wawrzyniak. Prawa strona zostanie prawdopodobnie obsadzona przez coraz częściej zawodzącego Piszczka. Desygnowanie Jędrzejczyka byłoby hazardową zagrywką.
Z przodu sytuacja wygląda lepiej. Co prawda Kamil Grosicki ostatnio nie jest faworytem trenera Montaniera, ale zawsze dostaje przynajmniej kilkanaście minut. Zresztą ten zawodnik nawet jeśli w klubie miał problemy, to w reprezentacji stawał na wysokości zadania. Podobnie jest z Milikiem. W Ajaksie brakuje mu skuteczności, jednak dla mnie jest on konieczny jako pomoc dla Lewandowskiego. Najskuteczniejszy snajper eliminacji znajduje się obecnie w takim gazie, że o niego zupełnie nie trzeba się martwić. Na dobre wyszła Kubie Błaszczykowskiemu zmiana klubu. W barwach Fiorentiny zdążył już strzelić gola Bologni, jeszcze musi walczyć o swoją pozycję w zespole, ale kontynuowanie kariery na Signal Iduna Park byłoby marnowaniem czasu.   











środa, 7 października 2015

Sezon Anglika

fot. speedwaygp.com
Chyba najnudniejszy od lat sezon żużlowej Grand Prix jeszcze nie dobiegł końca, bo 24 października odbędą się zawody w Melbourne, lecz mistrza już znamy. Po rocznej przerwie został nim drugi raz w swojej karierze Anglik Tai Woffinden. Nie miał dużej konkurencji, bo wobec kontuzji Jarka Hampela zagrozić mu mogło tylko dwóch weteranów: Hancock oraz Pedersen. Jak marną obsadę zdołali skompletować sternicy cyklu świadczy fakt, że poza wspomnianą trójką obcokrajowców w pierwszej 20 najskuteczniejszych zawodników Ekstraligi znalazło się jeszcze tylko czterech jeźdźców rywalizujących o tytuł mistrza świata (nie biorę pod uwagę Hampela i Warda ze względu na małą liczbę startów). W zamian kibice dostają Harrisa, Jonassona, czy Batchelora. 
Przypadek Woffindena jest szczególnie ciekawy, ponieważ ma on szczęście tylko do dwóch krajów: Czech i Szwecji, poza nimi nie stawał na najwyższym stopniu podium. Zwłaszcza praska Marketa to jego królestwo, gdzie tryumfował trzeci raz z rzędu. Mimo tej specyfiki Tai potrafił jeździć na tyle równo, że powiększał swoją przewagę bez wysłuchiwania na koniec zawodów "God save the Queen". Kiedyś jego rodak Mark Loram sięgnął po globalny czempionat nie wygrywając ani jednego turnieju, więc i tak nie jest źle. Daleko im do Golloba, który w swojej drodze na szczyt cztery raz pokazywał rywalom miejsce w szeregu, w tym dwa razy z kompletem punktów.   
Za to finał bez udziału zawodnika Sparty Wrocław należał do rzadkości. Nie licząc żałosnego widowiska na Stadionie Narodowym i rundy łotewskiej, gdzie pogoda przeszkodziła w rozegraniu decydującej fazy, dopiero w Toruniu pozwolił przeciwnikom rozegrać ostatni bieg bez swojej obecności. Nicki Pedersen dołożył do dorobku trzy turniejowe zwycięstwa, lecz jego forma bardziej przypominała sinusoidę, dlatego powalczy tylko o srebrny krążek. 
Jeśli dalej tak pójdzie, to Brytyjczyk na długie lata ma zagwarantowane panowanie na światowych torach. Najgroźniejsi rywale są już w takim wieku, że ciężko będzie im wytrzymać trudy długiego sezonu. Iversen jest specjalistą od torów jednodniowych, a to za mało by zdobyć koronę. Holder już zna smak złotego medalu i nie wygląda na głodnego kolejnego sukcesu. Tym bardziej po kontuzji swojego przyjaciela raczej nie będzie ryzykował zdrowia dla coraz mniej znaczącego tytułu. Nadzieja w młodych Polakach, którzy za kilka miesięcy zadebiutują jako stali uczestnicy SGP. Tylko oni też mogą potrzebować czasu, żeby odnaleźć się w cyklu. Wystarczy sobie przypomnieć jak podczas debiutanckiego sezonu radził sobie dzisiejszy mistrz świata.









wtorek, 6 października 2015

W Legii idzie nowe

fot. sport.se.pl
Stało się to, co moim zdaniem powinno stać jakieś pół roku temu, a najpóźniej po przegranym mistrzostwie. Prezesi stołecznego klubu wreszcie stracili zaufanie do Henninga Berga i zdecydowali się zastąpić Norwega kimś innym, prawdopodobnie Stanisławem Czerczesowem. Decyzja bolesna zwłaszcza dla działu księgowości, bo byłemu opiekunowi drużyny trzeba będzie wypłacić niemałe odszkodowanie, jednak pod względem sportowym potrzebny jest nowy impuls. Wicemistrz wygrał tylko cztery z jedenastu spotkań, a strata do fantastycznego Piasta wynosi już 10 pkt. Liga jest w tym roku wyrównana, a dodatkowo reforma sprawiła, że właściwie teraz gramy o czapkę śliwek, ale kibiców Wojskowych bardziej musi martwić styl i brak pomysłu Berga na wyjście z kryzysu. Chyba przełomowym momentem był mecz z Termalicą Nieciecza, kiedy okazało się, że właściwie już nikt Legii się nie boi, a na Łazienkowską przyjeżdża się jak po swoje.
Mści się polityka rotacji stosowana przez Norwega, który w przeszłości lekceważył krajowe rozgrywki, przez co przyzwyczaił rywali do własnej słabości. Może dlatego do tej pory udało się wygrać tylko jedną domową konfrontację. W przeszłości były stoper United mógł się zasłaniać wynikami na froncie europejskim. Rzeczywiście to najjaśniejszy element jego pracy nad Wisłą. Dwukrotny awans do fazy grupowej LE z rzędu stanowi dla polskiego klubu duży sukces, nawet jeśli weźmie się pod uwagę marny poziom tych rozgrywek. Niestety apetyt rośnie w miarę jedzenia i wyeliminowanie Zorii Ługańsk nie zrobiło wielkiego wrażenia. Tym bardziej, że kolejne spotkania mocno zweryfikowały jakość klubu. To nie do końca ich wina, trafił im się znacznie mocniejszy zestaw niż przed rokiem. Zwłaszcza Duńczycy z Midtjylland mają zadatki na zostanie czarnym koniem Ligi Europy.   Sporym błędem Berga była nieumiejętność dogadania się z podopiecznymi. Trener ma prawo posiadać własny pomysł na zespół, lecz na jawną dyktaturę mogą sobie pozwolić tylko najlepsi. Wiara, że jest się drugim Fergusonem nie znalazła potwierdzenia w rzeczywistości. Każdy musi sam wywalczyć swój autorytet, a nie świecić odbitym  blaskiem. Miałem wrażenie, że Norweg sam prowokuje konflikty, jakby na każdym kroku chciał udowodnić kto rządzi przy Łazienkowskiej. Nie oszczędził nawet Jacka Magiery, który był szykowany do roli jego następcy. Sytuacja z Kucharczykiem pokazała jakie są relacje na linii szatnia-trener. Chyba brakowało mu ludzi, którzy byli skłonni umierać za niego. 
Prawdopodobnie szybko się okaże jak jałowa w gruncie rzeczy była kadencja Berga. Klubowa gablota wzbogaciła się tylko o Puchar Polski (mistrzostwa nie liczę, bo to wywalczył Jan Urban). Brakowało mu również piętna odciśniętego na zespole. Wyniki osiągał za sprawą wyczynów pojedynczych zawodników, zwłaszcza Radovicia, Sa i Nikolicia, a nie dzięki własnemu pomysłowi taktycznemu.  
Nie mam wątpliwości, że polski trener nie dostałby tak dużego kredytu zaufania jak Norweg. Potrafił on roztaczać wokół siebie aurę profesjonalisty z innego świata, który zstąpił na futbolową prowincję uczyć ją tej dyscypliny. Na wielu chyba ten urok działał. Gdyby jednak od samego przebywania z Aleksem Fergusonem człowiek stawał się wybitnym menadżerem, to jego współpracownicy byliby rozchwytywani na całym świecie, a tak nie jest. Szkot pozostawił liczną grupę uczniów, jednak przeważnie pracują oni w przeciętnych ekipach.