O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

sobota, 26 marca 2016

Kadra znów zwycięska

fot. pzpn.pl
Nawałka ma złotą rękę. Praktycznie każdy zawodnik, którego powoła na zgrupowanie z miejsca zaczyna grać o kilkadziesiąt procent lepiej. Albo selekcjoner ma sokole oko do wypatrywania talentów, albo wreszcie mamy drużynę z prawdziwego zdarzenia, funkcjonującą bez względu na aktualnych wykonawców. Po prostu świetnie wykonywane są ćwiczone schematy i biegać po murawie może nawet Adamiakowa, a i tak wszyscy doskonale wiedzą gdzie mają się ustawić. 
Mecz z Finlandią był pokazem siły Biało-Czerwonych. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę, że rywal prezentował niski poziom, dużo słabszy od Serbii. Dodatkowo zagrał nawet poniżej swoich możliwości. Przyjezdnych jakby sparaliżowała gorąca atmosfera na wrocławskim stadionie i postawa Polaków od pierwszej minuty dążących do strzelenia bramki. Początkowo brakowało trochę dokładności oraz ostatniego podania, ale pod względem posiadania piłki istnieli tylko piłkarze w jasnych koszulkach. Finowie ograniczali się do przeszkadzania naszym. Najczęściej polegało to na wybijaniu piłki poza boisko. Nic więc dziwnego, że Jędrzejczyk więcej czasu spędzał w pobliżu pola karnego rywali niż własnego. 
Nawałka zaskoczył stosunkowo defensywnym ustawieniem. Liczyłem, że zagramy dwójką z przodu Milik-Teodorczyk. Trener zdecydował inaczej, zawodnika Dynama Kijów sadzając wśród rezerwowych. Osamotniony wychowanek Rozwoju Katowice miał zatem trudne zadanie przepychania się z rosłymi Finami. Chyba jednak Milik lepiej sobie radzi wchodząc z głębi pola i licząc na wsparcie drugiego napastnika. Drugim zaskoczeniem było ustawienie Kapustki w środku. Mając obok siebie Starzyńskiego gracz Cracovii musiał wykonywać więcej zadań defensywnych. Taka nauka z pewnością mu się przyda i pewnie selekcjoner specjalnie podniósł młodemu pomocnikowi poprzeczkę, jednak chyba więcej atutów może on pokazać jako skrzydłowy.
Mecz praktycznie skończył się wraz z pierwszym golem Grosickiego. Wtedy Polacy wyczuli krew i potrzebowali tylko kilkunastu minut by ostatecznie zniszczyć rywali. Oczywiście najbardziej zadowolony będzie Paweł Wszołek, który swoją szansę wykorzystał w 100%. Tym samym praktycznie zapewnił sobie bilet do Francji. Pokazał się również Starzyński strzelając najładniejszą bramkę, natomiast wcześniej można było mieć zastrzeżenia do jego aktywności. To raczej zawodnik, który dobrze czuje się na boisku, kiedy jest już na nim więcej miejsca. Solidnie zagrał Wawrzyniak, choć trochę brakowało jego ofensywnych wejść. Rozczarowany powinien być Igor Lewczuk, który nie rozegrał w dwóch sparingach nawet minuty.  
Po takim meczu można tylko żałować, że tyle poczekamy na kolejne spotkanie kadry. Wtedy będzie już znany zestaw reprezentantów na Euro, ale chętnie zobaczyłbym jeszcze jakieś starcie z drużyną z wąskiego europejskiego topu. Wtedy jakość sprawdzianu byłaby bardziej miarodajna, a tak selekcjoner ma ból głowy, bo wszyscy grają bardzo dobrze. Z drugiej strony kolejne zwycięstwa tworzą świetną atmosferą wokół kadry, a tego brakowało poprzednim selekcjonerom. 














piątek, 25 marca 2016

Matchday. Polska - Finlandia

fot. uefa.com
Starcia z Finlandią zawsze bywają ciężkie. Coś czuję, że najbliższe godziny będą stały pod znakiem podobnym sucharów i memów z byłym prezydentem. No niestety, ale Kraj Tysiąca Jezior nie jest w Polsce szczególnie kojarzony z piłką nożną, jeśli już to z hokejem i kierowcami wyścigowymi, jednak najbardziej z napojem wyskokowym.
Sytuację trochę odmieniły transfery do Lecha: Paulusa Arajuuriego i Kaspera Hamalainena, którzy pokazali, że w ich kraju też potrafią kopać piłkę. Szczególnie ten drugi zrobił karierę, przez co stał się bohaterem głośnej afery na linii Poznań-Warszawa. On z pewnością się cieszy, że mecz będzie rozgrywany we Wrocławiu, a nie w stolicy Wielkopolski jak konfrontacja z Serbią.   
Finów czeka budowanie drużyny od nowa. Zmienił się trener, bo po czterech latach odszedł Mixu Paatelainen. Nie doczekał on nawet końca eliminacji, które przegrał w kiepskim stylu. Wykorzystując bardzo wyrównaną grupę i beznadziejną postawę Greków można było sprawić dużą niespodziankę, tymczasem na Euro pojadą nie Finowie a Węgrzy, którzy skład mają przybliżonej jakości. Główny problem był ze strzelaniem bramek, tylko raz udało się zaliczyć więcej niż jedno trafienie w 90 minutach. Widać że stawiają raczej na defensywę, bo podczas spotkań Finlandii bramkarze z reguły poprawiają własne statystyki. Trzeba zauważyć dosyć niezłą postawę wyjazdową, gdyż przed obcą publicznością zdobyli więcej punktów niż przed własną. 
Krótko funkcję tymczasowego selekcjonera pełnił Markku Kanerva i miał świetne rezultaty. W czterech konfrontacjach zanotował dwa zwycięstwa i dwa remisy, w tym tryumf nad Grecją oraz podziały punktów z Rumunią, a także Irlandią Płn. Mimo to Kanerva nie dostał zaufania, jego posadę otrzymał Szwed Hans Backe. Start miał mało udany. W styczniu rozegrał dwa sparingi ze Szwecją i Islandią, oba przegrał bez zdobytej bramki, czyli problemy zostały te same, choć wspomniane spotkania miały niską rangę, trudno więc wyciągać daleko idące wnioski.  
Największą gwiazdą zespołu pozostaje ofensywny pomocnik CSKA Moskwa Roman Eremenko, słynie on głównie z dogrywania kolegom, choć sam też potrafi zaskoczyć przeciwnego bramkarza. Fakt, że na gola czeka już kilkanaście miesięcy, ostatni raz strzelił Wyspom Owczym we wrześniu 2014 r. Warto wyróżnić także bramkarza Hradecky'ego z Eintrachtu Frankfurt, podstawowego pomocnika Chievo Verona - Hetemaja oraz Tima Sparva z Midtjylland, pełniącego rolę człowieka od czarnej roboty.
Dla Adama Nawałki sobotni mecz będzie przede wszystkim okazją do sprawdzenia zmienników. Już wiadomo, że zagrają dwaj bramkarze: Boruc i Tytoń. To akurat poboczna kwestia, mamy bowiem czterech świetnych golkiperów i każdy z nich może spokojnie stać między słupkami podczas Euro.
Przede wszystkim sprawdziłbym wariant gry bez Lewandowskiego. To w przypadku absencji tego zawodnika możemy mieć gigantyczny kłopot, stąd należy przetestować poziom współpracy Teodorczyka z Milikiem. Jeśli Finlandia ma imitować Irlandię Płn. to duży nacisk zostanie położony na atak pozycyjny, dlatego stawiam, że Zieliński znowu wyjdzie w pierwszym składzie. Oby potrafił wykreować więcej sytuacji niż w środę. Odpocząć powinien jeden ze skrzydłowych, a jego miejsce zająć Wszołek. Skoro minut brakuje Kubie Błaszczykowskiemu, to może wolne dostanie Grosicki. I przede wszystkim szkoda szafować zdrowiem Krychowiaka. Finowie pewnie będą grać ostro, a piłkarz Sevilli dopiero co wyleczył uraz.








Zmarł wielki Johan Cruyff

fot. theguardian.com
Tuż przed Świętami świat futbolu poniósł ogromną stratę. W wieku 68 lat przegrał walkę z chorobą nowotworową Johan Cruyff - wybitny piłkarz, ale i trener, o czym się często zapomina. Kojarzony przede wszystkim z sukcesami Ajaksu oraz reprezentacji Holandii w latach 70, kiedy tryumfy święcił "futbol totalny", duchowy przodek tiki-taki. Zresztą Barcelona to jego przybrana ojczyzna, z Dumą Katalonii odnosił sukcesy na murawie i na ławce trenerskiej, to miasto wybrał na swój dom, a w końcu tam zakończył życie. Nic więc dziwnego, że kibice mistrza Hiszpanii rozpoczęli akcję zmiany nazwy własnego stadionu. Camp Nou miałoby przybrać imię Cruyffa. 
Karierę rozpoczął jednak w Amsterdamie, gdzie pod okiem Rinusa Michelsa tworzył się przyszły europejski dominator. Po zdobyciu pierwszego w historii klubu Pucharu Europy wielki trener odszedł do Barcelony, czym wyznaczył swojemu wychowankowi drogę. Zanim jednak Johan przeniósł się na południe kontynentu skompletował z Ajaksem hattricka. Po raz pierwszy od czasów legendarnego Realu Madryt, komuś udało się wygrać rywalizację o tytuł klubowego mistrza Europy trzy razy z rzędu. Po takim osiągnięciu Cruyff mógł podążyć śladem swego mentora i przenieść się na Camp Nou. Zresztą kataloński klub zapłacił za niego rekordową wówczas kwotę ponad miliona dolarów. 
Wbrew pozorem w barwach Blaugrana Holender zdobył stosunkowo mało. Zdecydowanie najważniejszym sukcesem był jedyny tytuł mistrzowski, ponieważ Barcelona przełamała niemoc po kilkunastu latach i znów stanęła na najwyższym stopniu podium. Natomiast z tym klubem nigdy nie wygrał żadnego, wartościowego trofeum międzynarodowego. Niepowodzenia klubowe nadrobił w reprezentacji. Tam znowu spotkał się z Michelsem i wspólnie stworzyli zespół, przez wielu uznawany za najlepszy w ówczesnej piłce. Oranje doszli do finału mistrzostw świata, gdzie mimo objęcia prowadzenia ulegli ostatecznie Niemcom 1-2. Ze swoją kadrą też osiągnął mniej niż powinien, czemu winny był jego trudny charakter i chęć dominacji nad wszystkim. Po Euro1976, kiedy Holandia zajęła trzecie miejsce, co uznano za porażkę praktycznie zakończył karierę reprezentacyjną. Z Barcelony odszedł popularyzować futbol w Stanach Zjednoczonych, ale później jeszcze wrócił do swojej ojczyzny i zdobywał mistrzostwa grając dla Ajaksu oraz Feyenoordu.    
Przygodę trenerską zaczął tam gdzie piłkarską, czyli w Amsterdamie. Na północy Europy spędził  niecałe trzy sezony sięgając po dwa krajowe puchary oraz Puchar UEFA. Zabrakło natomiast ligowego tryumfu.
Te braki na półce z trofeami nadrobił w Barcelonie, z którą stworzył bodaj pierwszy prawdziwy dream team, co później udanie naśladowali Guardiola, a także Enrique. Cztery mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Superpuchary, Puchar i Superpuchar UEFA i przede wszystkim pierwszy w historii klubu Puchar Europy. Zespół z między innymi Stoiczkowem, Koemanem, Guardiolą, Laudrupem, czy Bakero pokonał w finale Sampdorię Genua. Niestety dwa lata później de facto skończyła się trenerska kariera Cruyffa. Wówczas jego drużyna została rozgromiona przez Milan i coś się zaczęło psuć. Na Camp Nou spędził jeszcze dwa lata, po czym został bezceremonialnie wyrzucony przez prezesa Nuneza, choć jego filozofia futbolu była kontynuowana przez licznych uczniów oraz naśladowców.
Johan Cruyff słynął również z licznych powiedzonek na temat piłki nożnej. Przytoczę to, które według mnie najlepiej opisuje jego życiową filozofię, a także jest sednem piękna futbolu: "Jakość bez wyników jest bezcelowa. Wyniki bez jakości są nudne".  

 













   

czwartek, 24 marca 2016

Zwycięstwo bez błysku

fot. pzpn.pl
Wiele się, poprawiło w polskiej reprezentacji odkąd objął ją Adam Nawałka, ale mecze marcowe ciągle są naszą zmorą. Od wielu lat wczesną wiosną Biało-Czerwoni prezentują słabszą formę i osiągają kiepskie wyniki, żeby wspomnieć tylko porażki z USA i Irlandią Płn. za Beenhakkera, porażkę z Litwą za Smudy, czy porażkę z Ukrainą za Fornalika. Wczoraj wreszcie udało się wygrać z poważnym przeciwnikiem, więc mimo słabszego stylu należy wziąć poprawkę na marcową niedyspozycję. 
Przede wszystkim najbardziej trzeba pochwalić Kubę Błaszczykowskiego. Były kapitan wiedział, że koszulkę z orłem dostał tym razem na wyrost. Nie znajduje bowiem uznania w oczach swojego trenera klubowego i mimo wielokrotnych apeli Dariusza Szpakowskiego, opiekun Fiorentiny raczej pozostanie przy swojej koncepcji. Kuba tym bardziej chciał przekonać wszystkich oglądających mecz, że jeszcze reprezentacja będzie miała z niego pożytek. Nie chodzi tylko o bramkę, zresztą wyjątkowej urody, która była zwieńczeniem występu, ale o wielkie zaangażowanie i ciągnięcie słabo spisującej się linii pomocy. 
Po raz kolejny obok gry przeszedł Zieliński. Absolutnie nie należy go skreślać, lecz to na jego barkach spoczywała kreacja akcji ofensywnych i uruchamianie napastników prostopadłymi piłkami, a tych niestety było jak na lekarstwo. Przytrafiło mu się również kilka strat. Widać jeszcze skutki kontuzji u Krychowiaka, zaprezentował się najsłabiej od wielu spotkań kadry. Zwykle gracz Sevilli asekuruje i wyręcza innych reprezentantów, tym razem miał problemy nawet z własnymi zadaniami, ale akurat o niego można być spokojnym. Parę meczów w La Liga i Krychowiak znowu będzie tym samym zawodnikiem. Złego obrazu pomocników dopełnia Grosicki, zbyt często zagubiony, nie współpracujący z kolegami. 
W obronie najwięcej zawdzięczamy bramkarzom. Obaj bronili znakomicie, szczególnie Wojciech Szczęsny błysnął interwencjami. Inna sprawa, że koledzy ułatwili im zadanie dopuszczając do groźnych sytuacji. Najpierw niepotrzebnie faulował Salamon. On był baczniej obserwowany niż reszta graczy, ze względu na rywalizację w środku defensywy. Mnie nie zachwycił. Początek miał słaby, później się rozkręcił, ale gdyby Euro odbywało się za kilka dni wolałbym widzieć Pazdana obok Glika. Dużą chęć do gry wykazywał Rybus, natomiast zdarzało mu się zapominać o obowiązkach obronnych. Tym razem lepiej wyglądała kooperacja na prawej stronie, gdzie grał były dortmundzki duet. Trochę szkoda, że Nawałka nie wpuścił Wszołka.     
W ogóle zmiany nie były zbyt udane, praktycznie nie wniosły nic nowego. Pewnie dopiero z Finlandią selekcjoner da więcej czasu zawodnikom z drugiego szeregu. Oczywiście nie wolno zapominać o Lewandowskim, który swoje zrobił. Partnerzy nie ułatwiali mu sprawy, znowu musiał walczyć w pojedynkę z ostro grającymi Serbami, ale asystę zaliczył.
Podsumowując ten mecz z pewnością nie zapisze się w annałach polskiego futbolu, raczej szybko się o nim zapomni. Gra wyglądała przeciętnie, ale ważne jest kolejne zwycięstwo. Pamiętamy w jakich minorowych nastrojach jechali na turniej zawodnicy Engela, Janasa czy Beenhakkera po nieudanych sparingach. Trzeba również podkreślić klasę rywala, który zaprezentował się z dobrej strony. Efektowną grę utrudniała grząska murawa, a właściwe przygotowanie mentalne liczne obowiązki sponsorskie. Dlatego tym razem proponuję spojrzeć na reprezentację łaskawszym okiem.








środa, 23 marca 2016

Matchday. Polska - Serbia

fot. dailymail.co.uk
Po awansie do mistrzostw Europy w Polsce zapanowała euforia. Adam Nawałka został obwołany niemal bohaterem narodowym, a kibicowanie kadrze znów stało się modne. To już jednak za nami, teraz ważny jest sam turniej i dzisiejszy mecz można uznać za początek ścisłych przygotowań do Euro. Wbrew obawom selekcja nie została zamknięta po pokonaniu Irlandii, oczywiście większość liderów ma pewne bilety do Francji, ale zostało jeszcze co najmniej kilka miejsc, które mogą zostać obsadzone przez nowych zawodników. 
Ważne też podtrzymać serię korzystnych rezultatów. Biało-Czerwoni nie przegrali od pięciu spotkań, a podczas ostatnich szesnastu konfrontacji tylko raz schodzili pokonani. Listopadowe sparingi to pokaz siły Orłów. Nasi, nie dość że wygrali oba spotkania, to strzelili siedem goli, prezentując momentami futbol na miarę ćwierćfinału Euro.    
Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że dzisiaj środek obrony będą stanowili piłkarze z Włoch. Nawałka dobrze zna Pazdana i już nie musi go sprawdzać. Zresztą akurat temu zawodnikowi przyda się odpoczynek, gdyż mało kto w ostatnich 12 miesiącach spędził na murawie tyle czasu co on. Szansę dostanie, więc Bartosz Salamon, który z Cagliari zmierza po awans do Serie A, będąc tam podstawowym stoperem. Igor Lewczuk raczej dostanie więcej minut podczas drugiego meczu.   
Sytuacja w ataku jest jasna, natomiast pomoc to prawdziwa enigma. Szczęśliwie trener ma ból głowy z powodu nadmiaru, a nie deficytu. Stąd też brak dwóch Lechistów, którzy w czasie eliminacji strzelali ważne bramki. Największą zagadką pozostaje czas, który dostanie Błaszczykowski. Jego sytuacja klubowa jest beznadziejna i właściwie tylko podczas spotkań reprezentacji może powąchać murawę. Z drugiej strony dobrze byłoby znaleźć miejsce dla Wszołka oraz Zielińskiego. Zwłaszcza ten drugi złapał wiatr  w żagle i podczas turnieju może pełnić dużo ważniejszą rolę niż dotychczas. Kibice z chęcią obejrzeliby również Bartosza Kapustkę, który przebojem wdarł się do najważniejszej polskiej drużyny. Borysiuk i Starzyński to raczej opcja na Finlandię.      
Serbia, co tu mówić znajduje się w dużym kryzysie. Podczas eliminacji wywalczyli tylko siedem punktów w ośmiu meczach (trzy oczka odebrał  im wyjątkowo kretyński wyrok Sądu Arbitrażowego w Lozannie), choć wcale nie mieli tak trudnych rywali. Dania ma najsłabszy zespół od kilkunastu lat, a siłę Albanii pokazał rewanż w Tiranie, kiedy Serbowie wygrali 2-0. Ewidentnie coś nie zagrało w tej grupie osobowej, na co wskazywał już pierwszy mecz kwalifikacji przeciwko Armenii, zremisowany z dużym trudem. Holender Dick Advocaat nie potrafił okiełznać znanych z dużego temperamentu bałkańskich piłkarzy i odszedł po czterech spotkaniach. Debiut miał udany, ponieważ wygrał z Francją, ale później nastąpiła zapaść, przez co musiał pożegnać się ze stanowiskiem, a jego fotel otrzymał Radovan Curcić, który zna kadrę od podszewki. 
Jeśli spojrzeć na zawodników reprezentujących Serbię to wciąż jest to silna drużyna. Na każdej pozycji mają przynajmniej jednego piłkarza dużej klasy. No może poza przeciętnym bramkarzem Stojkoviciem, ale w obronie takie nazwiska jak Kolarov, Ivanović, czy znany z Gandawy Stefan Mitrović robią wrażenie. Pomoc to para skrzydłowych Tadić-Tosić, natomiast środek zabezpieczają Matić oraz Milivojević. W odwodzie pozostają jeszcze choćby Sulejmani czy Milinković-Savić z Lazio. Za zdobywanie goli odpowiadają głównie Adem Ljajić i Aleksandar Mitrović. Aż dziwne, że tacy gracze nie potrafią wygrać z żadną mocną ekipą. Od czasu przejęcia sterów przez Curcicia rozegrali osiem potyczek i zwyciężyli tylko w trzech, doznając pięciu porażek. Ciekawe, że tryumfowali jedynie z zespołami, których nazwa zaczyna się na "A", czyli z: Azerbejdżanem, Armenią i Albanią. Także chyba możemy być spokojni. 

wtorek, 22 marca 2016

Grają nie tylko Orły

fot. bbc.co.uk


Przedświąteczne dni będą pierwszą tego roku okazją do sprawdzenia formy reprezentacji narodowych. Szczególnie interesują nas rywale Biało-Czerwonych podczas Euro2016 i eliminacji do rosyjskich mistrzostw świata. Oprócz tego jest kilka ciekawych konfrontacji, które są niezłą wymówką, aby oderwać się od sprzątania i pieczenia wielkanocnej babki. Oto przegląd najciekawiej zapowiadających się spotkań. 
23.03.
Rumunia - Litwa (godz. 19.00) - mecz ciekawy tylko ze względu na Rumunię, która będzie naszym rywalem podczas eliminacji do następnego Mundialu. Piłkarze Anghela Iordanescu będą zdecydowanym faworytem, tym bardziej że pod jego wodzą jeszcze nie doznali goryczy porażki. Przez cały miniony rok nikt nie znalazł na nich patentu, a przed własną publicznością ostatni raz ulegli Algierii tuż przed brazylijskimi mistrzostwami świata. Ekipa uosobiona bardziej defensywnie, podczas eliminacji straciła tylko dwa gole, ale strzeliła raptem jedenaście. Fakt, że trafiła im się dość wyrównana grupa, z której wyszli na drugim miejscu, ulegając Irlandii Płn. Jesienią postawili się Włochom remisując w Bolonii 2-2. Rumuni brakuje gwiazd na miarę Hagiego, czy nawet Mutu. Najbardziej znany jest chyba ciągle kapitan - Razvan Rat, były gracz Szachtara Donieck, a obecnie piłkarz Rayo Vallecano.      
Mecz będzie debiutem selekcjonera Litwy - Jankauskasa. Czeka go trudne zadanie, ponieważ nasi sąsiedzi grali tragicznie podczas ostatnich miesięcy. W grupie wyprzedzili jedynie San Marino, a rok zamknęli z sześcioma porażkami w ośmiu starciach. Mają duże problemy ze zdobywaniem bramek, co źle wróży podczas starcia z mocną obroną rywali.
24.03.
Turcja - Szwecja (godz. 19.45) - Turcy awansowali bezpośrednio jako najlepszy zespół spośród tych, które zajęły trzecie miejsce. Nie uniknęli przy tym dużych wpadek jak remisy z Łotwą, ale końcówkę mieli piorunującą pokonując kolejno: Holandię, Czechy oraz Islandię. W ogóle podopieczni Fatiha Terima poczynili spory progres przez ostatnie kilkanaście miesięcy, od listopada 2014 r, kiedy pokonali Kazachstan odnieśli siedem zwycięstw i trzy razy remisowali. Należy podkreślić, że udało się ograniczyć liczbę traconych goli (dwa podczas ośmiu ostatnich spotkań), a jeśli chodzi o ofensywę to trzeba wymienić dwa, dobrze znane nazwiska: Arda Turan i Hakan Calhanoglu.     
Co tu dużo mówić, Szwecja to Zlatan Ibrahimovic. Bez napastnika PSG Trzech Koron pewnie nawet nie byłoby na Euro. W eliminacjach zajęli trzecie miejsce, wygrywając tylko połowę meczów. Grupę mieli tak słabą, że praktycznie nie byłoby możliwe spaść jeszcze niżej. Szczęście dopisało im również przy losowania baraży, gdzie trafili najsłabszą od wielu lat Danię. Udało się ją przejść, choć nie bez problemów, ale różnicę zrobił Zlatan. Inna sprawa to problemy wyjazdowe, ostatni raz Szwedzi wygrali przed obcą publicznością z przyzwoitym rywalem ok. 2,5 roku temu.      
Dania - Islandia (godz. 20.00) - mecz warty obejrzenia, choćby ze względu na zmianę selekcjonera Danii. Wielu czytelników pewnie nawet nigdy nie widziało tej ekipy pod wodzą kogoś innego niż Morten Olsen. Tymczasem początkiem miesiąca stery objął Norweg Age Hareide, wcześniej trenujący szwedzkie Malmoe. Ekipa z północy kontynentu skompromitowała się podczas kwalifikacji i słusznie zabraknie jej we Francji. Nowego sternika czeka trudne zadanie i wydobycie drużyny z gigantycznego kryzysu, dość powiedzieć, że nie wygrała ona już od sześciu meczów.
Wyspiarze długo byli największą sensacją europejskiej piłki, ale odkąd awansowali do ME piłkarze Lagerbacka spuścili z tonu. Wygrali tylko mecz o czapkę śliwek z Finlandią, rozgrywany w Emiratach Arabskich, wcześniej doznając trzech porażek z rzędu, w tym z Polską. Przede wszystkim rozregulowała się formacja obronna, która była kluczem do awansu. Podczas dwóch spotkań listopadowych, rozgrywanych na przestrzeni kilku dni stracili więcej bramek niż podczas dziesięciu potyczek kwalifikacyjnych. W Warszawie sprawiali wrażenie chaosu, Zaczęli od trafienia Sigurdssona, czyli mieli wręcz wymarzoną sytuację do kontrolowania zawodów i gry z kontry, tymczasem dali sobie wbić cztery sztuki. Czyżby balon pękał na naszych oczach jeszcze przed turniejem?
Ukraina - Cypr (godz. 20.00) - sąsiedzi ze wschodu interesują nas jako rywale grupowi. Mychajło Fomenko odmienił słabo grających wcześniej Ukraińców. W trzydziestu meczach doznał tylko czterech porażek i to z mocnymi przeciwnikami. Mimo tego awansowali dopiero po barażach ze Słowenią. Kluczową rolę odgrywają skrzydła w postaci Jarmolenki oraz Konoplanki. Oprócz tego trener zwraca uwagę na szczelność obrony, której ciężko strzelić więcej niż raz, za jego kadencji tylko Francja potrafiła to zrobić. Na korzyść gospodarzy przemawia również fakt ich dobrej postawy wiosną. Odkąd Fomenko kieruje kadrą, doznali tylko jednej porażki (z Hiszpanią) w pierwszych sześciu miesiącach roku.   
Cypr podczas eliminacji spisywał się poniżej oczekiwań dlatego włodarze federacji zdecydowali się na zmianę opiekuna kadry. W piątek zadebiutuje Christiakis Christoforou, który zastąpił Pambosa Christodoulou. Chyba jednak większym problemem są wartościowi zawodnicy, a właściwie ich brak. Nic dziwnego, że Cypryjczycy muszą posiłkować się farbowanymi lisami jak Vincent Laban, czy znany z Legii Dossa Junior. Światełkiem w tunelu jest jedynie lepsza postawa wyjazdowa niż przed własną publiką. Podczas eliminacji zespół wykorzystał gościnność Bośniaków i Izraelczyków.     
Czechy - Szkocja (godz. 20.45) - Czesi wygrali najmocniejszą grupę doznając tylko dwóch porażek, ale z pewnością te wpadki wstydu nie przynoszą. Wypomnieć bardziej można remis u siebie z Łotwą. To zresztą rzadkość, bo odkąd selekcjonerem jest Pavel Vrba nasi sąsiedzi grają bezkompromisowo, notując podział punktów zaledwie trzy razy na siedemnaście prób. Co ciekawe były trener Ziliny i Viktorii Pilzno zaczął od dwóch remisów, widocznie było to na tyle traumatyczne przeżycie, że później starał się go uniknąć. Z Czechami graliśmy kilka miesięcy temu i szczerze mówiąc łatwo ich pokonaliśmy. Brakuje im gwiazd pokroju Nedveda, czy Barosa jednak właściwie nie schodzą poniżej określonego poziomu. Wystarczy zobaczyć jak radzi sobie w LE Sparta Praga.
Szkotom brakuje umiejętności, ale starają się nadrabiać ambicją. To pewnie zasługa Gordona Strachana, który niski wzrost rekompensuje charakterem. W eliminacjach zaliczyli solidną wpadkę, kiedy z Tbilisi wyjechali bez punktów. Gdyby wtedy wymęczyli sukces, pewnie zastąpiliby Irlandczyków podczas baraży. My sami poznaliśmy jak twardym orzechem do zgryzienia są Szkoci. Dwa remisy wywalczone z wielkim trudem to nasz cały urobek przeciwko temu zespołowi. Pytanie tylko czy po przegranej kampanii będą tą samą ekipą. Podejrzewam, że Strachan zacznie już budować nową drużynę pod kolejne eliminacje. Dobrze by było zacząć ten etap od zwycięstwa, bo z mocnym rywalem nie wygrali już prawie równo rok.
Włochy - Hiszpania (godz. 20.45) - Antonio Conte kończy po Euro swoją przygodę z włoską reprezentacją i obejmie Chelsea. Jak do tej pory nie ma czego żałować, bo Italia spisuje się poniżej oczekiwań. W grupie swoje zrobiła, choć z takimi przeciwnikami nie mogło być inaczej. Godnym rywalem była tylko Chorwacja i akurat jej nie udało się ani razu pokonać. Zresztą to jest właśnie największa bolączka, trudno sobie przypomnieć jakąś wartościową wiktorię Włochów. Pokonywanie Malty, czy Norwegii, zresztą w nieprzekonującym stylu trudno uznać za wielki sukces dla 4-krotnych mistrzów świata. W ostatniej serii sparingów miejsce w szeregu pokazała im Belgia. Przede wszystkim Squadra Azzurra ma problemy ze zdobywaniem goli, sam Lewandowski strzelił tylko trzy bramki mniej w eliminacjach niż cały włoski team. 
Trauma brazylijska zdaje się już zaleczona. Hiszpanie w cuglach wygrali grupę, tylko raz pozwalając sobie na wpadkę. Nastrzelali przy tym sporo goli i wypromowali napastnika Valencii - Paco Alcacera. Ostatnie siedem meczów to komplet zwycięstw, w tym z Anglią. Forma hiszpańskich drużyn w europejskich pucharach też świadczy o dobrej kondycji tamtejszego futbolu. Jeśli coś martwi del Bosque to ewentualnie niestabilne zachowanie Diego Costy, który znowu nawywijał. Wystarczy jednak spojrzeć na ławkę rezerwowych z ostatniego spotkania, żeby zobaczyć jaki potencjał ma aktualny mistrz Europy. Nawet kontuzja lub słabsza forma kilku ważnych graczy nie musi skutkować dramatem.       
Walia - Irlandia Płn. (godz. 20.45)
Mecze Walijczyków nie zachwycają postronnych kibiców, bo pada w nich mało goli. Podczas kwalifikacji tylko piętnaście, po Rumunii najmniej z uczestników Euro (Albania grała dwa mecze mniej). Kiedy gracze Chrisa Colemana stracą więcej niż jedną bramkę prawie na pewno przegrają. Tą prawidłowość chcieli przełamać przeciwko Holendrom, ale skończyło się jak zwykle, czyli porażką. Trochę dziwne, ponieważ największe atuty Walia ma z przodu. Garetha Bale'a zazdroszczą znacznie bardziej cenione ekipy, który do pomocy ma przecież Ramseya. 
Choćby Irlandia Płn. chciałaby z pewnością mieć w swoich szeregach takich zawodników jak wymieni powyżej. Niestety Michael O'Neill musi tworzyć zespół bez wirtuozów, a dysponując tylko rzemieślnikami futbolu. Na słabą grupę eliminacyjną to wystarczyło, ale Wyspiarze rzadko mają okazję do prawdziwego testu swoich umiejętności, więc trudno rzetelnie ocenić ich poziom. Ze średniakami radzą sobie przyzwoicie, świadczy o tym seria ośmiu spotkań bez porażki. Jak daleką drogę przeszli pokazuje bilans pierwszych osiemnastu konfrontacji pod wodzą obecnego selekcjonera, z których zwyciężyli jedną. Rzadko wygrywają potyczki towarzyskie, nie wiem czy wynika to z lekceważenia, czy z testowania wielu zawodników i wariantów gry. Nie zachwycają również podczas meczów przeciwko ekipom najbliższym geograficznie. Ze Szkocją przegrali 0-1, a z południowymi sąsiadami bezbramkowo zremisowali.      
25.03.
Irlandia - Szwajcaria (godz. 20.45) - nasi niedawni przeciwnicy grupowi prześlizgnęli się do Euro dzięki pokonaniu Bośni i Hercegowiny. Mieli szczęście, bo z trudniejszym przeciwnikiem mogli sobie nie poradzić. Szczerze mówiąc, to jakoś specjalnie nie zachwycali podczas eliminacji, już Szkocja mi się bardziej podobała. Irlandczycy byli tylko specjalistami od robienia psikusów Niemcom, z którymi wywalczyli cztery punkty. Trzeba jednak zauważyć, że w Dublinie ciężko jest pokonać graczy O'Neilla, ostatni raz dokonali tej sztuki Turcy prawie dwa lata temu.
Szwajcaria łatwo zapewniła sobie awans, ale wylosowała przyjemną grupę. Ogólnie ekipa Petkovicia wyspecjalizowała się w ogrywaniu pariasów europejskiego futbolu, natomiast ma problem z mocniejszymi drużynami. Dopiero zwycięstwo nad rosnącą w siłę Austrią może odmieni ten trend. Mecze Helwetów są ciekawe, ponieważ kibice mogą liczyć na sporą liczbę goli. Nic dziwnego, bo głównymi atutami są gracze ofensywni, przede wszystkim: Drmic, Seferovic oraz Mehmedi, czyli trio z Bundesligi plus oczywiście reprezentujący Stoke Shaqiri.    
Holandia - Francja (godz. 20.45) - Oranje interesują nas z tego powodu, że w czerwcu będą naszymi przeciwnikami. Jak wiadomo kadra prowadzona przez Danny'ego Blinda jest przebudowywana. Sam selekcjonerom objął zespół po Guusie Hiddinku, który całkowicie poległ. Mistrzowie Europy z 1988 r. nie zakwalifikowali się nawet do tegorocznego turnieju. Przede wszystkim szwankowała gra obronna, podczas dziesięciu spotkań eliminacyjnych tylko Łotwa dwukrotnie nie zdołała pokonać bramkarza Holendrów. W listopadzie doszło do małego przełomu, bo drużyna wreszcie zwyciężyła trochę mocniejszego rywala. Na Cardiff Stadium strzeliła gospodarzom trzy bramki, ale straciła dwie, czyli problemy defensywne ciągle dają o sobie znać. I to mimo gry piątką obrońców.    
Gospodarze turnieju nie grali eliminacji, więc można opierać się tylko na meczach sparingowych. Z drugiej strony daje to nawet lepszy obraz, bo przeciwnicy byli o wiele mocniejsi niż autsajderzy europejskiej piłki pokroju San Marino/Gibraltaru. Deschampsowi udało się zbudować naprawdę ciekawy zespół, który powinien być brany na poważnie nawet w kontekście tytułu mistrzowskiego. Tacy piłkarze jak: Griezmann, Martial, czy Pogba są gwiazdami w swoich klubach. Do pełni szczęścia brakuje stabilizacji formy, bo po świetnym spotkaniu jak z Niemcami, przychodzi słabszy jak przegrana z Anglią. Francuzi grają bezkompromisowo, podczas ostatnich jedenastu konfrontacji, ani razu nie zanotowano remisu. 










niedziela, 20 marca 2016

Fart faworytów

fot. uefa.com
W poprzedniej rundzie Ligi Mistrzów było kilka interesujących starć, z rozgrywkami pożegnali się między innymi finaliści sprzed roku, czy kluby londyńskie. Tym razem los sprawił, że zobaczymy tylko jeden hit, w którym zmierzą się PSG oraz Manchester City. Przez złośliwych ten dwumecz został już okrzyknięty Derbami Zatoki Perskiej. Największego pecha miało Atletico wpadając na rozpędzoną maszynę Luisa Enrique, natomiast zadowoleni mogą być w Monachium i "białej" części Madrytu. Ich rywalami będą odpowiednio: Benfica i Wolfsburg, czyli ekipy uznawane za najsłabsze w stawce. 
Wolfsburg vs Real - Wilki zdecydowanie rozczarowują w Bundeslidze, gdzie zajmują dopiero ósmą lokatę. Wicemistrz Niemiec traci sześć punktów do miejsca premiowanego grą w eliminacjach LM. Brak obecności wśród europejskiej elity byłby sporym zawodem dla klubu z ambicjami, więc Dieter Hecking może koncertować się na krajowych obowiązkach. Wiele będzie zależało od wyniki pierwszego meczu. Wolfsburg bardzo źle czuje się w delegacji, jeśli u siebie nie zagwarantuje sobie zaliczki, to rewanż dla Niemców zapowiada się kiepsko. Z pokonania belgijskiego kopciuszka trudno wyciągać daleko idące wnioski.     
Nie ma co ukrywać, że Real już przegrał mistrzostwo, zatrudnienie Zidane'a nie okazało się remedium na całe zło. Klub czeka spore przemeblowanie, odejdzie kilku zawodników, którym chyba brakuje motywacji do walki. Jednak akurat Liga Mistrzów wyzwala w nich dodatkowe pokłady energii, dzięki czemu Real prezentuje się do tej pory najlepiej z całej stawki. Na osiem spotkań wygrali siedem, tracąc tylko trzy gole. Santiago Bernabeu jeszcze nie było świadkiem trafienia drużyny przyjezdnej. Podsumowując Real ma drogę do półfinału usłaną różami, brak awansu byłby klęską i gigantyczną sensacją.  
Bayern vs Benfica - swój ćwierćfinał Bawarczycy już rozegrali w poprzedniej fazie, kiedy stoczyli prawdziwy bój z Juventusem. Niewiele brakło, by to Stara Dama kontynuowała europejską przygodę, jednak najpierw Lewandowski dał sygnał do odrabiania strat, a później Muller wyrównał w doliczonym czasie. Konfrontacja z Benfiką wydaje się łatwiejszą przeszkodą do ominięcia. Może nawet Guardiola zdecyduje się większy nacisk położyć na Bundesligę, gdzie nie odpuszcza Dortmund.
Gracze Rui Vittorii po słabszym początku sezonu muszą gonić sąsiadów zza miedzy - Sporting, a dodatkowo naciska Porto. Na tle krajowych rywali wyróżniają się liczbą strzelanych goli, natomiast widać problemy w bezpośrednich meczach, które zazwyczaj przegrywali. Przełamanie nastąpiło dwa tygodnie temu, gdy wywieźli trzy punkty z obiektu Sportingu. Być może Jorge Jesusowi udało się wreszcie wpoić drużynie trochę cwaniactwa. Wcześniej Benfica często gromiła przeciwników, lecz nie potrafiła wygrywać bardziej wyrównanych starć. Bez tego nawet nie ma co marzyć o przejściu Bayernu. Światełkiem w tunelu był dwumecz przeciwko Zenitowi, gdzie wszystkie bramki Portugalczycy zdobyli w końcówkach.    
Barcelona vs Atletico - o Katalończykach nie ma co pisać zbyt dużo, po prostu najsilniejsza drużyna piłkarska na świecie. W La Liga ostatni raz przegrali w październiku, natomiast tego roku tylko raz stracili punkty. W Champions League łatwo odprawili Arsenal, wcześniej wygrali cztery spotkania, a dwa zremisowali (z Romą i Leverkusen). 
Atletico słynie głównie z żelaznej defensywy. Pokazali to zarówno podczas spotkań 1/8 finału przeciwko PSV, kiedy 180 minut nie wystarczyło na choćby jednokrotne pokonanie któregokolwiek bramkarza. Szczęśliwie przynajmniej podczas konkursu jedenastek nie brakowało skuteczności, minimalnie lepsi okazali się podopieczni Simeone i w nagrodę skrzyżują rękawice z Barceloną. Na własnym podwórku podczas 30 kolejek stracili tylko 14 goli, co pod tym względem pozwala im rywalizować z takimi dominatorami jak Bayern, czy PSG. Tym większy ból, że właśnie posypał się środek obrony, bo na Camp Nou nie zagrają: Savic, Godin i Gimenez.     
PSG vs Manchester City - Paryżanie mają największy komfort spośród ćwierćfinalistów, bo mogą całkowicie odpuścić swoją ligę, gdzie brakuje im  godnego przeciwnika. Będzie to też prawdopodobnie ostatnia szansa na wygranie LM ze Zlatanem w składzie. Szwed zapowiedział, że zostanie w stolicy Francji, tylko wówczas kiedy zamiast Wieży Eiffla stanie jego pomnik. Piłkarze z Parc des Princes łatwiej niż się spodziewano wyeliminowali Chelsea, więc z Anglikami mają już doświadczenie.  
The Citizens poprzednio trafili dużo łatwiejszego przeciwnika. Właściwie jedno spotkanie zdecydowało, że to oni, a nie Dynamo Kijów dostaną przepustkę do kolejnej rundy. Ekipę z Etihad Stadium czeka wkrótce rewolucja. Pellegriniego zastąpi Guardiola, który na pewno wymieni część kadry. Ten sezon tylko trzeba dograć, nie sądzę by ktoś wymagał Pucharu Europy. Już bardziej kibiców powinna interesować postawa w rodzimych rozgrywkach, gdzie City grozi wypadnięcie z czwórki. Nadzieją dla Wyspiarzy byłoby prześlizgnięcie się przez pierwszy mecz z w miarę korzystnym wynikiem i próba odrabiania strat u siebie. Łatwo mówić, ale z taką postawą w delegacji jak dotychczas nie wróżę powodzenia temu planowi.












sobota, 19 marca 2016

Nawałka powołał

fot. laczynaspilka.pl
Skład osobowy polskiej kadry przed dwoma, marcowymi meczami wzbudził emocje chyba większe niż zazwyczaj. Euro zbliża się nieubłaganie, zostało już mniej niż 100 dni, więc piłkarze, którzy wypadli z łask będą chyba oglądać turniej sprzed telewizora. Oczywiście selekcjoner nie byłby sobą gdyby nie zaskoczył niektórymi wyborami, zaufał kilku piłkarzom moim zdaniem zbyt słabym, żeby pociągnęli nas do przodu we Francji. Oto wybrańcy Adama Nawałki:
Bramkarze: Artur Boruc, Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Przemysław Tytoń  
Obrońcy: Kamil Glik, Łukasz Piszczek, Maciej Rybus, Bartosz Salamon, Artur Jędrzejczyk, Igor Lewczuk, Michał Pazdan, Jakub Wawrzyniak. 
Pomocnicy: Jakub Błaszczykowski, Kamil Grosicki, Grzegorz Krychowiak, Paweł Wszołek, Piotr Zieliński, Ariel Borysiuk, Tomasz Jodłowiec, Bartosz Kapustka, Karol Linetty, Filip Starzyński  
Napastnicy: Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik, Łukasz Teodorczyk 

Z bramkarzami mamy chyba wyjaśnioną sytuację. Tylko kontuzje lub inne nieprzewidziane wypadki mogłyby spowodować, że na Euro pojedzie ktoś spoza wymienionej czwórki. Zatem nie będzie miejsca na eksperymenty w postaci Skorupskiego, czy Gikiewicza. Nie będzie również promowania młodzieży, więc Drągowski raczej jeszcze poczeka by posmakować wielkiego turnieju. Z powołanych najsłabszą pozycję ma Tytoń i wygląda, że właśnie on będzie odstrzelony przed mistrzostwami Europy. 
W obronie niepodważalną pozycję ma Kamil Glik na środku i Łukasz Piszczek na prawej obronie. Ten ostatni pod wodzą Tuchela przeżywa drugą młodość. To świetna informacja, bo wydawało się, że boki defensywy będą naszą piętą Achillesową, a tymczasem sytuacja wygląda przyzwoicie. Piszczka może zastąpić ewentualnie Jędrzejczyk, natomiast bardziej zachowawczym wariantem na lewej stronie będzie Wawrzyniak, choć osobiście wolałbym żeby Lechista przesiedział turniej wśród rezerwowych. Wyrwa zrobiła się w środku, bo Łukasz Szukała dopiero ostatnio znalazł uznanie trenera Osmanlisporu. Jego miejsce może zająć Pazdan, pod warunkiem że będzie unikał takich występów jak w Niecieczy. Mocno promowany jest Salamon, słusznie bo ma już doświadczenie reprezentacyjne, a wreszcie regularnie nabija minuty na zapleczu Serie A. Dziwi mnie natomiast Igor Lewczuk, według mnie to nie jest international level i jego bym odpuścił.
Tak samo jak innego Legionistę - Ariela Borysiuka. To typowy ligowy rzemieślnik bez polotu, od reprezentanta powinno się więcej wymagać. Trochę na wyrost jest powołanie Starzyńskiego. Piłkarz Zagłębia prezentuje wiosną niezłą dyspozycję, ale czy aż tak błyszczy by dostać biało-czerwoną koszulkę? Jeśli Nawałka zdecyduje się grać typową "dziesiątką"  to postawi raczej na Zielińskiego, natomiast najczęściej gramy trzema bardziej defensywnymi środkowymi pomocnikami i jednym cofniętym napastnikiem. Trzeba pamiętać o kontuzjowanym Mączyńskim, który raczej dostanie od selekcjonera kredyt zaufania, przeciwnie do Mili oraz Peszki. Ci dwaj odegrali w eliminacjach istotną rolę, natomiast niesprawiedliwe byłoby ich ciągle holować. I tu powstaje problem Błaszczykowskiego, bo brakuje sportowych argumentów, by Kuba zajmował miejsce. Trzeba, więc uznać że trener poświęca jedno miejsce w imię spokoju oraz dobrej atmosfery. Ma do tego prawo, ponieważ były kapitan przez lata stanowił podporę reprezentacji. Zresztą obecnie skrzydła są naszą największą bolączką, stąd też powołanie dla Wszołka, który od końcówki poprzedniego roku znajduje uznanie szkoleniowca Hellas Werona. Po jego podaniach koledzy zdobyli już sześć bramek. 
Niezmącony status quo panuje z przodu reprezentacji. Chyba nikt nie wyobraża sobie innego napadu jak tylko duet Lewandowski-Milik. W odwodzie pozostaje Teodorczyk, z polskiej ligi mówiło się o Stępińskim, ale on może liczyć tylko na kontuzję, któregoś z podstawowych zawodników.      









 

niedziela, 13 marca 2016

Wdowczyk na ratunek Wiśle

fot. rmf24.pl
Jednak nie Chorwat Krunoslav Jurcic, ale Dariusz Wdowczyk poprowadzi Wisłę Kraków z misją utrzymania zespołu w Ekstraklasie. Będzie to jego powrót na ławkę trenerską po ok. 1,5 roku, kiedy stracił pracę opiekuna Pogoni Szczecin. Nowy szkoleniowiec ma trudne zadanie przekonania do siebie trybun przy Reymonta, które jego nominację przyjęły z dużą rezerwą. Wdowczyk był umoczony w aferę korupcyjną, prowadził Legią, z którą sięgnął po tytuł, a dodatkowo dosłownie kilka dni temu powiedział, że nie wyobraża sobie szybkiego progresu Białej Gwiazdy. Jak widać nie przeszkodziło mu to w przyjęciu propozycji. 
Jakoś trudno się wypowiadać na temat trenerskich zdolności popularnego Wdowca, bo nie wiadomo ile meczów z jego udziałem zostało wcześniej ustawionych. Kojarzony jest głównie jako "twórca" sukcesu Korony Kielce, trzeba jednak pamiętać, że prokuratura ze względów prawnych ścigała czyny korupcyjne tylko od 2003 r, wcześniejsze ewentualne grzechy zostały więc bezkarne. Dużo wątpliwości budzi mistrzostwo zdobyte z Polonią Warszawa w sezonie 99/00, kiedy między innymi doszło do kontrowersyjnego spotkania przeciwko Wiśle. Biała Gwiazda przegrała na Konwiktorskiej 1-2, a Czarne Koszule strzeliły decydującego gola w doliczonym aż o 8 minut czasie.
Chyba najlepszym jego okresem była wiosna 2006 r. Prowadzona przez niego Legia zanotowała dziewięć zwycięstw z rzędu i na koniec sezonu świętowała mistrzostwo. Przegrała w tamtej rundzie jeden mecz, a jej pogromcą była... Wisła dowodzona przez Dana Petrescu. 
Po skróceniu dyskwalifikacji szansę otrzymał od Pogoni Szczecin. Start miał mało udany, delikatnie mówiąc. W pierwszych siedmiu meczach zanotował pięć porażek i tylko jedno zwycięstwo. Ostatecznie Portowcy z trudem utrzymali się na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Zdecydowanie lepiej poszło mu w kolejnej odsłonie mistrzostw Polski, kiedy szczecinianie znaleźli się wśród ośmiu najlepszych zespołów. Swoją karierę nad Odrą Wdowczyk zakończył jesienią 2014 r. po klęsce 0-5 przeciwko Jagiellonii.   
Na tle tych wyników Krunoslav Jurcic wydawał się kandydatem o niebo lepszym. Samych meczów w Europie uzbierał 32, nie wspominając o awansie z Dynamem Zagrzeb do Ligi Mistrzów. Co się stało w fazie grupowej to odmienny temat, choć wiele się wówczas mówiło, że chorwaccy piłkarze ustawiają wyniki dla mafii bukmacherskiej. W każdym razie nazwisko Jurcicia raczej nie było wymienianie wśród podejrzanych. Trener z Bałkanów pasowałby również do kadry Wisły, gdzie grają Jovic, Brlek oraz Popovic. Ci dwaj pierwsi uchodzą za spore talenty i piłkarzy na których krakowianie mogą w przyszłości zarobić. Nie ma już przy Reymonta zbyt wielu takich zawodników.
Głównym punktem spornym miała być kwestia asystentów. Jurcic chciał mieć swoich ludzi, natomiast klub upierał się przy polskim sztabie. Być może bał się powtórki z Holendrów, którzy urządzili sobie przy Reymonta własny folwark, co do dziś odbija się czkawką. Wybrano więc potulnego i bardziej sterownego Wdowczyka. Nie będzie się on pewnie mieszał do transferów i zarządzania, a zajmie się tylko obowiązkami czysto szkoleniowymi.   













   

piątek, 4 marca 2016

Sprawa śmierdzi, czyli jak Cierzniak przeszedł na prawosławie

fot. radio5.com.pl
Wydawało się, że sprawa Radosława Cierzniaka dobiegła końca. Izba ds. Rozstrzygania Sporów Sportowych orzekła, że zawodnik ma prawo rozwiązać kontrakt z Wisłą. Niby była jeszcze ścieżka odwoławcza, ale nikt za bardzo nie wierzył w możliwość jej skuteczności. Tymczasem przez gadatliwość piłkarza mamy epilog. Mianowicie pan Radek wypowiadając się dla Przeglądu Sportowego stwierdził, że "tuż przed Bożym Narodzeniem usłyszał, że jest oferta z Legii". Oznaczałoby to złamanie przez niego oraz warszawski klub zakazu prowadzenia pertraktacji na dłużej niż pół roku od zakończenia kontraktu z dotychczasowym pracodawcą, bez jego poinformowania. Gdy sprawa się rypła gazeta zaczęła tworzyć kolejne wersje wywiadu, tłumacząc się doprecyzowaniem przekazu. Całą sytuację można prześledzić na grafice:
Obecnie redaktor naczelny PS - Michał Pol twierdzi, że wszystkie wersje zawierają się w pierwotnej, co jest tłumaczeniem śmiesznym, bo dlaczego zatem ją zmienił i to aż trzykrotnie? Nie chce natomiast opublikować nagrania audio z rozmowy, choć takie rozwiązanie zamknęłoby temat, a każdy mógłby usłyszeć jak było naprawdę. Szkoda, że najważniejszy sportowy dziennik w kraju podważa swój autorytet próbując stosować metodę Billa Clintona - palił, ale się nie zaciągał, czyli bezczelnego wciskania kitu. Na koniec pewnie były golkiper Wisły opowie o swojej konwersji na prawosławie i tym samym wyjaśni się kwestia "styczniowego Bożego Narodzenia", bo wyznawcy tej religii rzeczywiście świętują według kalendarza juliańskiego.
Pomijam już inne wywiady Cierzniaka, w których sam sobie przeczy co do okoliczności rozmów z Wisłą na temat kontraktu.     












 

wtorek, 1 marca 2016

Nowa gwiazda pogrążyła Arsenal

fot. dailymail.co.uk
Arsene Wenger przypomina mitologicznego Syzyfa. Kiedy wydawało się, że po zwycięstwie nad liderem z Leicester jego Kanonierzy wychodzą na czoło peletonu, dostali cios od słabego w tym sezonie Manchesteru United, dodatkowo osłabionego brakiem Rooneya i Martiala. Na domiar złego londyńczycy zostali trafieni nie przez zawodnika kupionego za ciężkie miliony, ale przez nikomu nieznanego wychowanka, który debiutował w Premier League. Tym samym Marcus Rashford stał się ostatnio najgłośniejszym nazwiskiem na Wyspach. Trzeba przyznać, że nieczęsto się zdarza, żeby zawodnik co mecz strzelał dwie bramki, a takim osiągnięciem może się pochwalić 18-latek, choć oczywiście zagrał dotąd tylko dwa razy. O ile pokonanie bramkarza Midtjylland przyjęto spokojnie, bo rywal mało prestiżowy, to zmuszenie do kapitulacji Petra Cecha nie da się pominąć milczeniem.
Odetchnąć z ulgą może również Luis van Gaal, który zyskał odrobinę spokoju. Przez najbliższy czas zostało oddalone od niego widmo straty pracy, choć według mnie jeden tryumf nie powinien wpływać na generalnie negatywną ocenę jego dokonań. Potrzebny jest ktoś z większym polotem, kto będzie umiał przywrócić drużynie blask. Holender jest natomiast szkoleniowcem starego typu i raczej taki pozostanie, choć dostrzegam jego sukcesy. Jeśli za kilka lat o sile Czerwonych Diabłów będą stanowić Rashford, McNair, czy Borthwick-Jackson, to zatrudnienie van Gaala okaże się opłacalne. Inna sprawa, że pomogły mu kontuzje, które wymusiły sięgnięcie do głębokich rezerw.       
Premier League ciągle ma zdolność kreowania nowych gwiazd. Mimo gigantycznych pieniędzy wydawanych na zagranicznych piłkarzy, kibice chcą jeszcze romantycznych historii o pucybucie, który został milionerem. W zeszłym sezonie taką rolę pełnił Harry Kane, który zresztą również w bieżących rozgrywkach spisuje się bardzo dobrze. Sekunduje mu kolega z Tottenhamu Dele Alli. 19-letni pomocnik zdobył już 7 goli i 5 razy zaliczył decydujące podanie. Jeszcze większą sensacją stał się Jamie Vardy - obecny liderem strzelców ligi angielskiej. Gość trafił do najwyższej klasy rozgrywkowej dopiero mając 25 lat. Wcześniej zaliczył epizod kryminalny i kopał się z amatorami na głębokim zapleczu. Jak widać po tabeli opłaca się wyławiać krajowe perełki, a nie topić pieniądze w gwiazdy. Chyba większość kibiców z chęcią przyklasnęła by takiej wizji, ale mimo wszystko wątpię, żeby czekała nas futbolowa kontrrewolucja. Należy się jednak cieszyć z lepszej kondycji ojczyzny piłki nożnej. Do niedawna stawiałem Anglików w roli statystów podczas Euro, teraz uważam, że ekipa Roya Hodgsona ma szansę zostać czarnym koniem.
Wracając do Arsenalu, to oczywiście trudno ich skreślać. Piłkarze z Emirates mają tylko 5 pkt straty do Lisów i 3 do Kogutów, po piętach depcze im natomiast Manchester City, który mecz przeciwko Newcastle rozegra w późniejszym terminie. Problemem Kanonierów jest to samo od wielu lat - brak przewidywalności. Potrafią grać fenomenalnie, jak na przełomie września i października, by później zaliczyć serię czterech spotkań bez wygranej. Podopiecznym Ranieriego i Pochettino taka zapaść się nie zdarzyła. Jeśli jednak wierzyć terminarzowi, to mistrzem sensacyjnie zostanie Leicester. Z rywalami, z którymi jeszcze muszą zagrać zdobyli w pierwszych meczach 26 pkt, podczas gdy Arsenal 23 pkt, a Tottenham tylko 17 pkt.