O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Zmiany w Premier League

fot. bbc.co.uk
Nowy sezon to nowe twarze na ławce trenerskiej i przede wszystkim nowe zespoły, które wywalczyły sobie prawo rywalizacji wśród dwudziestu najlepszych ekip Anglii oraz Walii. Akurat nadchodzące rozgrywki to raczej powroty, bo o mistrzostwo powalczą Watford i Norwich. Szerszenie dość długo czekały na ten zaszczyt, ponieważ spadły w 2007 r. a od tego czasu ich próby awansu były nieudolne. Największe szanse mieli dwa lata temu, kiedy przegrali w play-offach z Crystal Palace. Natomiast Kanarki tylko rok spędziły na zapleczu, szybko znalazły patent by wrócić do Premier League.
Absolutnym debiutantem jest zespół Artura Boruca - AFC Bournemouth. Zresztą Polak walnie się przyczynił do awansu, przecież tylko Middlesborough traciło mniej goli niż Wiśnie. Jeszcze lepiej szło im w ofensywie, bo pod tym względem nie mieli sobie równych. Taka skuteczność przełożyła się na niespodziewany bezpośredni awans z pierwszego miejsca. Raczej niewielu stawiało, że właśnie drużyna z południa kraju zdominuje Championship, rok wcześniej zajęli tylko dziesiątą lokatę. Za ojca sukcesu uchodzi menadżer Eddie Howe, młody szkoleniowiec sam przez lata reprezentował czerwono-czarne barwy i zaraz gdy skończył kopać w piłkę został sternikiem klubu. Zaliczył także epizod w Burnley, ale bez większych sukcesów. To będzie jedna z ciekawszych postaci nowego sezonu Premier League. 
Pośród zawodników warto zwrócić uwagę na napastnika Calluma Wilsona i szkockiego pomocnika Matta Ritchie. Ten pierwszy należał do czołowych strzelców ligi, być może zostanie kimś takim jak Harry Kane. Z kolei Ritchie nie tylko sam imponuje skutecznością, ale również często znajduje lepiej ustawionych kolegów, dzięki czemu zapisał aż siedemnaście asyst.
Watford będzie straszył międzynarodowym tercetem Deeney-Vydra-Ighalo. Łącznie 57 razy pokonywali bramkarzy rywali, czyli ponad 60% całego dorobku Szerszeni. Natomiast strzec drużyny przed stratami będzie doświadczony Heurelho Gomes, były reprezentant Brazylii oraz było gracz Tottenhamu. Podczas zakończonej kampanii zachowywał czyste konto średnio w co trzecim spotkaniu.   
Z beniaminków najsłabiej wygląda Norwich. To ekipa złożona głównie z przeciętnych futbolistów. Kluczowym graczem pozostaje Wes Hoolahan, który z Kanarkami już rywalizował na najwyższym szczeblu. Polscy kibice mogą go kojarzyć, bo w marcu zagrał przeciwko Biało-czerwonym na Aviva Stadium. Zawodzi natomiast Vadis Odjidja-Ofoe, który w Club Brugge radził sobie tak dobrze, że zadebiutował w kadrze Belgii. Jego problemem była kontuzja, przez którą zmarnował rok. Jednak wcześniej też nie znajdował uznania w oczach trenera Alexa Neilla. Obecnie przy Carrow Road nadzieje wiążą z młodzieżowym reprezentantem Anglii Nathanem Redmondem. Wychowanek Birmingham zaliczył udany sezon, ale potencjał pokazał zwłaszcza w decydujących grach. Strzelał gole przeciwko Ipswich oraz Middlesborough, które przyczyniły się do awansu.














  

sobota, 27 czerwca 2015

Przegląd środkowoeuropejskich mistrzów

fot. aegon.com
Nasz region nie odgrywa wielkiej roli na futbolowej mapie Europy, ale dobra postawa Słowaków, Polaków, czy Rumunów w eliminacjach Euro2016 sprawia, że wkrótce ten stan rzeczy może ulec poprawie. Dlatego warto przyjrzeć się kto obecnie radzi sobie najlepiej pośród drużyn klubowych centralnej części kontynentu i tym samym może sprawić niespodziankę podczas rozgrywek Ligi Mistrzów.
Czeską ligę pewnie wygrała Viktoria Pilzno z pięcioma punktami przewagi nad Spartą Praga. Dla ekipy z zachodu kraju był to trzeci tytuł w historii. Na tle lokalnych rywali wyróżniają się niezwykłą skutecznością ofensywną, jako jedyni zdobywają średnio ponad dwie bramki na mecz. To przede wszystkim zasługa dwóch zawodników: napastnika Mahmutovicia z Bośni oraz reprezentanta Czech Daniela Kolara operującego między środkową a przednią formacją. W kadrze poza wspomnianym bałkańskim snajperem grają sami zawodnicy z Czech i Słowacji, ciekawy wzorzec dla polskich klubów. I ta polityka raczej się nie zmieni, gdyż trenerem jest były opiekun czeskiej młodzieżówki Miroslav Koubek. W CV brakuje mu wielkich sukcesów, choć bilans prowadzonej przez niego reprezentacji U19 wydaje się przyzwoity.
Do sporej niespodzianki doszło za naszą południową granicą, gdzie po raz pierwszy tryumfowała ekipa AS Trencin. Niemal bezbłędna gra na własnym obiekcie sprawiła, że zespół z niespełna 60-tysięcznej miejscowości wyprzedził bardziej znane: Żylinę oraz słabo dysponowany Slovan Bratysława. Już poprzedni sezon zwiastował nadejście nowej siły na Słowacji. Trencin, który jeszcze niedawno rywalizował na zapleczu zdobył wicemistrzostwo. Prowadzi ich młody Martin Sevela, to jego pierwsza poważna praca jako szkoleniowca. Stworzył nieźle funkcjonującą maszynę, bez wielkich gwiazd, ale skuteczną. Jego podopieczni zdobyli 67 bramek, jednak najlepszym strzelcem został Brazylijczyk Jairo z dorobkiem ledwie 9 trafień. Trzeba więc uważać na cały zespół, nie tylko pojedynczych graczy.      
Węgierskie rozgrywki padły łupem Videotonu, który zdystansował budapesztańskie Ferencvaros i MTK, a także Debreczyn. Tytuł zdecydowanie zasłużony, bo mistrz był najlepszy zarówno pod względem ataku, jak i obrony. Bilans bramkowy miał lepszy aż o dwadzieścia goli niż drugi zespół. Tracił mniej niż pół bramki na spotkanie, a tylko przez dwie kolejki nie prowadził w ligowej klasyfikacji. Hiszpan Joan Carrillo stworzył prawdziwego dominatora na węgierskim polu. Jednak Videoton mocno się osłabił odejściem do Legii króla strzelców - Nikolicia. Teraz kibice klubu liczą szczególnie na Adama Gyurcso, do tej pory pełniącego rolę głównego asystenta w zespole. Ostatni sezon zakończył z 18 kluczowymi podaniami. 
Czwarty raz z rzędu najlepszą bułgarską drużyną został Łudogorzec Razgrad.  Tym razem poszło w miarę łatwo, ponieważ słabszy rok zaliczyli reprezentanci CSKA Sofia. Mimo to posady nie uratował trener Dermendżijew, który po jedenastu miesiącach spędzonych w roli pierwszego szkoleniowca ustępuje miejsca Portugalczykowi Bruno Ribeiro. Właściwie przy tej liczbie Brazylijczyków w kadrze przyda się ktoś znający język portugalski i mentalność graczy z Ameryki Płd. Najlepszym strzelcem jest oczywiście przedstawiciel nacji pięciokrotnych mistrzów świata. Postawa Juninho musiała być niespodzianką, gdyż to jego pierwszy sezon, w którym strzelił przynajmniej dziesięć goli, a już od kilku lat gra na północy Bułgarii. Razem ze swoim rodakiem Marcelinho tworzą groźny duet ofensywny. Łudogorzec już zna smak Ligi Mistrzów, awansował tam przed rokiem, po drodze eliminując Partizana Belgrad oraz Steauę Bukareszt.     
I właśnie ten klub został mistrzem Rumuni po raz dwudziesty szósty. Tym razem o trzy oczka wyprzedził Targu Mures. Także tutaj zdecydowano się na zmianę opiekuna, co nie dziwi przy temperamencie właściciela Gigi Becali'ego. Constantina Gaicę zluzował Mirel Radoi, zaledwie 34-letni były zawodnik Steauy. Być może Becali wymaga ofensywniejszej taktyki, ponieważ czempion Rumuni wyróżniał się głównie defensywą, stracił zaledwie 23 bramki w 34 meczach. Atak trzeba będzie wzmocnić tym bardziej, że do Kataru odszedł najskuteczniejszy snajper - Claudiu Keseru. W Bukareszcie już mniej chętnie niż kilka lat temu sięgają po piłkarzy z zagranicy. Dominują reprezentanci rodzimego futbolu. Z obcokrajowców można wyróżnić brazylijskiego lewego obrońcę Guilherme oraz pomocnika z Wysp Zielonego Przylądka Fernando Varelę.











piątek, 26 czerwca 2015

Spokojny los beniaminka

fot. polskieradio.pl
Od lipca poziom rozgrywkowy zmienią dwa kluby, które dotychczas rywalizowały na zapleczu. Awans wywalczyły Zagłębie Lubin oraz Termalica Bruk-Bet Nieciecza. Dla Miedziowych Ekstraklasa to nie pierwszyzna, kilka lat temu zdobyli nawet mistrzostwo, a po karnej degradacji za korupcję szybko wrócili do elity i byli solidnym ligowym średniakiem. Właściwie spadek dwa lata temu stanowił dużą niespodziankę.
Natomiast Nieciecza zostanie absolutnym debiutantem. Kilka lat spędzonych  w I lidze wreszcie dało efekt pod postacią uzyskania statusu jednego z szesnastu najlepszych polskich zespołów piłkarskich. Tym samym będzie jedyną wsią w kraju, która ma tak mocną reprezentacją futbolową, dzięki czemu wzbudza zainteresowanie nie tylko sportowych mediów.
Nie było wielkiej konkurencji w walce o awans. Obok dwóch ekip, które wywalczyły czołowe lokaty szansę miała tylko Wisła Płock, lecz ostatecznie zdecydowała słabsza postawa przed własną publicznością. Reszta stawki ograniczyła aspiracje do statystowania.         
Historia ostatnich sezonów wskazuje, że beniaminek może być względnie spokojny o swój los, bo rzadko się zdarza, by ktoś spadł już po pierwszym roku spędzonym na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Co prawda Bełchatów trochę zepsuł tą regułę, jednak gdyby nie pochopne zmiany trenera, to także im mogłoby się udać uratowanie miejsca w Ekstraklasie. Zresztą Brunatni od początku rozrywek byli traktowani jak autsajder i skazywani na degradację. Podobnie jak drugi beniaminek, jednak Łęczna wybroniła się przed smutnym rozstrzygnięciem. 
Tym razem sytuacja będzie inna, bo zespoły które awansowały wyglądają całkiem solidnie, nawet na tle ekstraklasowców. Brakuje im gwiazd, ale dysponują w miarę mocną i wyrównaną kadrą. Oba kluby budują z myślą o przyszłości, a nie tylko w perspektywie kilkunastu miesięcy. Szczególnie Zagłębie ma dość wyrzucania gigantycznych pieniędzy na zawodników, którzy potem zawodzą. Siłą tych drużyn ma być też zgranie. Udana kampania prowadząca do awansu powinna korzystnie wpłynąć na scementowanie szatni.
Od sezonu 2009/10 tylko ŁKS zakończył rozgrywki z podobnym rezultatem co GKS Bełchatów, widocznie drużyny z województwa łódzkiego mają wyjątkowego pecha do roli beniaminka. Pozostałe  zespoły radziły sobie znacznie lepiej, może nie zajmowały czołowych lokat, lecz przeważnie plasowały się w środku tabeli. Pięć lat temu Zagłębie zajęło dziesiąte miejsce, większe problemy miała Arka, która do końca walczyła o utrzymanie. Udało się zgromadzić jeden punkt więcej niż Odra i Piast.
Rok później nowe zespoły spisały się znacznie lepiej. Tym razem nie było nawet zagrożenia degradacją. Górnik Zabrze okazał się czarnym koniem i finiszował na szóstym miejscu. Widzew był tylko o trzy pozycje gorszy.
Podczas rozgrywek poprzedzających Euro2012 doszło do wspomnianej degradacji ŁKS-u, natomiast utrzymało się Podbeskidzie, choć to raczej w tej drużynie upatrywano dostarczyciela punktów. Tymczasem solidny kolektyw stworzony przez Roberta Kasperczyka nawet przez jeden tydzień nie znajdował się pod kreską.
Prawdziwe wejście smoka zaliczył Piast. Zamiast drżeć o bezpieczną lokatę, piłkarze z Gliwic znaleźli się w czubie klasyfikacji. Sensacyjnie udało się wywalczyć  europejskie puchary i niewiele brakło, aby zawiesić na szyi medale. Bardziej męczyła się Pogoń. Szczecinianie mieli względnie udaną jesień, jednak wiosną złapali kryzys. Ostatecznie zdołali obronić miejsce wśród najlepszych polskich drużyn.
Trochę słabszy był dla beniaminków sezon 2013/14. Wtedy objawieniem okazał się Zawisza. Mimo kiepskiego startu zdołał wywalczyć Puchar Polski i ósmą lokatę, czyli spisał się znacznie powyżej oczekiwań. Cracovia musiała rywalizować w grupie spadkowej. Choć ostatecznie skończyło się happy endem, to niewiele brakło, by Pasy ponownie skosztowały gry na zapleczu.












środa, 24 czerwca 2015

Marne Copa America

fot. uclvideos.com
Copa America, czyli najstarsze kontynentalne mistrzostwa w piłce nożnej wkracza w fazę pucharową. W rywalizacji pozostało osiem drużyn. Same naprawdę południowoamerykańskie, bo goście z północy  już odpadli. Zresztą chyba potraktowali turniej jako atrakcyjną wycieczkę; Jamajczycy byli zainteresowani selfie z Messim, a Meksykanie przysłali drugi garnitur zawodników.
Na zdecydowanego faworyta wyrosła Argentyna, choć nie gra porywająco. Albicelestes są silni słabością rywali. Odwieczni przeciwnicy - Brazylijczycy stracili swój główny atut w postaci Neymara, zresztą przez głupie zachowanie samego reprezentanta Kraju Kawy. Złośliwi twierdzą, że zawodnik Barcelony stanowi mniej więcej połowę wartości całej kadry pięciokrotnego mistrza świata i szczerze mówiąc są przesłanki by tak twierdzić. Wiadomo jak się dla nich skończył zeszłoroczny Mundial, niemniej teraz mają okazję na obalenie mitu. 
Podopiecznym Gerardo Martino mogą zagrozić także gospodarze - Chilijczycy, którzy do tej pory prezentują się najlepiej. Trzeba jednak pamiętać, że mieli słabych rywali i prawdziwy sprawdzian dopiero przed nimi. Bardziej ich pewnie martwią problemy Arturo Vidala, który rozbił samochód będąc pod wpływem alkoholu. Mimo nagannego zachowania trener Sampaoli zdecydował się pozostawić piłkarza Juventusu w zespole, na co wpływ miała wysoka forma pomocnika. Bez niego szanse Chile znacznie by zmalały, bo przykładowo Alexis Sanchez dotąd strzelił tylko jedną bramkę z dziesięciu zdobytych przez reprezentantów La Roja.
Fatalnie spisuje się Kolumbia, która miała być czarnym koniem, a zajęła w swojej grupie dopiero trzecie miejsce. Awans zawdzięcza niespodziewanemu zwycięstwu z Brazylią, co pokazuje, że całkowicie nie można ich skreślać. Niestety niewiele zostało z pięknie oraz ofensywnie grającej ekipy, robiącej przed rokiem furorę. Bilans bramkowy 1-1 nie przystoi jeśli ma się tylu zawodników światowego formatu. Wygląda, więc że tak jak na Mundialu Argentyna prezentując minimalistyczny futbol prześlizgnie się do finału, tylko tam nie będą już czekać Niemcy, lecz słabszy przeciwnik.
Niestety prestiż Copa America maleje. Ma się wrażenie, że turniej został wciśnięty w kalendarz i tak naprawdę niewiele osób jest nim zainteresowanych. Szczególnie po wyjeździe Neymara oglądalność zapewne spadnie. Kiedyś stworzono Puchar Intertoto, zwany Pucharem Bukmacherów, żeby w przerwie między rozgrywkami hazardziści mieli zajęcie, ale bez przesady żeby mistrzostwa tak zasłużonego dla piłki kontynentu sprowadzić do czegoś takiego.
Przede wszystkim termin jest kiepski, bo zbyt mało czasu upłynęło od zakończenia sezonu w Europie. Zwłaszcza, że w tym roku finał Ligi Mistrzów odbył się dopiero 6 czerwca. Gwiazdy są zmęczone i właściwie bez żadnej przerwy fizycznej i mentalnej muszą znowu biegać po murawach. To odbija się na jakości widowiska. Poprzedni czempionat Ameryki Płd. rozpoczął się 1 lipca, skąd teraz prawie trzytygodniowe przyspieszenie?
Zapatrzona w siebie Europa też powinna bardziej docenić inne rozgrywki i zrobić jakiś ukłon, a nie zmuszać swoje klubowe gwiazdy do takiego wysiłku. Jasne, że to nasz kontynent właściwie utrzymuje piłkarski biznes, ale sami korzystamy z dostawy świeżej krwi z drugiej strony Atlantyku. Neymar, Messi, Suarez czy James to ludzie, którzy dają jakość sportową, ale również są niezwykle cenni marketingowo. Jeśli w ich rodzinnych krajach futbol straci na popularności, sami też odczujemy ten deficyt. Coraz głośniej mówi się o kryzysie w Brazylii, gdzie młodzi chłopcy nie chcą już kopać piłki na Copacabanie, tylko wybierają karierę może mniej eksponowaną ale za to pewniejszą. 
















wtorek, 23 czerwca 2015

Złota hiszpańska młodzież

fot. theefa.com
Dwa lata temu w cuglach wygrali Mistrzostwa Europy U-21 rozgrywane na izraelskich boiskach. Zwyciężyli we wszystkich pięciu spotkaniach z bilansem bramkowym 12-2. A rywale wcale nie byli słabi, bo Anglicy (Clyne, Henderson, Zaha), Włosi (Immobile, Borini, Verratti), Niemcy (Leno, Jantschke, Rudy, Rudiger, Ginter, Emre Can, Herrmann), czy Holendrzy (de Vrij, Indi, Blind, Strootman, Luuk de Jong, Ola John, Depay) sprawili, że turniej został okrzyknięty najmocniej obsadzonym w historii. Rok wcześniej "dorosła" Hiszpania okazała się najlepsza w Euro2012, zresztą też pokonali w finale Włochów aplikując im cztery gole. Wtedy można było sądzić, że wzmocniona tak zdolnym pokoleniem ekipa prowadzona przez Vicente del Bosque będzie dominować przez wiele lat. Tymczasem brazylijski Mundial skończył się klapą, a nie wszyscy z młodzieżowych mistrzów spełniają pokładane w nich nadzieje.
Król strzelców tamtego turnieju - Alvaro Morata, dopiero ostatnio przypomniał o sobie szerszej publiczności. W Realu nie dał rady wygryźć ze składu Benzemy. Inna sprawa czy tak naprawdę dostał szansę? Co prawda Ancelotti częściej korzystał z jego usług i na papierze miał dobre statystyki. W La Liga zdobył 8 bramek w 23 meczach. Jednak stracono wiarę, że ten zawodnik będzie przyszłością Królewskich. Zresztą 12 mln euro, które zaproponował Juventus pozwoliło trochę zapełnić kasę nadwyrężoną kupnem Bale'a, czy Rodrigueza. Ten ruch szybko się zemścił, ponieważ Morata walnie przyczynił się do wyeliminowania Realu przez Starą Damę z półfinału Ligi Mistrzów.  
Stolicę Hiszpanii pożegnał także Sergio Canales. W barwach Los Blancos zagrał tylko dziesięć razy i klub zdecydował się wypożyczyć go do Valencii. Tam pokazał się na tyle, że Nietoperze zapłaciły za transfer definitywny. Chyba trochę żałowały, bo Canales nie zachwycał, strzelił tylko dwie bramki w ponad trzydziestu spotkaniach. Lepiej sobie radzi po przejściu do Realu Sociedad. Nigdy nie zadebiutował w pierwszej reprezentacji.
Podobnie jak  Asier Ilarramendi.  On przynajmniej nie dał się wypchnąć z Realu, choć pełni głównie rolę rezerwowego. W pierwszym składzie wychodzi przeważnie na słabszych przeciwników, ale uzbierało mu się prawie 60 występów. Ciągle pojawiają się pogłoski o transferze, ostatnio łączy się go z Liverpoolem. Tam Bask miałby większe szanse by wreszcie stać się znaczącą postacią europejskiego futbolu. W mieście Beatlesów mógłby zostać kimś w rodzaju Xabiego Alonso.
Odejść już rok temu miał Isco. Co ciekawe również The Reds byli skłonni sprowadzić wychowanka Valencii, ale zainteresowanie wyrażał również szkoleniowiec City Manuel Pellegrini. Isco został i chyba nie żałuje, bo cieszył się zaufaniem Carlo Ancelottiego, a miniony sezon może zaliczyć do udanych. Po przyjściu Jamesa, Hiszpan miał przecież trafić w odstawkę. Przydał się swoim kolegom, bo w La Liga zaliczył dziewięć kluczowych podań, dodał również cztery bramki.
Mocno podzielona jest ocena Daniego Carvajala. Prawy obrońca Realu przeważnie miał miejsce w wyjściowej jedenastce, ale przez sporą liczbę kibiców był obwiniany za nieudany sezon. Z kolei telewizja SkySports umieściła go wśród czołowych postaci ligi hiszpańskiej. Wyróżnił się twardą grą, co przełożyło się na aż dwanaście żółtych kartek. Jeśli przyjdzie Danilo, reprezentant La Furia Roja może stracić pozycję w zespole, ale raczej pozostanie na Santiago Bernabeu.
Jego kolega po fachu z Barcelony ma jeszcze gorzej. Martin Montoya mógł liczyć, że odejdzie Dani Alves, lecz ostatecznie Brazylijczyk podpisał nowy kontrakt, co chyba kończy karierę młodszego zawodnika w Katalonii. Jeśli chce się rozwijać, to powinien jak najszybciej zmienić pracodawcę, inaczej kolejne miesiące spędzi oglądając mecze z perspektywy ławki rezerwowych.
Również Marc Bartra nie spełnia wiązanych w nim nadziei. Od kiedy trafił do pierwszej drużyny Blaugrana zaliczył tylko niespełna 50 meczów. Zmiana trenera i zaangażowanie Luisa Enrique tylko pogorszyło sytuację. Stoper zaczął mniej grać i miał niewielki udział we wspaniałym sezonie  Katalończyków. On też powinien szukać szczęścia gdzie indziej. Szczególnie gdy wreszcie zacznie grać Thomas Vermaelen.
Zmiana otoczenia dobrze wpłynęła na Cristiana Tello. Przygarnął go trener Porto Julen Lopetegui, który był opiekunem złotej drużyny z 2013 r. W Portugalii idzie mu bardzo dobrze, przede wszystkim wreszcie regularnie gra. Błysnął podczas konfrontacji przeciwko Sportingowi, kiedy jego hattrick pozwolił Smokom wygrać 3-0. W sumie nad Atlantykiem zaliczył siedem bramek i osiem asyst, a dołożył jeszcze trzy punkty do klasyfikacji kanadyjskiej na arenach europejskich.       
Również Thiago wybrał los emigranta. Uchodził za najzdolniejszego z ekipy młodzieżowych mistrzów Europy, dostał wtedy nagrodę dla najlepszego piłkarza. Barcelona pewnie chciałaby go zatrzymać, ale on wolał współpracować z Pepem Guardiolą  w Bayernie. Niestety jego kariera została zastopowana przez liczne kontuzje. Właśnie zakończony sezon został praktycznie całkiem zmarnowany i Bawarczycy chyba zaczynają żałować wydanych pieniędzy na Alcantarę.
Trochę w cieniu futbolistów Barcelony oraz Realu rozwija się Iker Muniain z Bilbao. Pewnie zbyt długo nie zostanie w Kraju Basków, bo zgłoszą się po niego większe kluby. Jednak i on ma problemy ze zdrowiem, w kwietniu zerwał więzadła krzyżowe, przez co przywdzieje biało-czerwoną koszulkę dopiero około października. O jego roli w zespole świadczy choćby opaska kapitańska, którą nosił podczas meczu z Torino.
Tak naprawdę tylko dwóch członków złotej drużyny zrobiło karierę bez żadnych wątpliwości, co ciekawe obaj są wychowankami Atletico Madryt. David de Gea już zdążył udowodnić swoją wartość na Wyspach, gdzie często ratował swoich kolegów z United. Teraz ma wrócić do Madrytu i reprezentować barwy Realu. Natomiast Koke jest kluczowym ogniwem zespołu Diego Simeone, która zdobyła sensacyjne mistrzostwo Hiszpanii oraz doszła do finału Ligi Mistrzów. Zeszły sezon był słabszy dla klubu, lecz sam zawodnik utrzymywał wysokie loty. We wszystkich rozgrywkach aż osiemnaście razy asystował kolegom, dodał również cztery trafienia. Na stałe wpasował się do narodowej kadry, del Bosque  coraz częściej wystawia go w pierwszej jedenastce.

















poniedziałek, 22 czerwca 2015

Dobre losowanie Polaków

fot. ultras.lv
Nie mogą narzekać polskie kluby, które już wkrótce rozpoczną rywalizację w europejskich pucharach. I słusznie, bo nie będzie tłumaczeń jeśli komuś powinie się noga. Wszystkie drużyny powinny awansować dalej bez zbędnych trudności. Szczególnie dotyczy to Lecha i Jagiellonii, czyli drużyn prowadzonych przez trenerów, którzy już w swojej karierze doznali upokarzających wpadek. Dlatego nie sądzę, by drugi raz popełnili te same błędy. Ewentualnie problemy może mieć Śląsk, ponieważ Tadeusz Pawłowski po raz pierwszy z ławki trenerskiej będzie uczestniczył w europejskich zmaganiach.
Poznaniacy wylosowali mistrza Bośni i Hercegowiny FK Sarajewo, które zdobyło swój trzeci w historii oraz pierwszy od ośmiu lat tytuł tego kraju. Nie przyszło im to tak łatwo, gdyż tylko o trzy oczka wyprzedzili Zeljeznicar. Strzelili najwięcej bramek spośród wszystkich drużyn, ale w tabeli strzelców żaden reprezentant klubu nie znalazł się nawet w czołowej trójce, dopiero czwarty był Macedończyk Krste Velkoski. To znaczy, że drużyna nie jest uzależniona od jednego piłkarza, a stawia bardziej na kolektyw. Podczas trzydziestu kolejek stracili siedemnaście bramek, tylko Zrinjski Mostar był skuteczniejszy w obronie. Sezon skończyli z dwiema porażkami, obie zostały poniesione na wyjeździe.   
Ekipa Michała Probierza jest chyba najbardziej szczęśliwa. Czeka ją wycieczka do pobliskiej Litwy, więc zmęczenie podróżą nie powinno przeszkodzić Jadze w odniesieniu sukcesu. Kruoja Pakruojis to aktualny wicemistrz naszego sąsiada, natomiast tam grają systemem wiosna-jesień, więc minęło już sporo czasu od zakończenia poprzednich rozgrywek. Obecnie rywale znacznie obniżyli loty i bliżej im do spadku niż do europejskich pucharów. Zajmują ósmą lokatę w dzięsięciozespołowej lidze. Na siedemnaście meczów przegrali aż dziewięć, mając przy tym spore trudności ze zdobywaniem goli, średnio strzelają mniej niż jednego w spotkaniu. To nie pierwsza międzynarodowa przygoda tej drużyny, dwa lata temu z kwitkiem odprawiło ich Dynamo Mińsk, wygrywając dwumecz 8-0.
Wicemistrza Słowenii sprawdzi Śląsk Wrocław. W nadadriatyckim państwie dominuje Maribor, reszcie pozostaje walka o srebrne medale. Właśnie żółto-niebiescy zdołali wyjść z tej konfrontacji zwycięsko, czym powtórzyli sukces sezonu 2002-03. Dokonali tego głównie za sprawą dobrej gry na obcych obiektach, pod tym względem byli najlepsi w Słowenii. U siebie częściej tracili punkty wygrywając tylko co drugie spotkanie. Szczęśliwie przed sezonem odszedł do FC Kopenhaga najlepszy zawodnik klubu - Serb Benjamin Verbic, który z dorobkiem piętnastu trafień był wicekrólem strzelców, a także ex aequo wygrał klasyfikację asystentów (10 kluczowych podań). Wobec tego najgroźniejszy może być Nigeryjczyk Sunny Omoregie. NK Celje wielokrotnie występowało w europejskich pucharach, jednak przeważnie kończyli swój udział na pierwszej rundzie. Dwa lata temu odpadli z Tromso, choć potrafili wygrać jedno ze spotkań.     












sobota, 20 czerwca 2015

Ściganie na Motoarenie

fot. um.torun.pl
Dzisiaj wieczorem rusza cykl SEC, czyli Mistrzostwa Europy na żużlu organizowane przez Polaków z One Sport. Mam nadzieję, że będzie to miła odmiana od imprez regularnie knoconych kolesiostwem i partactwem ludzi związanych z BSI. Pierwsza z czterech odsłon rozegra się w Toruniu na Motoarenie, później żużlowcy odwiedzą kolejno niemieckie Landshut, szwedzką Kumlę oraz Ostrów Wielkopolski. Miasto Kopernika to dobre miejsce do ścigania, bo chyba nie ma zawodnika, który nie lubiłby tamtejszego toru. Zawody są bardzo mocno obsadzone, pod taśmą stanie szesnastu jeźdźców spośród których wielu mogłoby stratować w GP, bądź przez lata rywalizowali o mistrzostwo globu. Siła stawki nie odstaje od konkurencyjnego cyklu.  
Szczególną atrakcję stanowią Rosjanie, którzy są na wojennej ścieżce z władzami światowego speedwaya i unikają uczestnictwa w organizowanych przez nie turniejach, o czym można było się niedawno przekonać, kiedy zbojkotowali Drużynowy Puchar Świata. Dzisiaj powinien liczyć się zwłaszcza Grisza Łaguta - zawodnik toruńskich Aniołów, który na razie jest ósmy pod względem skuteczności w Ekstralidze, a swoją średnią pompuje zwłaszcza przed własną publicznością. Poniżej oczekiwań spisuje się Emil Sajfutdinov, lecz on też reprezentował barwy nadwiślańskiego grodu, więc trzeba na niego uważać. Natomiast słaby sezon notuje młodszy z braci Łagutów. Trudno powiedzieć czy to wina rozstania z trenerem Cieślakiem, który zrobił z niego czołowego jeźdźca naszej ligi, czy też rewolucja tłumikowa pozbawiła Artema atutów.     
Groźny pozostaje Nicki Pedersen. Co prawda Duńczyk bardziej chyba celuje w odzyskanie tytułu mistrza świata, ale z rozpędu może wygrać także SEC. Ciekawe jak będzie się prezentował na torze, po spięciu z Gregiem Hancockiem. Ostatnio Nicki wrócił do stylu z początku kariery i często powoduje upadki kolegów, czego nie wytrzymał nawet przyjaźnie usposobiony Amerykanin. Może ta sytuacja czegoś nauczy reprezentanta Unii Leszno?
Spośród zagranicznych zawodników za faworyta uchodzi również Martin Vaculik - obecnie legitymujący się trzecią średnią Ekstraligi. Gdyby zawody odbywały się w Tarnowie Słowak już by mógł odbierać gratulacje za tryumf. Na Motoarenie będzie trudniej, jednak Jaskółka z południa Polski prezentuje na tyle równą formę, że tutaj też powinna sobie poradzić. Wskazuje choćby na to dyspozycja wyjazdowa podczas tegorocznego sezonu, bo tylko Protasiewicz i Piotr Pawlicki radzą sobie lepiej pod tym względem. Dodatkowym atutem będzie pierwszy numer startowy jaki przypadł Martinowi.      
Polacy mają solidny zestaw swoich zawodników, ponieważ pojadą: Jędrzejak, Gollob, starszy Pawlicki, Przedpełski, Kołodziej oraz Protasiewicz. Brak naszego reprezentanta na podium byłby ogromnym rozczarowaniem. W lidze najlepiej prezentuje się doświadczony żużlowiec Falubazu. Oczywiście gospodarze liczą, że sensację sprawi toruński junior, bo chociaż jest najmłodszy w stawce, to mało kto miał tyle okazji próbowania obiektu im. Mariana Rosego co on. Kołodziej uchodzi za króla własnego podwórka, choć kilka lat temu był w Toruniu na podium podczas zawodów o Złoty Kask. Gollobowi niespecjalnie pomógł powrót do przelotowych tłumików. Niestety jego czas już minął, ale na zwycięstwo w pojedynczych zawodach  jeszcze go stać. Sam  z umiarkowanymi sukcesami startował w barwach Aniołów, ale wcześniej wygrywał na Motoarenie rundę GP z kompletem punktów.
Początek zawodów o godzinie 19.00. Imprezę będzie transmitował Eurosport.

czwartek, 18 czerwca 2015

Drągowski - największy talent Polski?

fot. sport.wp.pl
W tym roku nagrodę dla największego odkrycia Ekstraklasy dostał bramkarz Jagiellonii Białystok - Bartosz Drągowski. Rzadko kiedy panuje taka zgoda, jak przy okazji tego wyróżnienia. 17-latek zrobił furorę w lidze, choć na początku sezonu nikt o nim nie słyszał. Nawet trener Probierz nie do końca zdawał sobie sprawę jaką ma perłę w zespole, bo miejsce w bramce powierzał Jakubowi Słowikowi, bądź Krzysztofowi Baranowi. 
Dopiero, gdy ten pierwszy dostał czerwoną kartkę przeciwko Śląskowi, Drągowski udanie go zastąpił. W następnej kolejce Jaga wygrała z Koroną 3-0, a młody golkiper zaliczył kilka dobrych interwencji i na stałe wszedł do pierwszej jedenastki. Swoją pozycję oddał tylko na trzy mecze, kiedy musiał pauzować z powodu kontuzji. Znamienne, że dwa z tych trzech spotkań podlaska ekipa przegrała. Młodzieżowy reprezentant Polski ma na koncie ledwie trzydzieści występów na rodzimych murawach, jednak już został wybrany najlepszym bramkarzem ligi, a swoje zainteresowanie tym zawodnikom wyrażają takie potęgi jak Juventus czy Benfica. Białostocki klub niekoniecznie chce go teraz puścić, ale prędzej czy później zarobi na nim kolosalne pieniądze. Inna sprawa co będzie potem, niestety przykłady z poprzednich lat sprawiają, że trzeba być pesymistą.
Po sezonie 2009/10 odkryciem został Artur Sobiech. Gracz Ruchu  przeszedł do Polonii Warszawa, gdzie radził sobie przyzwoicie, choć chyba nie spełnił całkowicie pokładanych w nim nadziei. Już dwanaście miesięcy później Józef Wojciechowski sprzedał go do Hannoveru i Sobiech ciągle reprezentuje barwy Die Roten. Umowę ma jeszcze ważną przez dwa lata i po tym okresie pewnie pożegna się z Niemcami, ponieważ wielkiej kariery tam nie zrobił. Smuda powołał go na Euro2012. To właściwie wszystko, co można napisać o jego osiągnięciach.
Kolejnym nagrodzonym był Maor Melikson. Z Wisłą zdobył ostatni jak dotąd tytuł mistrzowski. Jednak tak jak cały zespół rozsypał się po porażce przeciwko APOEL-owi. Rozpracowali go też trenerzy innych drużyn, dlatego praktycznie za każdym razem musiał sobie radzić z podwójnym kryciem. Izraelczyk miał trudne życie zwłaszcza, gdy na Reymonta zawitał Michał Probierz, który od wszystkich zawodników wymaga równego zaangażowania w destrukcję. Ostatecznie za marne pół miliona euro wykupiło go Valenciennes. Wybór fatalny, bo Łabędzie pożegnały się z Ligue 1 i stało się oczywiste, że klub będzie musiał zrezygnować z najlepiej zarabiających zawodników. Melikson zrobił, więc dwa kroki wstecz. Przygarnął go Hapoel Beer Szewa, skąd przychodził nad Wisłę. 
Najsmutniejszym przypadkiem jest Rafał Wolski. Legionista pod opieką Macieja Skorży stał się czołową postacią klubu z Łazienkowskiej. Również on znalazł uznanie w oczach selekcjonera dzięki czemu znalazł się wśród 23 piłkarzy powołanych na Euro. Wiele osób przestrzegało przed transferem do Fiorentiny, akurat liga włoska niezbyt pasowała do charakterystyki filigranowego pomocnika. Wiosnę spędził na wypożyczeniu w Mechelen, ale pełni tam rolę rezerwowego. Wyróżnił się podczas meczu z Cercle Brugge strzelając dwa gole.      
Legia także podczas następnych rozgrywek wykreowała największe objawienie, tym razem wyróżniony został Bartosz Bereszyński. Przekwalifikowany na obrońcę pomógł drużynie prowadzonej wówczas przez Jana Urbana wygrać tytuł mistrzowski. Miał przejść do Benfiki Lizbona co stało się już anegdotą, ale i on notuje spadek formy. Stracił miejsce w podstawowym składzie na rzecz Łukasza Brozia, a w dopiero co zakończonym sezonie zasłynął głównie tym, że jego osoba spowodowała walkower i odpadnięcie z eliminacji Ligi Mistrzów, choć oczywiście odpowiedzialność za tą wpadkę ponosi ktoś inny.      
Rok temu tryumfował Michał Masłowski. Jesienią głównie leczył kontuzję, zagrał tylko osiem spotkań, spośród których Zawisza wygrał raz. Zresztą środkowy pomocnik strzelił wówczas gola. Mimo to na transfer zdecydowała się Legia. Jak na razie zbiera głównie krytyczne oceny swoich występów i nie stanowi ważnej karty w talii Henninga Berga.











       




środa, 17 czerwca 2015

Hancock nokautuje Nickiego

                                                                    SpeedwayExplorer.com


Nicki Pedersen nie jest szczególnie lubianym zawodnikiem ze względu na chamską jazdę. Tym razem wykosił Grega Hancocka. Amerykanin znany z kultury oraz luźnego podejścia do życia nie wytrzymał i powalił rywala na glebę. Cios zawodowy jak na niewielkie gabaryty Jankesa. 











wtorek, 16 czerwca 2015

Przeklęta liga

fot. theguardian.com
Rozpoczyna się sezon ogórkowy. Krajowe rozgrywki rozstrzygnięte, europejskie puchary rozdane, dzisiaj ostatni mecz reprezentacji przed wakacjami, zatem ilość wolnego czasu radykalnie się zwiększy. Pozostaje Copa America, ale nie każdego interesują zmagania ekip z Ameryki Południowej, zresztą mecze są późno w nocy. Zanim nasi ligowcy ruszą podbijać Stary Kontynent można wspominać minione rozgrywki, albo znaleźć inną rozrywkę. Fanom sportu polecam ten film Damned United.
Generalnie produkcje o tej tematyce rzadko kiedy są warte uwagi. Mały lub średni budżet, do bólu przewidywalny scenariusz oraz kiepscy aktorzy (przeważnie jedna gwiazda i reszta naturszczyków)  sprawiają, że bezpieczniej omijać z daleka "sportowe filmy". Przeważnie oparte są o jeden schemat: nowy trener przychodzi do drużyny kompletnych patałachów, początkowo mu nie idzie, ale z czasem jego metody zaczynają skutkować. W końcu zespół znajduje się w finale, gdzie mierzy się z najgroźniejszym rywalem. Do przerwy zbiera srogie baty, potem następuje przemowa szkoleniowca, która cudownie odmienia oblicze drużyny i po dramatycznej końcówce udaje się odmienić losy rywalizacji. Niewiele więcej można wymyślić, więc pozostają filmy oparte na rzeczywistych zdarzeniach, bo przecież najlepszym scenarzystą jest samo życie.  
Właśnie czymś takim jest dzieło Toma Hoopera. Już samo nazwisko reżysera  gwarantuje jakość, bo to jeden z najzdolniejszych brytyjskich twórców kina. Przeklęta liga, była jego dopiero drugą pełnometrażową produkcją kinowa, wcześniej pracował głównie dla telewizji. Zdążył już dostać Oscara za Jak zostać królem, a później nakręcił bardzo dobrą adaptację Nędzników.
Tytułowa Przeklęta liga to losy Briana Clougha (w jego roli Michael Sheen znany choćby jako David Frost przeprowadzający wywiad z Richardem Nixonem) - wybitnego angielskiego menadżera, który z Nottingham Forest wygrywał mistrzostwo kraju i Puchar Europy, a także człowiek od którego Jose Mourinho mógłby się uczyć arogancji. Zresztą pseudonim Clougha, czyli "wielka gęba" odnosi się nie do cech fizycznych, ale do charakteru. Przykładowo przed słynnym meczem na Wembley nazwał  Jana Tomaszewskiego klaunem, co w sumie świadczy też o pewnych zdolnościach profetycznych.
Osobistym rywalem bohatera filmu był jego krajan z Middlesbourgh Don Revie, również znakomity szkoleniowiec. Panowie rywalizowali za pomocą nie zawsze kryształowo uczciwych metod. Revie stworzył mistrzowskie Leeds United, a później objął funkcję selekcjonera Synów Albionu. Jego następcą na fotelu opiekuna Pawii został... Brian Clough. Sam Revie z Anglikami nic nie ugrał i odszedł do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, za co przez lata był na Wyspach uznawany za banitę.
Długość filmu jest niemal identyczna jak meczu piłkarskiego, więc idealnie sprawdza się w roli zamiennika. Pozwala też wrócić do czasów, kiedy piłka nożna była domeną twardych facetów, a nie modeli z pięknymi fryzurami. Świetnie udało się zachować klimat angielskich boisk przełomu lat 70 i 80. Dla fanów tamtejszego futbolu pozycja obowiązkowa, a dla reszty też ciekawa możliwość spędzenia 90 minut.















poniedziałek, 15 czerwca 2015

Między Gruzją a Grecją

fot. m.dziennik.pl
Obawy o czerwcową formę naszych kadrowiczów okazały się w dużej mierze uzasadnione. Po dziwnym meczu zakończonym wysokim zwycięstwem, ale pod względem piłkarskim budzącym mieszane uczucia Biało-czerwoni umocnili się na pierwszym miejscu w grupie eliminacyjnej. Dodatkowo rywale byli na tyle uprzejmi, że podzielili się punktami, więc przed jesiennymi spotkaniami dalej jesteśmy niepokonani i mamy otwartą drogę do Francji. Jesienią Polacy zazwyczaj prezentują się lepiej, ale zanim dojdzie do hitowego starcia z Niemcami, będzie jeszcze okazja sprawdzenia graczy drugiego planu. We wtorek ekipa Nawałki podejmie w Gdańsku Grecję.
Sobotnia konfrontacja nie przejdzie do historii rodzimego futbolu. Trzeba powiedzieć wprost, że momentami gra naszego zespołu wyglądała słabo, rywale po stracie bramki zaczęli nawet dyktować warunki ma murawie, ale kadra Nawałki posiadła bardzo przydatną umiejętność wygrywania mimo przeciętnej postawy. Kto dziś pamięta, że Niemcy mieli mnóstwo okazji by pokonać Szczęsnego, a sam Bellarabi mógł zanotować hattricka? Przeciwko Gruzinom niemoc przełamał duet, który przez kilkadziesiąt minut snuł się po boisku. Mączyński mądrze odegrał piętą, natomiast kompletnie niewidoczny do tamtej pory Milik fantastycznym strzałem pokonał Lorię. Marnujący doskonałe sytuacje Lewandowski skończył mecz z hattrickiem, bo goście w końcówce całkowicie odpuścili defensywę. Zresztą druga połowa była generalnie słabsza w wykonaniu Orłów, a to podczas niej zdobyli cztery trafienia. Same paradoksy.       
Selekcjoner ma ogromne wyczucie do poszczególnych piłkarzy, którzy w danym meczu odgrywają niezwykle istotną rolę. Mila strzelił Niemcom, Mączyński Szkotom, Peszko Irlandczykom. Nie są to kluczowe postaci kadry, przykładowo gracz FC Koeln był w sobotę najsłabszym Biała-czerwonym, ale co z tego skoro wcześniej dali nam cenne punkty? Tym razem kimś takim był Michał Pazdan. Oczywiście trudno powiedzieć, że on nam uratował zwycięstwo, ale był najjaśniejszym punktem naszej defensywy, może obok megasolidnego Fabiańskiego. Piszczek i Rybus lepiej prezentowali się pod bramką przeciwników, pod własną nie zawsze stawali na wysokości zadania. Według mnie boki obrony pozostają piętą achillesową, przed wrześniem będzie trudno wyeliminować tą słabość. No ale może Nawałka znowu wyciągnie kogoś z kapelusza?
Towarzyska potyczka będzie właśnie możliwością sprawdzenia zaplecza reprezentacji. Szkoda, że mistrz Europy sprzed ponad 10 lat tak ostatnio cieniuje, bo nie wiadomo jaką realną wartość sportową niesie ze sobą jutrzejsze spotkanie. Południowcy są czerwoną latarnią własnej grupy z żenującym dorobkiem dwóch punktów w sześciu kolejkach. Właśnie drugi raz ograły ich Wyspy Owcze, co już stanowi kompromitację. Jeszcze rok temu grali w 1/8 brazylijskiego Mundialu, a prowadził ich świetny strateg Fernando Santos, którego zastąpił Claudio Ranieri. Włoch totalnie rozwalił nieźle funkcjonujący mechanizm i szybko wyleciał z roboty.
Dziwne zasady tworzenia rankingu oraz podziału na koszyki sprawiają, że jutrzejszy mecz niezależnie od wyniku nam się nie opłaca. Tak czy inaczej spadniemy do trzeciego koszyka, dlatego pojawiły się głosy, żeby odstawić jakiś numer i doprowadzić do unieważnienia spotkania. Raczej jestem temu przeciwny. Akurat koszyk drugi oraz trzeci są bardzo wyrównane, a być może nawet lepiej być w niższym, bo trafi się na łatwiejszych rywali. Zresztą nie przypominam sobie sytuacji, żeby nasi gdzieś awansowali dzięki ustawkom. Jeśli mieliśmy mocną drużynę wchodziliśmy o własnych siłach i tego się trzymajmy. 










piątek, 12 czerwca 2015

Oni zawiedli - dziesięć rozczarowań

fot. eurosport.onet.pl
Arnauld Djoum - człowiek z naprawdę niezłym CV, ale chyba nigdy nie traktował zbyt poważnie możliwości grania w polskiej lidze. Skorża tylko raz dał mu szansę zagrać przez 90 minut, jednak po słabym spotkaniu Kolejorz bezbramkowo zremisował z Cracovią, a Belg został uznany za jednego z głównych winowajców. Kiedy ekipa z Bułgarskiej walczyła o tytuł w decydującej fazie nikt nawet nie pomyślał, że Djoum może pomóc osiągnąć cel.
Peter Grajciar - trener Pawłowski zapowiedział, że zrobi ze Słowaka następcę Sebastiana Mili, więc albo poległ szkoleniowiec, albo Grajciar się nie nadawał do tej roli. Zaczął świetnie, bo od bramki, ale później popadł w przeciętność. Najlepsze lata ma już za sobą, ale może być uzupełnieniem składu. Liderem zdecydowanie nie.
Mavroudis Bougaidis - jeden z wielu niewypałów Lechii Gdańsk. Podobno bardzo zdolny stoper, ale od trzech lat nie może nigdzie zagrzać miejsca. Jakoś kluby się nie zabijają o reprezentanta greckiej młodzieżówki, która przecież odprawiła z kwitkiem bardzo "pompowaną" drużynę Marcina Dorny. Nad Bałtykiem zaliczył dwanaście spotkań spośród których Lechia wygrała tylko trzy.
Robert Mazan - nie poradził sobie w przeciętnym Podbeskidziu. Podobno nie przepadał za nim Leszek Ojrzyński, ale Dariusz Kubicki też wolał nie ryzykować wystawiając go do składu. Chyba ciążyła mu łatka jednego z najzdolniejszych futbolistów młodego pokolenia u naszych sąsiadów. W każdym razie nad Wisłą raczej nie powtórzy kariery Ondreja Dudy.
Patryk Małecki - ktoś w ogóle jeszcze pamięta, że istnieje taki piłkarz jak Patryk Małecki? Kiedy grał w Wiśle uchodził za zdolnego, ale sprawiającego problemy wychowawcze zawodnika. Jednak po latach talent się ulotnił, zostało tylko chamstwo. Pogoń miała w tym sezonie trzech trenerów i u żadnego wychowanek Białej Gwiazdy się nie przebił. Na początku listopada dano sobie z nim spokój. 
Jakub Kosecki - dwa lata młodszy od Małeckiego, ale zaczyna podążać jego drogą. Coraz bardziej wygląda na człowieka mało zainteresowanego futbolem, a próbującego zaistnieć w showbiznesie. Gdyby nie rotacje Berga, praktycznie nie powąchałby murawy. Zaczął nieźle od bramki z Cracovią i Bełchatowem oraz asysty przeciwko Jagiellonii. Później zaliczał sporadyczne występy.
Eduards Visnakovs - w pewnym momencie odbiła mu sodówka. Łotysz myślał, że zrobi wielką karierę, natomiast nie ustawiły się po niego drużyny niemieckie, tak jak w przypadku Rudniewa. Na Cichą przyszedł chyba z myślą, że bez problemu zostanie gwiazdą zespołu, a pierwszą bramkę strzelił dopiero w marcu. Na Śląsku raczej nie ma przed nim przyszłości.
Ruben Jurado - po odejściu Robaka przejął rolę najskuteczniejszego strzelca Piasta. Rok temu skończył z dorobkiem czternastu goli. Teraz już we wrześniu wyczerpał amunicję i usunął się w cień Kamila Wilczka. Mimo że król strzelców pożegna się z Gliwicami, Hiszpan nie jest faworytem po przejęcia schedy. Prawdopodobnie klub poszuka sobie innego snajpera.
Mateusz Cetnarski - właściwie sezon Cetnarskiego zamknął się w jednym meczu z Łęczną. Jak na ofensywnego pomocnika jest mało kreatywny, nie zalicza ani bramek, ani asyst. Jacek Zieliński daje mu więcej szans, ale chyba kibice Pasów liczą na innych zawodników. Wychowanek SMS-u Łódź musi sobie poszukać klubu z mniejszymi ambicjami.
Damian Zbozień - może nie jest to jakiś weteran, ale zawodnik już doświadczony, także grą za granicą. Wydawał się bardzo solidnym wzmocnieniem Bełchatowa i miał pomóc w utrzymaniu. Jednak odkąd zaczął wychodzić w pierwszym składzie, to Brunatni zaczęli przegrywać, tracąc przy tym mnóstwo bramek. A to obciąża Zbozienia jako gracza defensywy.




Jedenastka sezonu Ekstraklasy

fot. sport.fakt.pl
Bartosz Drągowski - nie ma wątpliwości kto był najlepszym bramkarzem w lidze. Młody Drągowski to talent czystej wody, nadzieja na kontynuację dobrej, polskiej tradycji wychowywania golkiperów. Posiada świetne warunki fizyczne, ale również wspaniały refleks pozwalający skutecznie interweniować na linii.  
Tomasz Kędziora - wielkie odkrycie Mariusza Rumaka, które fenomenalnie się rozwija się. Nie dość, że wywiązuje się ze swoich zadań w destrukcji, to jeszcze dużo daje w ofensywie. Trzy razy wpisał się na listę strzelców, a pięć razy zaliczył asystę. Co ważne jego podania dawały punkty podczas spotkań z Lechią, Podbeskidziem i Ruchem. Drużyna sporo mu zatem zawdzięcza.
Paulus Arajuuri - wiosną jeśli Fin grał przez całe spotkanie, to Kolejorz nie przegrywał. Początkowo krytykowany za nieporadność, ale szybko wpasował się do zespołu i teraz stanowi jego podporę. Nie jest to wirtuoz techniki, lecz jego warunki fizyczne są przydatne podczas stałych fragmentów gry. Pod obiema bramkami.
Jakub Rzeźniczak - chyba największa kontrowersja w tym zestawieniu, Rzeźniczak zajął miejsce Pazdana. Obaj rozegrali swoje najlepsze sezony w lidze, ale Legionista dowodził obroną, która straciła aż o 11 bramek mniej niż Jagiellonia. Poza tym wykazał się dużą skutecznością w polu karnym rywali, co przełożyło się na pięć goli.
Barry Douglas - znany głównie z rzutów wolnych wykonywanych lewą nogą. To on otworzył wynik podczas niezwykle ważnego starcia przeciwko Legii. W destrukcji zdarzają mu się błędy, ale generalnie utrzymuje wysoki poziom. Zresztą na tej pozycji nie ma wielkiej konkurencji pośród innych drużyn.
Semir Stilic - z konieczności na prawej pomocy, ale on poradziłby sobie na każdej pozycji w drugiej linii. Król asyst polskiej ligi, aż trzynaście razy umożliwił kolegom trafienie do bramki. Sam dołożył dziewięć goli. Niemal w pojedynkę wygrał jesienią mecze przeciwko Lechii, Pogoni, czy Podbeskidziu. Lepiej prezentował się za Smudy. Końcówkę miał słabą, jak i cała Wisła, ale rozstanie się z takim zawodnikiem to błąd.
Karol Linetty - szkoda tych kontuzji, bo miałby szansę zostać nawet najlepszym zawodnikiem Ekstraklasy. Defensywny pomocnik, który jest dobrze wyszkolony technicznie i coraz częściej angażujący się również w kreację. Trener za wszelką cenę chce go zatrzymać, ale prawdopodobnie najpóźniej za rok Linetty poszuka szczęścia za granicą.
Kasper Hamalainen - najskuteczniejszy zawodnik mistrza Polski. U mnie jako ofensywny pomocnik, czyli na swojej nominalnej pozycji, choć radzi sobie także na skrzydle lub całkiem na szpicy. Sezon zaczął na ławce rezerwowych, długo nie znajdował drogi do siatki rywali, ale odkąd trenerem został Skorża, nikt nie wyobraża sobie Lecha bez Fina.
Michał Kucharczyk - zastanawiałem się nad Szymonem Pawłowskim, lecz wybrałem Legionistę, który w przestrzeni całych rozgrywek prezentował równiejszą formę. Miałby lepsze statystyki gdyby nie polityka rotacji Henninga Berga. W końcówce ciągnął zespół, utrzymując go w walce o tytuł.
Flavio Paixao - wiosną już mniej skuteczny, ale w przekroju całego sezonu zasłużył by znaleźć się wśród czołowych zawodników polskiej ligi. Miał fenomenalną serię siedmiu spotkań podczas których zdobył dziesięć goli. Dołożył również pięć kluczowych podań do partnerów. Był najlepszym graczem Śląska, bez niego nie byłoby awansu do europejskich pucharów.
Kamil Wilczek - w jedenastce sezonu musiało się znaleźć miejsce dla króla strzelców. Może nie jest efektowny, ale ciężką pracą i wytrwałością doszedł do obecnej pozycji. Często sam musiał sobie wywalczyć dogodną okazję, ponieważ nie mógł liczyć na wiele zagrań od kolegów. Postrach Legii oraz Bełchatowa, którym zaaplikował siedem goli. 

czwartek, 11 czerwca 2015

Probierz wreszcie z medalem

fot. sport.se.pl
Chociaż od lat uchodzi za jednego z najzdolniejszych polskich szkoleniowców nie miał do tej pory szczęścia trenować w klubie walczącym o najwyższe zaszczyty. Co prawda prowadził Wisłę Kraków, ale krótko, poza tym klub z Reymonta już wówczas przeżywał niemałe kłopoty. Widocznie najlepiej służy mu podlaskie powietrze, bo już drugi raz stworzył z Jagiellonii solidną ekipę. Wtedy zgarnął Puchar i Superpuchar kraju, teraz mógł zawiesić na szyi ciężko wywalczony brązowy medal. Problem będą miały tylko władze Białegostoku, które muszą wybudować lotnisko, żeby sprostać wymaganiom Probierza.
A to człowiek bardzo wymagający. Sam uchodzi za perfekcjonistę oraz pracoholika, ale w zamian oczekuje przyzwoitych warunków pracy. Stąd też wspomniane powyżej w formie żartu lotnisko. Jeśli coś mu nie pasuje mówi o tym bez ogródek i żegna się z pracodawcą. Ze względu na braki organizacyjno-finansowe odchodził z ŁKS-u, Bełchatowa, czy Salonik. Natomiast Białą Gwiazdę opuścił, kiedy czuł że nie ma wsparcia w szatni. Dlatego dłużej niż rok wytrwał tylko w Białymstoku i Widzewie, choć tam niewiele ponad dwanaście miesięcy. Być może to kontrowersyjny styl, ale według mnie uczciwy.
Sezon dla Jagiellonii nie zaczął się wcale rewelacyjnie. Drużynę spotkała krytyka po trzech porażkach z rzędu, kiedy stracili dziewięć goli, a zdobyli tylko jednego. Zespół Probierza potrafił właściwie zareagować na kryzys i odpowiedział serią siedmiu spotkań bez porażki, podczas której tylko raz zgubił punkty i tylko raz nie zachował czystego konta. Po czym pięć następnych kolejek znów skończyli bez tryumfu. To chyba największy mankament Jagiellonii, że grają zrywami. Bez stabilniejszej formy będzie problem z odniesieniem sukcesu w europejskich pucharach.
Sporym postępem okazało się odczarowanie wyjazdów. Ciągle lepiej idzie białostocczanom przed własną publicznością, ale osiem zwycięstw w delegacji stanowi przyzwoity wynik. Widać, że na obcym stadionach grają inaczej, bardziej uważnie i defensywnie. Dzięki temu stracili mniej bramek niż u siebie, ale również znacznie mniej strzelili. Generalnie biorąc pod uwagę styl, to Jagiellonia ma się z czego cieszyć. Mecze z ich udziałem z przyjemnością się ogląda, a jak na polskie warunki poziom jest wysoki. Trudno wymagać więcej od piłkarzy, którzy często nie mieli miejsca w poprzednich drużynach, bądź sprowadzonych za niewielkie pieniądze. 
Trener Probierz uchodzi za człowieka konfliktowego, nie lubiącego pracować z gwiazdami, ceniącego przede wszystkim zgrany zespół. Dlatego Quintanta podzielił los Meliksona, czy Grosickiego. Kiedy Mateusz Piątkowski zaczął się buntować, też szybko został sprowadzony na ziemię. Jednak bytomianin zawsze potrafił znaleźć sposób, żeby zastąpić najlepszych zawodników. Pytanie jak długo będzie mu się to udawało? Może  z czasem twardy śląski charakter zostanie nieco stępiony i złagodnieje w stosunku do piłkarzy, którzy nie zawsze wypełniają założenia taktyczne, ale dają radość kibicom. 
Poważnym sprawdzianem będzie oczywiście rywalizacja we wstępnych rundach Ligi Europy. Wiadomo jak zakończyła się taka przygoda, za poprzedniej kadencji Probierza w Białymstoku. W ogóle następny sezon przyniesie poprzeczkę zawieszoną znacznie wyżej. Od Jagiellonii będzie się wymagać, gdy podczas minionych rozgrywek traktowaną ją jeszcze jako ciekawostkę z prowincji, która miesza w czołówce, lecz ostatecznie zajmie swoje miejsce w szeregu.







środa, 10 czerwca 2015

W Wiśle bez przełomu

fot. sport.interia.pl
Kolejny sezon zmarnowany, tak wygląda sytuacja przy Reymonta. Ostatnie mistrzostwo świętowali tam cztery lata temu, to najdłuższy okres oczekiwania odkąd stery klubu przejął Bogusław Cupiał. Co więcej nie udało się nawet wypełnić celu jakim były europejskie puchary. Kibice Białej Gwiazdy powoli zapominają smak międzynarodowej rywalizacji, mogli się nią cieszyć jeszcze w 2012 r. kiedy pod wodzą Kazimierza Moskala odpadali ze Standardem Liege. Wystarczy spojrzeć na składy z tamtego spotkania, żeby przekonać się jako dawno to było. Żaden z graczy, którzy wówczas reprezentowali Wisłę na boisku nie jest już związany z klubem. 
Skończyło się szóstą lokatą, czyli poniżej oczekiwań, ale to miejsce mniej więcej odpowiada obecnym możliwościom nie tyle sportowym, co organizacyjnym. Jednak początek sezonu był obiecujący, bo zespół prowadzony wówczas przez Franciszka Smudę podczas pierwszych ośmiu kolejek nie doznał porażki i zajmował pierwsze miejsce w tabeli. Dodatkowo prezentował styl, który z przyjemnością można było oglądać. Do meczu z Legią Wiślacy mogli mieć złudzenia, że ciągle należą do czołówki Ekstraklasy. Niestety przegrali u siebie 0-3 i coś pękło, zwłaszcza gdy za chwilę doszły jeszcze porażki z Cracovią oraz Jagiellonią.
Rundę jesienną udało się dokończyć na czwartej lokacie, czyli dalej przyzwoitej, ale mając świadomość jak wyglądają drużyny Smudy po zimowych przygotowaniach przeważał sceptycyzm. I rzeczywiście, zawodnicy wrócili do rywalizacji, a Biała Gwiazda w czterech meczach wywalczyła tylko jeden punkt, więc przed rewanżem z Wojskowymi postanowiono podziękować Frankowi. Jego posadę objął dobrze znany Kazimierz Moskal, który zaliczył obiecujący start, ponieważ zespół znowu grał efektowniej. Inna sprawa, na ile była to zasługa trenera, a na ile naturalnego procesu dojścia do siebie po okresie przygotowawczym? Gorzej, że drużyna słabo punktowała, co wobec derbowej wygranej uszło uwadze. Lubianemu Moskalowi nie można odmówić chęci, lecz wyniki przez niego osiągane są nie do zaakceptowania. Przykładowo podczas decydującej fazy ekipa spod Wawelu wygrała tylko z Górnikiem.     
Nieunikniona jest dyskusja o zmianie trenera, przewija się nazwisko Leszka Ojrzyńskiego, natomiast chyba Wisła cierpi chyba na zupełnie inną chorobę. Dopóki nie zostaną rozwiązane kwestie organizacyjne, to polegnie każdy cudotwórca. W tym miejscu musi zostać obciążony prezes Gaszyński, który przychodził jako nowa jakość, a pół roku jego rządów odznaczało się pasmem niepowodzeń. Właściwie udało się tylko zredukować karę ujemnych punktów nałożoną przez Komisję Licencyjną. Sponsora koszulkowego dalej nie ma, choć miał być w okolicach Nowego Roku. Sytuacji klubowego budżetu nie poprawi również marna frekwencja, która po odejściu największej gwiazdy może jeszcze spadać. Mimo kiepskiej sytuacji Wisłę stać na utrzymywanie dwóch szkoleniowców...
Kiedyś Biała Gwiazda była dla piłkarzy odskocznią do większej kariery, na czym korzystał też klub transferując ich za granicę. Jeśli spojrzy się na dzisiejszą kadrę, to pani księgowa nie będzie miała z niej pociechy. Pod tym względem najbardziej perspektywiczni byliby Burliga oraz Guerrier, ale ile oni mogą kosztować? Pomijając tych dwóch, to najcenniejszy jest 32-letni Paweł Brożek, który na zachodzie kariery nie zrobił. Rok temu wiślacka młodzież gromiła Cracovię w finale Centralnej Ligi Juniorów, zatem dlaczego praktycznie nikt z tamtego zespołu nie dostał szansy, choćby w spotkaniu o pietruszkę z Lechem? Reprezentant rocznika '95 Karol Linetty już jest czołową postacią nie tylko swojej drużyny, ale całej ligi. Tylko w Poznaniu nikt się nie bał na niego stawiać.
Perspektywy wyglądają marnie. Przy Reymonta bez przerwy liczą, że właściciel znowu zainteresuje się klubem i po raz kolejny wyłoży sporą gotówką. Właśnie takie myślenie doprowadziło do obecnej sytuacji.  Chyba skończył się jakiś okres, pora na radykalne zmiany. Włącznie z oddaniem Wisły komuś innemu, komuś kto będzie miał na nią jakikolwiek pomysł.













wtorek, 9 czerwca 2015

Największy przegrany sezonu

fot. sport.dziennik.pl
Nie chcę pisać, że miałem rację, bo choć po odpadnięciu z Ajaksem widziałem początek niedobrych procesów w Legii, to jednak nie przypuszczałem tak szybko nastąpi ich postęp i w efekcie klub z Łazienkowskiej straci niemal pewny tytuł mistrzowski. Mając budżet dwa razy większy od drugiego pod tym względem Lecha, zdecydowanie najszerszą kadrę oraz regulamin Ekstraklasy pozwalający na odpuszczanie ligi kosztem pucharów nie potrafili utrzymać prymatu. Na kolejny rok można więc sobie wybić z głowy Ligę Mistrzem, pozostaje zrehabilitować się w mniej prestiżowych rozgrywkach międzynarodowych.
Już początek sezonu zwiastował kłopoty. Przegrany Superpuchar z Zawiszą i porażka na inaugurację Ekstraklasy z Bełchatowem (jak się okazało z przyszłymi spadkowiczami) nie zrobiły jednak na nikim wrażenia, bo wówczas wszystko było podporządkowane eliminacjom Champions League. Wiadomo w jakich okolicznościach Legia odpadła, co już źle wpłynęło na morale, ale jeszcze wtedy wszyscy ciągnęli wózek w tym samym kierunku. Szybko udało się odrobić straty na krajowym podwórku, jeszcze lepiej szło podczas rywalizacji z rywalami zagranicznymi. Dzięki temu rok został zakończony w miarę dobrych nastrojach.
Zimą brakowało realnych wzmocnień, wręcz przeciwnie odszedł najlepszy zawodnik - Miro Radović. Serb sam chciał przeprowadzić się do Chin, gdzie otrzymał bajońską propozycję, choć gdyby klub się uparł, to mógł go zatrzymać. Niezrozumiała była natomiast decyzja trenera, który odsunął zawodnika od meczu z Ajaksem. Skończyło się porażką, a rezygnację z najlepszego gracza skrytykował między innymi Michał Żyro. Już wtedy było widać, że warszawianie nie stanowią monolitu, niektórzy zaczynają się już rozglądać na boki i szukać nowych pracodawców za granicą. Ja nawet rozumiem takie podejście, Żyro czy Duda w polskiej lidze nie mają nic do roboty, naturalne że chcą nowych wyzwań oraz większych pieniędzy. Pamiętam taki stan degrengolady choćby z Wisły, kiedy odpadała z Panathinaikosem.
Jedynym czynnikiem, który może uchronić Legię przed falą odejść jest spadek wartości piłkarzy po nieudanej rundzie. Mogą nie znaleźć się chętni do wyłożenia satysfakcjonujących pieniędzy na zawodników nie potrafiących wygrać słabej ligi. Przykładowo cena 8 mln euro za Dudę wydaje się już trudna do osiągnięcia. Słowak zawiódł na całej linii. Miał zastąpić Rado, a bez niego wyglądał o kilkadziesiąt procent słabiej. Udzieliły mu się również fochy kolegów, szybko się nauczył niezbyt dobrych zwyczajów naszego futbolu. 
Jak wygląda atmosfera pokazują ostatnie wydarzenia. Orlando Sa schodzi po kilkunastu minutach z murawy i ma gdzieś rozpaczliwe gesty szkoleniowca. Kucharczyk coś tam wrzeszczy do ławki rezerwowych Górnika. Mógł w ten sposób mobilizować kolegów na przykład podczas spotkania w Łęcznej, czy z Jagiellonią przy Łazienkowskiej. Rzeźniczak rzuca srebrny medal na ziemię. Nawet spiker zachowuje się żałośnie, ale akurat dla niego to norma, więc nie ma się czemu dziwić.
Na koniec mam radę dla wicemistrza kraju: prezes Leśnodorski powinien mieć jak najmniej udzielać się medialnie, bo przynosi pecha. Milikowi dogryzał, że jego przyjazd na mecz z Legią będzie jedyną wizytą w stolicy Polski podczas właśnie zakończonej odsłony Ligi Europy. Okazało się to prawdę, tylko zanim Holendrzy odpadli, to wyeliminowali warszawian do czego walnie przyczynił się kadrowicz Nawałki. Z kolei kiedy zaczął podkreślać brak sukcesów Lecha w ostatnich latach, puchar za wygranie ligi natychmiast znalazł się w Wielkopolsce.






poniedziałek, 8 czerwca 2015

Jaki jest nowy mistrz?

fot. sport.wp.pl
Po pięciu latach tytuł wrócił na Bułgarską. Mimo zaklinań i złudzeń w obozie najgroźniejszego konkurenta Lech wywalczył remis z Wisłą, czym przerwał serię czterech kolejnych zwycięstw, ale obronił przewagę nad warszawianami. Można mówić o niespodziance, bo Legia uchodziła za murowanego faworyta do wygrania ligi, przez większość sezonu przewodziła stawce, ale po przegranej bezpośredniej konfrontacji w pierwszej kolejce decydującej fazy straciła fotel lidera i już nie potrafiła go odzyskać.
Poznaniacy zaczęli od rozgromienia Piasta, jednak szybko popadli w kryzys. Posadę stracił Mariusz Rumak, nie sprawdził się tymczasowy  Krzysztof Chrobak, aż wreszcie podpisano kontrakt z Maciejem Skorżą, czyli człowiekiem który był skazany na Lecha. Jacek Rutkowski wielokrotnie wypowiadał się o nim z wielkim szacunkiem, a Skorża komplementował dokonania wielkopolskiej ekipy. Debiut kompletnie się nie udał, zespół uległ Jagiellonii 0-1 i Kolejorz spadł na dziesiąte miejsce w tabeli. Wnioski zostały jednak szybko wyciągnięte, dzięki czemu do końca rundy jesiennej mistrz przegrał jeszcze tylko raz - kilka minut przed przerwą pogrążył ich w Gliwicach Tomasz Podgórski. Dzięki temu przezimowali zajmując trzecią lokatę i utrzymując realne szanse na zdetronizowanie Wojskowych. 
Wiosną bardzo ważne były trzy punkty (właściwie 1,5 bo to było jeszcze przed podziałem)  przywiezione z Bełchatowa. Wygrana przełamała wyjazdową indolencję i pozwoliła uwierzyć, że również poza Bułgarską można osiągać korzystne rezultaty. Od tamtej pory w delegacji Kolejorz nie dał się pokonać, a odniósł między innymi kluczową wiktorię w stolicy Polski. Z kolei momentem kryzysowym była domowa porażka z Jagiellonią, tydzień po ograniu piłkarzy Henninga Berga. Tym bardziej bolesna, że Lech prowadził po trafieniu Kownackiego, a dał sobie wbić trzy gole. Szczęśliwie rywale również się potknęli tylko remisując we Wrocławiu. Końcówka rozgrywek to już popis Kolejorza - dwanaście bramek strzelonych w pięciu spotkaniach oraz dwie stracone dały sukces.
W ogóle pod względem liczb Lechici okazali się najlepsi. Jak zresztą przystało na mistrza, choć nie są to szczególnie powalające statystyki. Łącznie w 37 kolejkach 67 razy pokonali przeciwnych bramkarzy i o 3 trafienia wyprzedzili Legię. Najwięcej goli (13) zapisał Kasper Hamalainen, ale nawet nie otarł się o możliwość wygrania klasyfikacji strzelców. Siłą był raczej kolektyw, choć gdyby latem nie odszedł Teodorczyk, to sytuacja pewnie wyglądałaby inaczej. Defensywa dopuściła do straty 33 bramek, więc prawie jednej w meczu. Identyczny wynik zanotował wicemistrz i chociaż wydaje się on przeciętny, to i tak jest lepszy aż o 9 goli od kolejnego w tej klasyfikacji Śląska Wrocław. To tylko pokazuje, że w tym sezonie każdy był do ugryzienia i nikomu nie udało się zdominować ligi.  
Sprzymierzeńcem Lecha może być mniejsza presja jaka ciąży na zespole. Raczej nikt przytomny nie wymaga od zespołu Skorży awansu do Ligi Mistrzów, w co bardziej wierzono kiedy Kolejorz po raz ostatni sięgał po koronę. To słaby mistrz, który wygrał ledwie nieco ponad połowę spotkań. To również drużyna, która rok temu skompromitowała się na arenie europejskiej, choć wtedy dowodził nią kto inny. Zimowe transfery niestety nie wypaliły, więc latem trzeba będzie wydać większe pieniądze. Myślę, że rozsądnym wymaganiem wobec Kolejorza jest gra w fazie grupowej Ligi Europy. Wszystko ponadto będzie miłym zaskoczeniem, ale te w sporcie też czasami się zdarzają.   

niedziela, 7 czerwca 2015

Trudny rok Szczęsnego

fot. dailymail.co.uk
O Wojciechu Szczęsnym było w ostatnim czasie dość głośno. Dużo spekulowano na temat zmiany klubu przez reprezentanta Polski, ale on sam stanowczo zaprzeczył i jasno dał do zrozumienia, że będzie kontynuował karierę na Emirates. Decyzja kontrowersyjna, ponieważ od dłuższego czasu nie jest pierwszym wyborem Arsene'a Wengera. Francuz swoim zaufaniem obdarzył Davida Ospinę, który raczej rzetelnie wywiązuje się z powierzonych mu obowiązków, choć brakuje mu efektownych interwencji. Problem w tym, że Kolumbijczyk niekoniecznie jest jedyną przeszkodą wychowanka Legii do bramki swojej drużyny. Menadżer Kanonierów jeśli uzna taką konieczność kupi sobie kogoś nowego, Arsenal stać praktycznie na dowolnego przedstawiciela tego fachu.
Notowań Polaka nie poprawiają problemy natury pozasportowej. Jak wiadomo został on oficjalnie odsunięty od pierwszego składu po tym jak dał się przyłapać pod klubowym prysznicem z papierosem. Zawsze traktowałem tą sprawę raczej jako anegdotę i pretekst, żeby posadzić Szczęsnego na ławce. Tak naprawdę chodziło o słabszą formę, a szczególnie zawalony mecz przeciwko Southampton. Jednak kwestia tytoniowego nałogu urosła już do gigantycznych rozmiarów. Dlatego każda fotka polskiego Kanoniera z papierosem będzie niesamowicie rozdmuchiwana. Tak właśnie niedawno się stało, kiedy znowu przyłapano naszego bramkarza palącego tytoń. Trochę śmieszne jest aż takie ekscytowanie się, że dorosły człowiek pali, nawet jeśli chodzi o sportowca. Akurat bramkarz nie potrzebuje żelaznej kondycji i wydolności, a miłośnikami tego nałogu bywają również gracze z pola, także reprezentujący barwy The Gunners. Jakoś nikt z tego powodu nie rozdziera szat.
Oliwy do ognia dolał jeszcze Szczęsny senior, który kolejny raz skrytykował menadżera Arsenalu. Zapewne chciał dobrze, zapewne ma nawet sporo racji, ale w ten sposób nie pomoże synowi. Doszło, wręcz do tego, że bramkarz Kanonierów publicznie skarcił swojego ojca. Incydent mało przyjemny, ale przynajmniej na dłuższy czas zamknął temat. 
Paradoksalnie pod względem trofeów miniony sezon był dla Szczęsnego najbardziej udany w karierze. Złośliwie można napisać, że w Arsenalu rezerwowi golkiperzy mają większą szansę na wzbogacenie własnej gabloty, bo grają w Pucharze Anglii. I rzeczywiście Polak od 4 rundy FA Cup stał między słupkami londyńskiego klubu, aż doszedł z nim do finału na Wembley, który Kanonierzy łatwo wygrali 4-0. Największy piłkarski stadion w Anglii okazał się również szczęśliwy na starcie sezonu. Wtedy ekipa Wengera pokonała Manchester City 3-0 i zgarnęła Tarczę Wspólnoty. Trofeum może mało wartościowe, ale jednak. 
Gorzej było w Premier League. Nasz rodak zaczął w podstawowym składzie i długo jego pozycja była niepodważalna, nawet wobec kilku drobnych wpadek. Po wyleczeniu kontuzji szybko odzyskał miejsce między słupkami, aż do feralnego, noworocznego spotkania. Kanonierzy przegrali z Southampton 0-2, a Polak został obwołany głównym winowajcą. Następne trzy mecze Arsenal, już bez niego zwyciężył bez straty gola i stało się jasne, że teraz to Ospina będzie bronił w koszulce z armatą.      














sobota, 6 czerwca 2015

Mecz godny finału

fot. tvp.info
Fantastyczne widowisko stworzyły obie drużyny podczas berlińskiego finału Ligi Mistrzów. Przede wszystkim brawa dla Juventusu, że potrafił się przeciwstawić najlepszemu obecnie zespołowi na świecie. Momentami potrafili nawet zdominować rywali, choć ostatecznie zasłużony tryumf odnieśli Katalończycy. Wbrew zapowiedziom nie był to pojedynek Messiego z Pirlo, inni zawodnicy zagrali co najmniej tak samo ważne role, ale jeśli brać pod uwagę tylko ich dwóch to Argentyńczyk zdeklasował starszego kolegę.
Zaczęło się od pressingu mistrza Włoch. Taktyka Massimiliano Allegriego chyba zaskoczyła przeciwników, zwłaszcza Mascherano, który sprowokował groźną sytuację. Jednak już chwilę później nastąpił jeden z kilku zwrotów akcji i Barcelona wyprowadziła skuteczną kontrę. Iniesta świetnie znalazł Rakiticia w polu karnym, a Chorwat nie miał problemów z trafieniem do siatki Starej Damy. Po takim ciosie Włosi się pogubili. Przestali stwarzać zagrożenie, natomiast coraz częściej popełniali błędy w obronie. Wiele zawdzięczają Buffonowi, kiedy popisał się fenomenalną interwencją, czym właściwie utrzymał Piemontczyków w grze. Piłkarze Blaugrana nie błyszczeli również skutecznością, co mogło przynieść nieprzyjemną niespodziankę. Bianconeri wyglądali na bezradnych i często uciekali się do fauli. Arturo Vidal tylko łaskawości sędziego Cakira zawdzięcza, że nie wyleciał z murawy jeszcze w pierwszej połowie. Juventus otrząsnął się dopiero ok. 30 minuty, gdy znów gracze Allegriego zaczęli dotrzymywać kroku mistrzowi Hiszpanii.            
Druga połowa zaczęła się dokładnie odwrotnie niż pierwsza. Podopieczni Enrique uzyskali gigantyczną przewagą i ich tajemnicą zostanie jak nie potrafili podwyższyć prowadzenia. Dodatkowo rywale sami sobie robili krzywdę. Kompletnie niewidoczny Pirlo wykonał rzut rożny w stylu polskiej Ekstraklasy, dzięki czemu Katalończycy wyszli z kontrą, lecz po raz kolejny Buffon stanął na wysokości zadania. 
Tym razem jednak piłkarska prawda o niewykorzystanych okazjach znalazła potwierdzenie. Marchisio kapitalnie uruchomił akcję Starej Damy, strzał Teveza nieszczęśliwie sparował ter Stegen, a Morata dopełnił formalności.  W tym momencie ekipa z Turynu zyskała nowe siły i przez kilka minut zapachniało niespodzianką. Pod bramką strzeżoną przez Niemca robiło się gęsto od biało-czarnych koszulek, ale największe gwiazdy zespołu nie miały dzisiaj swojego dnia. Tym właśnie odróżniła  się Barca i chyba to był klucz do sukcesu. 
Geniusz Messiego objawił się solową akcję, po której Buffon odbił futbolówkę pod nogi Suareza, a Urugwajczyk wreszcie nastawił celownik, bo wcześniej mylił się na potęgę. Włoski bramkarz chyba mógł się w tej sytuacji lepiej zachować, ale strzał był naprawdę kąśliwy, zresztą gdyby nie on już wcześniej byłoby po herbacie. Mimo tego, bodaj obok Bonucciego Gigi stanowił najsilniejszy punkt Starej Damy, co też wiele mówi na temat spotkania. 
Tym razem barcelończycy bardziej uważali, żeby nie wypuścić prowadzenia z rąk. Swoją grą zneutralizowali przeciwnika, który walczył natomiast brakowało mu koncepcji przy konstruowaniu akcji ofensywnych. Dopiero w samej końcówce rzucił się do rozpaczliwych ataków, co przyniosło tylko kolejną kontrę i gol Neymara kończący mecz. Wcześniej Brazylijczyk pokonał Buffona, lecz sędzia słusznie nie uznał bramki. 
Wielkie brawa dla Juve, pokazali więcej niż się po nich spodziewałem. Nie jest wstydem przegrać z taką Barceloną, obecnie nie ma zespołu, który wygrałby z nią finał Ligi Mistrzów. Włosi nie ograniczyli się do murowania własnej bramki, momentami postraszyli hegemona, lecz ostatecznie musieli ulec. Pomimo tego dzięki ich postawie temu kibice mogli oglądać widowisko godne spotkania tej rangi.            













 

czwartek, 4 czerwca 2015

Mistrzem Polski jest Lech

fot. poznan.gazeta.pl
Chyba nikt nie ma wątpliwości, że będąca już na wakacjach Wisła, która generalnie cały sezon ma słaby dostanie nagle olśnienia i pokona Lecha, tym samym pomagając w zdobyciu tytułu Legii. Zresztą nawet gdyby tak się stało, to warszawianie grający tak jak w Gdańsku wcale nie muszą zgarnąć trzech punktów z Górnikiem. Wygląda, więc na to że zespół ze stolicy dokonał tego samego co trzy lata temu - wypuścił z rąk niemal pewne mistrzostwo.
Reforma Ekstraklasy miała skutkować tym, że nie będzie drużyn dogrywających sezon bez celu. No właśnie jesteśmy świadkami jak absurdalna to była teoria. Ekipy z miejsc 5-8 mentalnie już opalają się pod palmami i nie w głowie im walka o europejskie puchary, czyli o skrócenie własnych urlopów. Trudno mieć pretensje, bardziej winiłbym człowieka, który wymyślił, żeby po rundzie zasadniczej czołowe zespoły od razy grały ze sobą. Zamiast meczu Legia-Lech decydującego o końcowym kształcie tabeli oraz wzbudzającym zainteresowanie całej Polski, będziemy mieć korespondencyjne starcie, właściwie już bez znaczenia. 
Największym przegranym zostanie drużyna z Łazienkowskiej pod batutą Henninga Berga. Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że pycha kroczy tuż przed upadkiem. Pamiętam te butne wypowiedzi, jak to Legia zdominuje naszą ogórkową ligę i znowu dostanie szansę walki o miejsce w europejskiej elicie. No niestety, ale trzeba było pilnować formalności z Celtikiem, bo następna okazja może się tak szybko nie zdarzyć. Inny objaw lekceważenia krajowych rozgrywek, to rotacja, czyli autorski pomysł Berga. Punkty stracone na początku sezonu z Bełchatowem, czy na otwarcie rundy rewanżowej z Jagiellonią teraz odbijają się czkawką. Legia chciała złapać za ogon wszystkie możliwe sroki, a udało się zagarnąć tylko jedną. 
Dlatego tak żałosne są tłumaczenia trenera ustępującego mistrza. Wszędzie szuka przyczyn klęski, tylko nie u siebie. Jak się przegrywa co czwarte spotkanie, to nie wygrywa się ligi. Jak się nie potrafi wygrać kluczowego meczu przed własną publicznością z najgroźniejszym konkurentem, to nie wygrywa się ligi. Jak się zimą sprzedaje najlepszego zawodnika, to nie wygrywa się ligi, itd. Każdy trener ma prawo do własnego pomysłu na zespół, Norwegowi też takie prawo przysługuje, ale teraz przyszedł czas rozliczeń i ocena jego dokonań musi być negatywna.
Legia i tak miała dużo szczęścia do sędziowskich pomyłek, gdyby nie one to już dawno straciłaby szansę na obronę tytułu. Reforma Ekstraklasy, tak teraz krytykowana przez warszawskiego szkoleniowca, był robiona z myślą o jego zespole, żeby spokojnie mógł się koncentrować na europejskich pucharach, a straty odrobić w siedmiu kluczowych konfrontacjach. Mimo tego warszawianie dali się wyprzedzić Lechowi i musieli liczyć na pomoc innych drużyn. Takie kalkulację kończą się przeważnie kiepsko, więc panie trenerze zajmij  się swoją ekipą, która w ostatnim czasie prezentuje się marnie, a nie szukaj odpowiedzialności u innych. Nikt nie będzie rozwijał przed Legią czerwonego dywanu.
Na tle swojego vis a vis Maciej Skorża wypadł niemal jak profesor. Wyciągnął drużynę z głębokiego bagna pozostawionego przez Mariusza Rumaka. Kiedy objął Kolejorza ten znajdował się w dolnej połówce tabeli. Celem było jakiekolwiek uratowanie sezonu, o mistrzostwie marzyli tylko skrajni optymiści. Daleki jestem od gloryfikowania Lecha, bo też zaliczył wpadki, ale skład zespołu jest znacznie słabszy od głównego przeciwnika. Po prostu trener potrafił wycisnąć z nich wartość dodaną. Tak czy inaczej będzie to słaby mistrz, o czym nie wolno zapominać w kontekście letniego okienka transferowego i meczów pucharowych.