O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

wtorek, 28 kwietnia 2015

Barcelona zmierza po tytuł

fot. fanpop.com
W Niemczech mistrz już jest znany, we Włoszech i Anglii praktycznie też. Z najmocniejszych lig wyrównana rywalizacja toczy się tylko we Francji, gdzie Lyon dzielnie dotrzymuje kroku PSG oraz w Hiszpanii zaangażowanej odwieczną walką Barcelony z Realem. Na pięć kolejek przed końcem rozgrywek lepszą sytuację mają Katalończycy posiadający dwupunktową przewagę, a także łatwiejszy terminarz.
Obie drużyny zagrają trzy razy przed własną publicznością, dwa razy wybiorą się w delegację. Domowy bilans mają niemal identyczny, z tym że Real na Bernabeu nie poniósł żadnej porażki, a podopiecznym Luisa Enrique zdarzyła się jedna wpadka na Camp Nou. Z kolei wyjazdy lepiej idą ekipie Blaugrana, bo Królewscy aż pięć razy wracali do stolicy bez zdobyczy, przy dwóch przegranych rywali.  
Duma Katalonii zmierzy się z Getafe, Cordobą, Sociedad, Atletico oraz Deportivo. Real czekają starcia przeciwko Almerii, Sevilli, Valencii, Espanyolowi, a także Getafe. Na pierwszy rzut oka piłkarze ze stolicy Hiszpanii mają trudniejsze zadanie, bo dwukrotnie muszą skrzyżować rękawice z czołowymi zespołami, jednak pod koniec sezonu autsajderzy walczący o utrzymanie często wspinają się na szczyty możliwości i są groźniejsi niż teoretycznie silniejsze ekipy.  
Cordoba już chyba pogodziła się z losem, czerwoną latarnię mógłby uratować tylko cud. Nie ma co liczyć, że urwie punkty Messiemu i spółce. Jesienny wynik brzmiał 5-0. Za to Real Sociedad wygrał 1-0, więc po Baskach można się spodziewać więcej. Problem tylko w tym, że nie mają oni już żadnej motywacji, prawdopodobnie zajmą bezpieczną pozycję oscylującą wokół środka tabeli. Najtrudniejszym zadaniem będzie wyjazd na Vicente Calderon. Obrońcy tytułu ciągle nie mogą być pewni miejsca w Lidze Mistrzów, ale nawet nie o to chodzi. Dla piłkarzy Simeone taki mecz będzie niezwykle prestiżowy, tym bardziej że w stolicy Katalonii ulegli 1-3. Pytanie tylko, czy zechcą pomóc sąsiadom zza miedzy? Deportivo ma nóż na gardle i musi punktować nawet z czołówką. Zadanie niezwykle trudne przy potencjale tego teamu, świadczy o tym choćby wynik pierwszej konfrontacji przegranej przez Galicyjczyków 0-4.
Królewscy na początek grają z zagrożoną spadkiem Almerią, którą poprzednio rozbili 4-1. Sevilla oraz Valencia to twardszy orzech do zgryzienia. Podopieczni Nuno Santo wygrali na Mestalla z Realem 2-1, natomiast Andaluzyjczycy w takim samym stosunku ulegli Los Blancos. Oba zespoły walczą o czwartą lokatę dającą szansę na Ligę Mistrzów, więc dla nich ostatnie kolejki będą niemniej istotne niż dla ekip ubiegających się o tytuł. Paradoksalnie konfrontacja z Espanyolem może być tym samym, czym dla Barcelony mecz przeciwko Atletico. Wiadomo, że klasa drużyny jest dużo mniejsza, lecz motywacja dowalenia lokalnemu rywalowi będzie podobna.
Kluczową rolę może odegrać Getafe, które gra z oboma potentatami. Teoretycznie gracze młodziutkiego szkoleniowca Pablo Franco Martina mają sporą przewagę nad strefą spadkową, ale niekorzystny zbieg okoliczności grozi znalezieniem się pod kreską. W pierwszej rundzie potrafili zatrzymać Barcelonę bezbramkowo z nią remisując, natomiast Real nie dał im większych szans zwyciężając 3-0.  









niedziela, 26 kwietnia 2015

Powrót do przeszłości: sensacyjny mistrz

fot. wprost.pl
W ostatnich dwudziestu latach tytuł mistrzowski był zarezerwowany dla zespołów z wielkich miast. Warszawa, Łódź oraz Kraków łącznie siedemnaście razy świętowały tryumf swoich reprezentantów, po jednym razie powody do zadowolenia mieli we Wrocławiu i Poznaniu. Jednak zdarzył się rok, w którym wielkich pogodzili pariasi. 
Nic nie zapowiadało takiego scenariusza, przed sezonem za faworytów uchodziła broniąca tytułu Legia, Wisła pod wodzą Dana Petrescu, która miała odbić Wojskowym trofeum oraz Lech prowadzony przez wyciągniętego z Lubina Franciszka Smudę. Do roli czarnego konia typowano Dyskobolię Grodzisk Wlkp., od kilku lat znajdującą się wśród czołowych polskich drużyn. Zagłębie Lubin w poprzedniej odsłonie mistrzostw Polski zajęło trzecią lokatę, lecz po odejściu trenera typowano ich na środek tabeli, o Bełchatowie nawet nikt nie śmiał pomyśleć w kontekście medali. Rok wcześniej zajęli dopiero dziewiąte miejsce. 
Początek rozgrywek pokazał, że gracze Lenczyka tym razem mają większe aspiracje. Cztery zwycięstwa  z rzędu, w tym wygrana z Legią pozwoliły zasiąść na fotelu lidera. Dodatkowo Górnicy pokazali ofensywny styl, oparty na Matusiaku, Gargule i Mariuszu Ujku. Będzie to znak firmowy tej ekipy do końca sezonu, a wspomniane trio zdobędzie łącznie 25 goli.
Tymczasem Zagłębie rozpoczęło z mniejszym animuszem. W czterech spotkaniach zawodnicy Edwarda Klejndinsta tylko raz zgarnęli pełną pulę, jednak podczas następnej serii meczów odnieśli niezwykle ważne zwycięstwo przeciwko Bełchatowowi. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał jak będzie to istotne dla losów mistrzowskiej korony. Nie uratowało to skóry trenera, któremu po zaledwie kilku miesiącach podziękowano za współpracę. Co ciekawe odszedł po zwycięstwie z Wisłą Płock, ale decyzja o zmianie zapadła pewnie wcześniej. Następcą został Czesław Michniewicz, który zaliczył wejście smoka. Z dziesięciu pierwszych meczy wygrał osiem, a dwa razy zremisował. Przegrał dopiero w jedenastym z... Bełchatowem.
Po tamtym sukcesie GKS powrócił na czoło ligowej stawki i wydawało się, że Orest Lenczyk po prawie 30 latach znowu wygra mistrzostwo. Tymczasem Legia oraz Wisła borykały się z wewnętrznymi kłopotami. Słaba postawa skutkowała wyrzuceniem Dariusza Wdowczyka, który w poprzednim sezonie doprowadził warszawian do tytułu. Wybór byłego piłkarza klubu - Jacka Zielińskiego nie był najszczęśliwszy, bo drużyna wciąż gubiła punkty. Pod Wawelem panował jeszcze większy chaos. Petrescu zmienił tymczasowy szkoleniowiec Kazimierz Moskal, szybko zastąpiony przez Dragomira Okukę, zluzowanego z kolei przez Adama Nawałkę. Sezon dokończył etatowy strażak Białej Gwiazdy, czyli jej obecny opiekun. Było więc pewne, że żadna z tych ekip nie włączy się do walki o prymat, ale odegrały one bardzo istotną rolę w ostatecznym rozstrzygnięciu.
W przedostatniej kolejce Bełchatów podejmował nie grającą już o nic Wisłę, dodatkowo trzy dni wcześniej piłkarze Białej Gwiazdy przerżnęli 0-4 u siebie z Dyskobolią. Paradoksalnie gracze z Reymonta ograli aspirujących do mistrzostwa rywali, tym samym rewanżując się za jesienną porażkę u siebie 2-4, która zakończyła fenomenalną domową passę meczów bez przegranej. Zagłębie skorzystało z potknięcia GKS-u i dzięki trzem punktom zdobytym przeciwko Widzewowi znowu zasiadło na fotelu lidera. Do końca rozgrywek pozostało tylko jedno spotkanie, jednak trzeba było wygrać z ustępującym mistrzem na jego terenie.
Legia objęła prowadzenie po trafieniu Włodarczyka, lecz jeszcze przed przerwą wyrównał Arboleda. Tamtego dnia to obrońcy odegrali główną rolę. Gol Michała Stasiaka wyprowadził Miedziowych na prowadzenie, którego już nie oddali. Kibice zgromadzeni przy Łazienkowskiej musieli oglądać tryumfujących przeciwników, cieszących się z sensacyjnego sukcesu. Chociaż na kilku piłkarzy grających w tamtym sezonie dla Lubina padł cień oskarżeń o korupcję, to akurat nikt nie podważał, że w 2007 r. wygrali ligę uczciwie. A Orest Lenczyk musiał poczekać jeszcze pięć lat, by ponownie zawiesić na szyi złoty medal.












czwartek, 23 kwietnia 2015

Nie pohandlują piłkarzami


fot. dailymail.co.uk
Letnie okienko transferowe będzie pierwszym po wprowadzeniu przez FIFA zmian zakazujących TPO. Third Party Ownership to model pozwalający na współfinansowanie transferów przez podmioty trzecie. Praktyka wygląda tak, że fundusz inwestycyjny dokłada się klubowi do zakupu w zamian za część od przyszłych zysków. Z tej formy robienia piłkarskiego biznesu korzystały często brazylijskie i portugalskie kluby, które oskarżają działaczy o utrudnianie im życia.
Nie mam wątpliwości, że zaraz znajdą się sposoby na ominięcie nowego prawa. Od organów FIFA będzie zależało, czy takie praktyki będą tolerowane. Istnieje niebezpieczeństwo nierównego traktowania klubów. Mniejsi i biedni zostaną jak zwykle szczegółowo skontrolowani, a potęgom wybaczy się drobne krętactwa.  Na pierwszy rzut oka nie ma żadnych przeciwwskazań, aby korzystać z zewnętrznych pieniędzy. Drużyny dysponujące mniejszymi zasobami otrzymują strumień środków od inwestorów, przy okazji dzieląc się ryzykiem nieudanego zakupu. Jest to sposób uniknięcia droższej formy zdobycia gotówki w postaci kredytu.         Niestety wady TPO sprawiają, że zakaz nałożony przez działaczy jest uzasadniony. Problemem są przede wszystkim nieformalne naciski jakie mogą wywierać osoby inwestujące gotówkę w transfer. Związki piłkarskie nie mają możliwości, żeby kontrolować, kto się kryje za tajemniczym funduszem inwestycyjnym, a założyć taki podmiot na Cyprze, albo Gibraltarze może praktycznie każdy, także ludzie parający się nielegalną działalnością. Za chwilę kluby mogłyby się stać pralniami brudnych pieniędzy. Jakaś mafia ustawiająca wyniki meczów też miałaby ułatwiony dostęp do realizacji swoich celów.
Dopływ gotówki z innego źródła uzależnia. Ryzyko jest mniejsze, więc można sobie pozwolić na wpadki. Nie trzeba się starać przy selekcji zawodników, ani wychowywać własnych, bo kto inny dokłada do interesu. Gorzej jeśli ten ktoś zacznie się domagać preferowania "swoich" piłkarzy przy wybieraniu składu. Dochodzi wtedy do patologii, że w zespole są dwa obozy: zawodnicy z TPO raz reszta. Oczywiście ci pierwsi muszą być uprzywilejowani, przecież inwestycja powinna jak najszybciej dać zysk. Talent piłkarza czasem objawia się dosyć późno, a taki ktoś będzie rugowany z drużyny, żeby zrobić miejsce dla nowego nabytku.  
Dlatego osobiście uważam, że zakaz jest dobrym pomysłem. Jeśli ktoś chce inwestować w futbol, to niech przejmie drużynę na własność, albo założy swoją akademię piłkarską. Ludzie to nie cebulki tulipanów, żeby nimi spekulować.  














wtorek, 21 kwietnia 2015

Bayern jak św. Jerzy

fot. sport.interia.pl
Sprawcy największej sensacji tegorocznej edycji Ligi Mistrzów - piłkarze FC Porto jadą do stolicy Bawarii, aby obronić zaliczkę wypracowaną przed własną publicznością. Jednak Bayern u siebie jest szczególnie mocny. Na europejskim froncie wygrał wszystkie cztery spotkania, natomiast w Bundeslidze podczas czternastu konfrontacji tylko dwukrotnie tracił punkty i legitymuje się imponującym bilansem bramkowym 43-6.  
Brak awansu do półfinału byłby ciosem w niemiecką ekipę, zaliczaną do ścisłego grona faworytów Pucharu Europy. Pep Guardiola po pierwszym meczu przyjął lawinę krytyki pod swoim adresem. Kibice i media wypominały mu, że przejął drużynę świetnie poukładaną przez Heynckesa, a swoimi decyzjami doprowadził do jej rozbicia. To jednak niesprawiedliwe oceny, bo przecież przez znaczną część sezonu Bawarczycy spisywali się świetnie. Nawet ewentualne odpadnięcie z Porto tego nie przekreśla, choć niewątpliwie będzie stanowiło punkt obciążający dorobek Hiszpana.
W obozie mistrza Niemiec pocieszają się przypominając rywalizację z Szachtarem. Wtedy również pierwsze starcie im nie wyszło, lecz rewanż to już totalna dominacja i rozgromienie Ukraińców 7-0. Patrzą też na statystykę Porto poza własnym obiektem, która jest daleka od oczekiwań. Podopieczni Julena Lopetegui jeszcze nie wygrali wyjazdowego meczu w bieżącej odsłonie Ligi Mistrzów, a rywali nie mieli bardzo wymagających. Delegacje do Lwowa, Bilbao, Borysowa oraz Bazylei skończyły się dwoma remisami i dwiema porażkami. Zaliczka sprawia, że mogą dzisiaj przegrać, ale taka postawa budzi niepokój. Przeciwko Portugalczykom przemawia zaangażowanie w walkę na krajowym podwórku. Porto musi gonić Benfikę, co nie pozwala w pełni zaangażować się w europejskie zmagania. Bayern na tym polu ma większy komfort, obronę mistrzowskiej korony już właściwie sobie załatwił.
Przed tygodniem faworyt chyba trochę zlekceważył rywala. Minęło zaledwie 10 minut, a gospodarze strzelili dwa gole i ustawili sobie mecz. Bawarczycy spodziewali się spokojniejszego początku, który pozwoliłby im klepać piłką w środku pola. Po raz kolejny okazało się, że tiki-taka nie jest złotą taktyką, pozwalającą pokonać każdego przeciwnika. Dzisiaj Smoki postawią podwójne zasieki, a swoich szans poszukają w kontrach. Jeden błąd nie najszczelniejszej defensywy Niemców może postawić zespół przed koniecznością trzykrotnego zmuszenia do kapitulacji bramkarza Porto, co będzie obecnie dużą sztuką, ponieważ gracze Guardioli nie prezentują takiej skuteczności, jak na przełomie lutego i marca. 
Może przydać się, więc pomoc sił nadprzyrodzonych. Wobec tego podpowiadam, że specjalistą od walki ze smokami był św. Jerzy. Zresztą trener Bayernu powinien to wiedzieć, bo jego rodzinna Katalonia czci tego świętego jako swojego patrona. Według legendy miał on rozprawić się z potworem nękającym mieszkańców miasta Lod lub Silene w zależności od wersji tej opowiastki. Czas akurat sprzyja, za dwa dni przypada rocznica domniemanej śmierci smokobójcy, obchodzona przez międzynarodowy ruch harcerski jako Dzień św. Jerzego.   












poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Wiosenne porządki w Cracovii

fot. katowickisport.pl
Kolejny trener traci wiosną pracę w Ekstraklasie. Tym razem nie wytrzymał prezes Cracovii i zwolnił Roberta Podolińskiego, który pracował przy Kałuży niespełna sezon. Trzeba przyznać, że prof. Filipiak i tak wykazał się sporą cierpliwością, ponieważ przebolał kompromitującą wpadkę z Błękitnymi Stargard Szczeciński oraz przegrane derby, co dla właścicieli krakowskich klubów zawsze jest szczególnie bolesne.
Jednak widmo spadku zaczęło się niebezpiecznie przybliżać, szczególnie po chorzowskiej klęsce. Działacze Pasów uznali, więc że coś trzeba zmienić. W trakcie rundy nie można ściągnąć nowych zawodników, więc oczywiście padło na szkoleniowca. Choć generalnie wstrzemięźliwie podchodzę do takich kroków, to są sytuacje, które je usprawiedliwiają. Tutaj chyba mamy właśnie do czynienia z czymś takim, bo trudno żeby w Cracovii bezradnie przyglądali się jak zespół leci do I ligi. Czasem nie pozostaje nic innego jak tylko terapia wstrząsowa. Niestety, ale trener Podoliński nie gwarantował poprawy wyników.    
Dla byłego opiekuna Dolcana Ząbki była to pierwsza przygoda z najwyższym szczeblem rozgrywek. Zaczął fatalnie, od trzech porażek z rzędu. Później poprawił grę drużyny, lecz nie potrafił jej ustabilizować. Pasy wygrywały przeważnie u siebie, a na wyjazdach notowały kolejne wpadki. Największym sukcesem pozostaje ogranie Wisły podczas jesiennego spotkania klubów spod Wawelu. Cracovia ma identyczny domowy bilans jak zajmująca trzecią lokatę Jagiellonia. Niestety trzeba też punktować poza własnym obiektem, a to przychodziło z ogromną trudnością. Jedyne wyjazdowe zwycięstwo miało miejsce w grudniu, kiedy gole Budzińskiego oraz Rakelsa pozwoliły wywieźć trzy punkty z Kielc. 
Nową miotłą został dawno niewidziany Jacek Zieliński. Były mistrz Polski z Lechem czekał 1,5 roku na propozycję pracy, ale znowu dostał zespół z dołu tabeli. Jego pobyt w Chorzowie trudno zaliczyć do udanych, choć zaczął od trzech zwycięstw w czterech meczach. Udało mu się utrzymać Ruch na ekstraklasowych boiskach, jednak za sprawą kłopotów finansowych Polonii (gdzie zresztą też trenował, nawet z niezłymi skutkami). Dzięki bankructwu Czarnych Koszul do utrzymania wystarczała 15 pozycja. Podziękowano mu po siedmiu kolejkach następnego sezonu, kiedy Ruch został rozgromiony 0-6 przez Jagiellonię.
Cracovia już nie ma szans uniknąć rywalizacji pośród najsłabszych ośmiu ekip ligi. Dwa ostatnie spotkania przed podziałem gra z Zawiszą oraz Bełchatowem, czyli bezpośrednimi konkurentami w walce o utrzymanie. Ligowa rzeczywistość tak się ułożyła, że będą to najbardziej interesujące konfrontacje końcówki fazy zasadniczej. Byłoby jeszcze ciekawiej, gdyby nie dołożone wskutek reformy spotkania. Wobec marnej postawy czołówki warto chwilowo przerzucić uwagę na drużyny mniej medialne, które jednak wiosną doznały cudownego odmienienia.















niedziela, 19 kwietnia 2015

Olsen znaczy kompromitacja

fot. sport.wp.pl
Żużel doczekał się doskonałej promocji, w poniedziałki marginalizowana dotychczas dyscyplina sportu trafi na czołówki gazet. Jednak nie o taki rozgłos chodziło, bo runda SGP na Stadionie Narodowym miała być świętem, a skończyła się kompromitacją. Trybuny zapełniło pewnie sporo widzów, którzy po raz pierwszy oglądali zawody żużlowe. Niestety prawdopodobnie był to również ostatni raz.
Wszystko za sprawą nieporadnych organizatorów, najpierw nie potrafiących dojść do ładu z maszyną startową, a później zbierających konsekwencje własnej prowizorki przy budowie toru. Piątkowe doniesienia o problemach z nawierzchnią, następnie maskowane zapowiedziami, że wszystko będzie w porządku okazały się prorocze. Zawodnicy słusznie odmówili jazdy w warunkach grożących utratą zdrowia, zresztą oglądanie loterii połączonej ze slalomem przy omijaniu dziur nie miałoby nic wspólnego ze sportem. Ta komedia ciągnęłaby się tylko do północy z powodu kolejnych powtórek biegów, a niesmak byłby równie duży. Batchelor i Holder, to nie jacyś nieopierzeni juniorzy mający problemy z przejechaniem czterech okrążeń. Skoro zaliczali upadki w tym samym miejscu, nie będąc atakowanym przez rywali, to coś musiało być nie tak. Także inni żużlowcy prezentowali się mniej pewnie niż zwykle, co rusz podskakując na motocyklach.        
Trzeba powiedzieć wprost kto jest winny tej sytuacji. To ludzie od lat zarządzający speedway'em z Ole Olsenem na czele i ciągnący go na dno. Duńczyk już nie jest dyrektorem cyklu GP, zastąpił go Tony Olsson, ale ciągle ma tam dużo do powiedzenia, zdecydowanie zbyt dużo. Miał osobiście nadzorować układanie toru, więc wczorajsza kompromitacja obciąża jego konto. Identycznie wygląda sytuacja z maszyną startową, która pochodziła od Olsena. Absolutnie nie można winić Polaków za fatalne przygotowanie zawodów. Przeciwnie, to my powinniśmy mieć pretensje, że zepsuto nam zabawę. Udostępniliśmy piękny stadion wypełniony po brzegi, a działacze spartaczyli na całej linii.
Tak przy okazji kilka cierpkich słów powinien usłyszeć sędzia Jim Lawrence, swoimi decyzjami wprowadzający jeszcze większe zamieszanie. Raz odmówił powtórzenia biegu, w którym taśma poszła nierówno, kiedy indziej na to się zdecydował. Oszczędził Doyle'a, a po protestach Nickiego jednak go wykluczył. Jeden wielki chaos i naciąganie regulaminu. Chyba Brytyjczyk powinien poszukać sobie innego zajęcia. 
Niestety cykl GP zjada własny ogon. Warszawska odsłona miała go nieco uatrakcyjnić, niestety pomysł spalił na panewce. Jak porównuję imprezy organizowane przez BSI oraz te robione przez toruńską firmę One Sport, to gołym okiem widać, kto powinien zajmować się GP. Anglicy mieli kilkanaście lat na wypromowanie dyscypliny, a tymczasem nie potrafili tego zrobić nawet u siebie w kraju. Nie potrafią się również dogadać z najlepszymi zawodnikami, dlatego Sajfutdinov i Łaguta nie rywalizują o tytuł mistrz świata. Czas na zmiany, bez Polaków w żużlu ani rusz.





sobota, 18 kwietnia 2015

GP na Narodowym

fot. rmf24.pl
Dla fanów speedwaya ma to być wielkie święto. Dzisiaj wieczorem Stadion Narodowy będzie gościł inaugurację tegorocznych zmagań o tytuł Indywidualnego Mistrza Świata. Oczywiście jeśli gang Olsena zdąży poradzić sobie z torem, a jak wiadomo nie była to najbardziej rozgarnięta grupa ludzi pod słońcem. 
Na razie idzie im średnio, przez co zawodnicy nie mogli wczoraj trenować. Taka prowizorka może skutkować licznymi wypadkami i kontuzjami, bo wielu zawodników będzie miało kłopoty z dopasowaniem się do nowego obiektu, na którym przecież jeszcze nikt nigdy nie jeździł. Tym bardziej, że sezon dopiero wystartował i nie wszyscy są przygotowani do tak trudnego wyzwania. Trzeba było zlecić przygotowanie toru Markowi Cieślakowi, on by sobie poradził bez problemu, no ale organizacja cyklu przez Anglików nie stoi na najwyższym poziomie. 
Zawody mają też być pożegnaniem Tomasza Golloba z GP. Niby dostał propozycję stałej dzikiej karty, ale nawet jeśli to prawda, wątpię by Polak przyjął tą ofertę. Hancock to wyjątek, jednak po czterdziestce trudno rywalizować w tak niebezpiecznej dyscyplinie jak żużel. Czy Gollob ma dzisiaj szansę na spektakularny wynik? Chciałbym, chociaż pieniędzy bym na to nie postawił. Nawierzchnie jednodniowe nigdy nie były jego mocną stroną, a w Warszawie dodatkowo tor będzie bardzo krótki, na wzór angielski. Gollob woli takie obiekty gdzie można się rozpędzić po dużej i wyprzedzić rywali na dystansie, tymczasem zapowiada się bardziej walka na refleks przy taśmie startowej oraz łokcie w pierwszym wirażu. Bydgoszczanin zaczyna od czwartego pola, co też nie wróży najlepiej.
Więcej szans daję Hampelowi, który w tym roku chce wreszcie zostać mistrzem świata. Zaczął bardzo dobrze, poza Gustrow gdzie zaliczył wpadkę, praktycznie wszędzie jeździ fantastycznie. Brak Jarka w finale byłby sporym rozczarowaniem. Trochę inaczej jest z Kasprzakiem, bo on jeszcze nie ustabilizował dyspozycji i nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Równie dobrze może wygrać, jak znaleźć się poza ósemką. Maciek Janowski raczej będzie tylko zbierał doświadczenie. W lidze zaprezentował się fatalnie, a tu w każdym biegu musi walczyć z czołowymi żużlowcami. 
Zdecydowanie trzeba uważać na Duńczyków, wcale nie byłoby wielką sensację, gdyby obstawili całe podium. Jepsen Jensen błysnął w Toruniu, gdzie zapewnił Sparcie remis z Aniołami. Miał on jednak pecha w losowaniu i pierwsze trzy biegi zacznie bliżej bandy. Mimo wszystko groźniejsi są jego starsi koledzy. Nicki chce wreszcie odbić mistrzowską koronę po kilku latach posuchy. Na zwycięstwo w zawodach GP czeka już prawie 3 lata. Jednak również dla niego sztuczne tory nie są naturalnym środowiskiem, na takim wygrał tylko raz, ponad 10 lat temu w Cardiff. Co innego Iversen, akurat on stawał na podium cztery razy z czego trzy razy na jednodniowej nawierzchni. Wygrywał w Sztokholmie i Kopenhadze, gdzie parametry były niemal identyczne, jak dziś na Narodowym. Trochę martwi jego występ w Tarnowie, ale tam ścigają się na lotnisku.        
Nigdy nie wolno lekceważyć Grega Hancocka, jednak jakoś Amerykanin mnie na razie nie przekonuje. Pewnie wejdzie do półfinałów, lecz to wszystko. Inni zawodnicy w tej fazie sezonu prezentują się lepiej. Zaskoczyć może za to Woffinden. Dla Anglika warunki w Warszawie będą jak w domu, a on sam wydaje się być przygotowany do rywalizacji o medale.









 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Trwa poszukiwanie dna

fot. sport.se.pl
W tym roku, jak nigdy korona mistrzowska leży na ziemi i czeka, aż komuś będzie chciało się po nią schylić. Jednak jakoś nikt się do tego nie kwapi, wręcz przeciwnie cała czołówka robi wszystko byleby nie dostąpić zaszczytu wzniesienia pucharu za wygranie ligi. Jazda z zaciągniętym hamulcem ręcznym trwa w najlepsze, a kibice liczą, że gra na serio zacznie się po podziale ligi na grupy.
To właśnie reforma jest jednym z głównych winowajców obecnego stanu rzeczy. No bo po co się przemęczać w konfrontacjach o 1,5 pkt skoro można oszczędzać siły na siedem spotkań o pełna pulę? Miała spaść liczba meczów o pietruszkę, a w istocie jeszcze się zwiększyła. Pogratulować osobom, które wymyśliły to kuriozum. Nic dziwnego, że sam capo di tutti capi futbolowego środowiska wolał wybrać się do Radomia na III-ligowy hit Radomiak-Ursus, niż oglądać kopaninę w Gdańsku. Z kolei w tą sobotę ma zaplanowane żużlowe Grand Prix. To nie krytyka, na jego miejscu zrobiłbym to samo.
Tak więc Legia doznała ósmej porażki w sezonie, dodatkowo straciła na trzy mecze Ondreja Dudę. Całkiem słusznie, bo Słowak ogrywany jak dziecko przez obrońców Lechii dał popis chamstwa. Kubeł zimnej wody dobrze mu zrobi, gol dla drużyny narodowej jeszcze nie czyni z niego gwiazdy na miarę Hamsika. Henning Berg jak zwykle nie widzi problemu, właściwie nie powinno to dziwić, ponieważ całe życie trenował średniaków, dla których jedna porażka w tą czy tamtą nie robiła różnicy.  Tym sposobem nie ma w Europie słabszego lidera niż Legia.
Zresztą już by nim nie była, gdyby nie Lech. Do wyjazdowych wpadek fani są przyzwyczajeni, ale u siebie z Koroną trzeba wygrać, jeśli jest szansa objęcia prowadzenia w lidze. Piłkarze Kolejorza zbytnio się przemęczyli półfinałem z Błękitnymi i nie mieli ochoty wytężać sił przeciwko Koronie. Jak zwykle dominuje tam minimalizm, strzelić jedną bramkę, a potem bronić wyniku. Wiosną (w Ekstraklasie) Lechici tylko raz wygrali więcej niż jednym golem, dzięki skutecznej egzekucji jedenastki w 90 minucie.
Wisła po przyjściu Kazimierza Moskala miała dobry początek, ale teraz spuściła z tonu. Czyżby mobilizacja obejmowała tylko prestiżowe konfrontacje z Legią i Cracovią? Ostatnio brakowało Stilicia i już nie miał kto wziąć na siebie ciężaru rozegrania piłki. Trudno się dziwić, że frekwencja na Reymonta jest tak niska, skoro przed własną publicznością Biała Gwiazda prezentuje się mizernie. Sezon nie kończy się na wygranych derbach, zawodnicy mają płacone za grę do czerwca.
Śląsk w rundzie rewanżowej nawet nie wygrał jeszcze meczu. Bracia Paixao mieli być wiosną postrachem ligi, a kiedy obaj przebywają na murawie to tracą połowę wartości. Zresztą Marco myślami negocjuje już kontrakt z innym klubem i powinien wylecieć do rezerw. Jagiellonia też słabo się prezentuje, ale ją oszczędzam, bo nie ma składu, by nawiązać walkę z najmocniejszymi, a i tak zajmuje nadspodziewanie wysokie miejsce. Zastanawia mnie tylko jak zwycięzcy tego wyścigu żółwi poradzą sobie później w Europie, kiedy przyjdzie im rywalizować z zespołami mocniejszymi niż Korona i Lechia.       













środa, 15 kwietnia 2015

Na co stać paryżan?

fot. dailymail.co.uk
Wczorajsze mecze nie rozpieściły kibiców, jeśli brać pod uwagę liczbę bramek. W fazie pucharowej zespoły zwracają większą uwagę na defensywę, bo jeden gol może decydować o kwestii awansu. No ale od Barcelony oczekuje się, że zawsze będzie dążyć do pokonania przeciwnego bramkarza. Dziś wieczorem  kolejna odsłona rywalizacji PSG z drużyną Luisa Enrique, bo przecież te kluby spotkały się już w rozgrywkach grupowych.
Wtedy każdy wygrał przed własną publicznością, choć Katalończycy zrobili to w bardziej przekonującym stylu. Co ważne goli wówczas było pod dostatkiem. Analogie mogą okazać się przydatne, ponieważ we wrześniu na Parce des Princes mistrz Francji musiał sobie radzić bez Ibrahimovicia, a zwyciężył 3-2. Była to zresztą jedyna porażka Barcelony w obecnej edycji LM. Dzisiaj wskutek kuriozalnej decyzji UEFA Szwed również obejrzy spotkanie z trybun. Paweł Zarzeczny twierdzi, że to wcale nie taki problem, bo PSG potrafiło bez swojego najlepszego zawodnika wyeliminować Chelsea, a przecież teraz przynajmniej będą na murawie w komplecie.  
Ja aż takim optymistą nie jestem i nie daję wielkich szans graczom Blanca. Oczywiście jeśli chodzi o kwestię awansu, bo własny stadion to duży atut PSG, mogą tam sprawić jakąś niespodziankę. W tym sezonie nie znalazł się jeszcze taki mocny, który potrafiłby wywieźć  zwycięstwo z Paryża. W ogóle paryżanie rzadko przegrywają, tylko Guingamp, Bastia oraz Bordeaux znalazły na nich patent. Widać, że najtrudniej gra im się ze słabszymi zespołami, pewnie to kwestia mobilizacji.
Dlaczego, więc Francuzów stawiam na straconej pozycji? Przede wszystkim walczą na wszystkich możliwych frontach i w końcu odbije się to na formie fizycznej. Puchar Ligi już zdobyli, są w finale Pucharu Francji, o mistrzostwo toczą zacięty bój. Kadra PSG wcale nie robi wielkiego wrażenia. Pierwszy skład jest mocny, ale rezerwowi to przeważnie przeciętni zawodnicy.
Druga sprawa to obrona. Naprawdę rzadko się zdarza, by Sirigu nie musiał wyciągać piłki z siatki. Wiosną w Ligue 1 Bastia potrafiła zaaplikować piłkarzom ze stolicy cztery trafienia, Evian czy Caen dwa, Bordeaux trzy razy wbiło piłkę do ich siatki. A co będzie jak przyjdzie mierzyć się z gwiazdami Barcelony? Na francuskim podwórku mniej straconych goli mają: Lyon, Monaco, St. Etienne i Lille. Dla przykładu hiszpańscy rywale są u siebie zdecydowanym liderem w tej statystyce.
Nie ma też co liczyć na słabą formę Barcelony. Remis z Sevillą był tylko niewielkim potknięciem z mocną przecież drużyną, choć szkoda serii sześciu kolejnych zwycięstw. Wiosną Blaugrana demonstruje najlepszą piłkę od złotych czasów Pepa Guardioli. Messi znowu błyszczy i bije kolejne rekordy, Suarez też najgorszy okres ma za sobą. Trochę narzeka tylko Neymar, ale o żadnym konflikcie nie ma mowy. W Barcelonie chcą odzyskać Puchar Europy, odpadnięcie na tym etapie spotkałoby się z ponowną falą krytyki skierowaną do trenera Enrique, po jesiennych Gran Derbi odsądzano go od czci i wiary. 
Żaden mecz sam się nie wygra, bo szczęśliwie na tym polega piękno sportu, że niespodzianki się zdarzają. Pewnie dla atrakcyjności tego dwumeczu byłoby nawet lepiej, gdyby dzisiaj gospodarze zeszli z murawy jako zwycięzcy. Jednak osobiście uważam, że w tym roku wyeliminowanie PSG przyjdzie Barcelonie łatwiej niż 2 lata temu.



















 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Podsumowanie żużlowego weekendu

fot. dziennikwschodni.pl
Druga odsłona Speedway Best Pair Cup odbyła się na mało znanym torze w Gustrow i chyba to on był głównym bohaterem zawodów. Moim zdaniem był fatalnie przygotowany, bo zawodnicy z zewnętrznych pól zostali za bardzo uprzywilejowani. Zaraz po starcie mieli przewagę pół długości motocykla, ponieważ rywale nie mogli wyjechać ze swoich pozycji, stąd częste wrażenie jakby taśma nierówno chodziła. Takie warunki spowodowały kłopoty faworytów. Ostatecznie podium zajęły ekipy, które miały tam stanąć, choć może nie w tej kolejności. Najlepsi byli Rosjanie przed Duńczykami i Polakami.
W lidze najwięcej działo się na Motoarenie, gdzie Sparta niespodziewanie wywalczyła remis. Podopieczni Piotr Barona zawdzięczają ten wynik głównie rewelacyjnemu Michaelowi Jepsenowi Jensenowi. Były mistrz świata juniorów potknął się dopiero w ostatnim biegu, wtedy lepszy okazał się Chris Holder. Australijczyk wreszcie zaliczył udany występ i wspólnie z rodakiem Doylem był najskuteczniejszy wśród Aniołów.  Nie zachwycił Grisza Łaguta, a całkowicie zawiódł debiutujący jako senior Kacper Gomólski. Wrocławianie mają powody do zadowolenia, ale na dłuższą metę nie pociągną na dwóch zawodnikach.
Twarde zderzenie z rzeczywistością zaliczył beniaminek. Oczywiście chyba nikt nie liczył na zwycięstwo, ale wobec kontuzji Sajfutdinova można było przywieźć lepszy rezultat. Ekipie Roberta Kempińskiego brakuje drugiej linii, Okoniewski niech się zajmie sportem a nie sądowymi sporami z byłym pracodawcą. Fatalny początek Artema Łaguty ustawił spotkanie i później Grudziądz nie był w stanie odrobić strat. Przyzwoicie spisał się Gollob, pokazał że jeszcze potrafi utrzeć nosa młodszym kolegom. Wśród Byków dominował Nicki, ale reszta stanowiła bardzo zgrany monolit. Trochę odstawali tylko Przemysław Pawlicki i Bartosz Smektała. Forma starszego z braci musi martwić.  
Podobnie do Grudziądza wygląda Rzeszów, tam też można polegać tylko na liderach. Hancock i Kildemand będą musieli się nieźle napocić by zapewnić wystarczającą do zwycięstwa liczbę punktów, chyba że reszta wreszcie zacznie jeździć na miarę Ekstraligi. Po słabym występie w Gustrow, Jarosław Hampel wrócił do formy. Przy ulicy Wrocławskiej znowu pokazywał plecy rywalom, sobotnia niedyspozycja była tylko jednorazowym wypadkiem. Z kolei odwrotny trend zaliczył Andreas Jonsson. W ogóle mam wrażenie, że kto poradził sobie na niemieckim torze, dzień później niesamowicie męczył się w Polsce.
Najlepszym zawodnikiem kolejki okazał się Martin Vaculik, który jako jedyny zdobył czysty komplet. Słowak od początku roku potwierdza, że tarnowski owal to jego królestwo. Nad Białą wzmocnień poszukano w Danii i chyba nie żałują. Para Bjerre-Madsen może okazać się strzałem w dziesiątkę, choć są jeszcze niedociągnięcia. Szczególnie ten drugi dał się wczoraj objeżdżać na dystansie. Duży plus dla Ernesta Kozy za wygranie biegu na 5-1 przy pomocy Janusza Kołodzieja. Tarnów ma ogromny problem z młodzieżowcami i taka postawa wychowanka pozwala trochę odetchnąć. Za to Gorzów właśnie dzięki najmłodszym zawodnikom zanotował w miarę korzystny wynik. Gdyby nie oni mistrz Polski mógłby raczej zapomnieć o bonusie, choć oczywiście niekoniecznie muszą odrobić nawet 10-punktową stratę. Katastrofalny występ zaliczyli Iversen oraz Sundstroem. Po Kasprzaku ciągle widać słabą dyspozycję, którą trochę nadrabia swoją walecznością.     











    

piątek, 10 kwietnia 2015

Strajk piłkarzy

fot. rmf24.pl
Jak powiadomił przedstawiciel Polskiego Związku Piłkarzy, czyli organizacji reprezentującej interesy futbolistów nad Wisłą, ligowcy mają w najbliższej kolejce zagrać w seledynowych sznurówkach na znak protestu przeciwko "zaleganiu przez kluby z wypłatą pensji oraz w geście solidarności z piłkarzami niesłusznie karanymi dyscyplinarnie".
Zaciekawiła mnie ta druga część zdania, bo zbiegła się z ukaraniem Łukasza G. za udział w aferze korupcyjnej. Mam nadzieję, że chodzi o coś innego, trudno bowiem uwolnić od odpowiedzialności ludzi umoczonych w ustawianie meczów. Zresztą kary i tak są raczej symboliczne, niż zasłużyli sobie piłkarze odstawiający teatr przed kibicami. Nie chce mi się słuchać tłumaczeń na poziomie gimbazy, że wszyscy tak robili, albo starsi zawodnicy zmuszali resztę szatni do zbiórek na sędziów. Każdy pełnoletni człowiek ponosi konsekwencje swoich czynów, zresztą był czas, kiedy można było zahaczyć o wrocławską prokuraturę i "wyspowiadać" się z grzechów. Skoro ktoś się nie zdecydował to ma pecha, teraz musi swoje odcierpieć. I nie ma znaczenia w jakim gra klubie, czy jest reprezentantem Polski, czy tylko wyrobnikiem. Kluby były degradowane, co uderzało w Bogu winnych kibiców, więc nie rozumiem dlaczego stosować amnestię dla jednej z grup futbolowego środowiska. Zresztą jakie PZP ma instrumenty, żeby stwierdzić, kto był ukarany niesłusznie?
Z zaległościami finansowymi jest większy problem. Każdemu pracownikami należy się umówiona zapłata. Trzeba jedna wziąć pod uwagę realia w jakich się żyje. Szczęśliwy ten, kto nigdy nie musiał czekać aż otrzyma zaległą pensję. A przecież nie ukrywajmy, że większość tak zwanych zwykłych ludzi zarabia dużo mniej niż kopiący piłkę. Łatwiej czekać na pieniądze, gdy ma się odłożony niezły majątek.      
Obecna sytuacja jest wynikiem krótkowzroczności, a piłkarze oraz ich menadżerowie są temu współwinni. Po Euro2012 nie nastąpił spodziewany boom na futbol, wręcz przeciwnie. Frekwencja często nie pozwala zapełnić nowych stadionów nawet w połowie, ze sponsorem tytularnym też mogą być kłopoty. Na pewno wycofa się T-Mobile, która sama tnie koszty, a nowa firma zaproponuje raczej gorsze warunki finansowe. Wszyscy przyzwyczaili się tylko do wzrostów, tak jakby drzewa rosły do nieba. Obecnie jesteśmy w stagnacji i trzeba to przyjąć do wiadomości. Kontrakty podpisane w lepszych czasach albo powinny być renegocjowane, albo trzeba się pogodzić z poślizgami przy wypłatach. Żadne protesty nic nie dadzą, bo cudów nie ma, pieniądze nie rosną na łące.
Oczywiście swoje też dołożyli prezesi, którzy godzili się na wysokie zarobki, nie ma mając na nie źródła finansowania. Sytuacja bardzo podobna do tego co się stało w polskim żużlu. Problemem jest to, że kluby coraz częściej są własnością samorządów. Przychodzi taki gość przyniesiony w teczce i po nim choćby potop. To czy klub za 5 lat nie zbankrutuje go nie obchodzi, bo jego już tam nie będzie Przejdzie na równie intratny odcinek miejskich wodociągów lub spółki śmieciowej. A przecież w czasie urzędowania chce mieć spokój, więc ściąga głośne nazwiska, by zaspokoić oczekiwania fanów. 
Rozumiem przedstawicieli piłkarzy, którzy chcą dla siebie jak najlepiej, ale trzeba patrzeć szerzej. Bez zmiany nastawienia kluby zaczną bankrutować i wtedy nie będzie już możliwości odzyskania nawet części zaległości. Żużlowe środowisko ocknęło się dopiero po spektakularnych upadkach klubów z Gdańska i Częstochowy. W końcu ile można z samorządowych pieniędzy utrzymywać coś co służy rozrywce.













Na 10 kwietnia


czwartek, 9 kwietnia 2015

Czesio wraca na karuzelę

fot. sport.interia.pl
Znany z wybredności przy dobieraniu pracodawców Czesław Michniewicz wreszcie zdecydował się powrócić do zawodu. Pogoń Szczecin to rzeczywiście solidny klub, gdzie kadra jest na tyle mocna, by nie martwić się spadkiem, a z terminową wypłatą wynagrodzenia też nie ma problemu. Jednak losy poprzedników wzbudzają niepokój czy nowy szkoleniowiec dostanie odpowiednią ilość czasu do ułożenia zespołu według swojego pomysłu.
Pewnie kilkanaście miesięcy bezrobocia spowodowały, że były mistrz Polski z Zagłębiem Lubin obniżył nieco oczekiwania finansowe. Ponad miesiąc temu w wywiadzie udzielonym Robertowi Błońskiemu dla Przeglądu Sportowego "polski Mourinho" sygnalizował, że chętnie podejmie się nowego wyzwania. Ucieszą się przede wszystkim media, bo Michniewicz potrafi barwnie opowiadać o futbolu, choć zdarzyło mu się również nieźle dopiec dziennikarzom. Jeden z nich usłyszał dosadny komentarz na temat swojej fryzury.
W Poznaniu ciągle wspominają go z sentymentem, z Lechem zdobył Puchar Polski kiedy ten klub klepał jeszcze biedę. Inna sprawa, że nazwiska sędziów tamtych meczów (wtedy rozgrywano dwa spotkania) budzą podejrzenia. Jeszcze większy sukces odniósł w Lubinie, niespodziewanie zdobywając z Zagłębiem tytuł mistrzowski. Jednak wówczas dobra passa się skończyła.
Przyjął posadę w Gdyni, ale po serii kiepskich wyników został zwolniony i Marek Chojnacki musiał ratować Arkę przed degradacją. Lepiej poszło mu z Widzewem, bo tym razem on sprawdził się w roli strażaka, mimo to znowu odszedł po kilku miesiącach, gdyż klubu nie było stać na jego usługi. Szansę dała mu Jagiellonia, jednak tuż przed Bożym Narodzeniem musiał pakować swoje rzeczy. Kompletnym niewypałem była przygoda z Polonią Warszawa, gdzie pozwolono mu poprowadzić drużynę tylko w siedmiu kolejkach, no ale wiadomo jaki był Józef Wojciechowski. Podbeskidzie pod wodzą Michniewicza utrzymało się wśród elity, potem przyszła seria sześciu meczów bez zwycięstwa i znowu dymisja. Przez całą karierę trenerską "polski Mourinho" tylko dwa razy przetrwał w klubie dłużej niż rok, z tym że Zagłębie wytrzymało z nim jedynie o niecały miesiąc więcej. 
Czy nad Odrą wróci do niego szczęście? Będzie mu ciężko, bo kibice Pogoni wciąż uznają zwolnienie Dariusza Wdowczyka za błąd i będą nowemu trenerowi wypominać każde potknięcie. Sytuacja w lidze mocno się wiosną skomplikowała i praktycznie dwie nieudane kolejki mogą spowodować groźbę spadku, co dla szczecinian byłoby katastrofą. Michniewicz nie ma więc czasu, musi od razu wylegitymować się wynikami satysfakcjonującymi fanów klubu. Może na piłkarzy podziała jego niewątpliwa charyzma, po bezbarwnym Kocianie będzie to miła odmiana.     











 

środa, 8 kwietnia 2015

Pellegrini na wylocie

fot. mirror.co.uk
Trudno powiedzieć, że porażka z Crystal Palace przypieczętowała los Manuela Pellegriniego. Trener, który w zeszłym roku wywalczył z Obywatelami tytuł mistrzowski już od dawna wysłuchiwał gorzkich uwag pod adresem postawy zespołu w bieżących rozgrywkach. Od początku nie wierzyłem, że MC obronią miejsce na szczycie Premier League, bo ekipy prowadzone przez Mourinho podczas drugiego sezonu jego pracy są szczególnie mocne. Zresztą liga angielska jest bardziej wyrównana niż inne czołowe, europejskie ligi i trudniej tam hurtowo zgarniać trofea. Tak czy inaczej zanosi się na kolejną rewolucję w Manchesterze, tym razem w niebieskiej części miasta.
United już się przekonali, że to wcale nie jest łatwa sprawa. Dopiero po kilkunastu miesiącach wreszcie zaczęli grać na miarę oczekiwań. Tam sytuacja była jednak inna, ponieważ ponad 20 lat rządów Fergusona odcisnęło na klubie znacznie większe piętno niż zdołał to uczynić Chilijczyk. Zresztą w City głównymi gwiazdami mają być piłkarze ściągnięci przez szejków za grube miliony, a trenerzy to tylko kwiatki do kożucha, czy raczej zderzaki który się wymienia po większej kraksie.
Właśnie zaszła taka potrzeba, bo mistrz Anglii spadł na czwarte miejsce w tabeli. Pewnie takim drużynom zależy tylko na mistrzostwie i Lidze Mistrzów, a czy zajmą drugą, trzecią, a nawet czwartą lokatę to sprawa drugorzędna. Akurat przewaga nad Liverpoolem wydaje się bezpieczna, zatem cel minimum będzie wypełniony, ale postawa graczy z Etihad w przekroju całego sezonu zmusza do radykalnych posunięć. 
Dwumecz z Barceloną całkowicie obnażył jakość zespołu Pellegriniego. Na papierze wynik wyglądał przyzwoicie, lecz na murawie Katalończycy zdominowali Anglików. Wcześniej zapowiadało się nawet, że MC nie wyjdą z grupy. Puchar Anglii też jest już poza zasięgiem, bo lepsze okazało się Middlesbrough.  Z kolei w lidze przegrali trzy z ostatnich pięciu spotkań, wszystkie na wyjeździe. To ich największy problem, u siebie jeszcze potrafią zagrać przyzwoicie, ale poza Etihad Stadium coraz częściej się kompromitują. Zaskakująca sprawa, gdyż do nowego roku w delegacji radzili sobie znakomicie.
Piłkarzom the Citizens wypomina się, że nie stanowią prawdziwej drużyny, po boisku biegają wyłącznie dla pieniędzy. Dopóki mogą coś ugrać dają z siebie 100%, jeśli tracą cel ekipa się rozpada. Nie ma co ukrywać, że raczej mało który z obecnych futbolistów od dzieciństwa marzył, by występować w koszulce City. 
Trudno też znaleźć jakieś głośne, trenerskie nazwisko gwarantujące sukces. Moim zdaniem można by zaryzykować z Frankiem Lampardem. Ma autorytet wśród kolegów z szatni, oczywiste że brakuje mu doświadczenia, ale jego boiskowa pozycja pozwala na przegląd całej murawy. Ten wariant ograniczył by też skutki nieuniknionej rewolucji kadrowej, ponieważ byłby jakiś element kontynuacji.     










     

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Wielkie Derby Śląska

fot. sport.pl
Świąteczna kolejka dla postronnego kibice nie jest przesadnie atrakcyjna, brakuje w niej bezpośrednich konfrontacji drużyn mających podobne aspiracje. Widać to nawet po trybunach, bo frekwencja jest bardzo słaba. Rekordem będzie pewnie 11 tys. które zasiadło na trybunach w stolicy, a to przecież najmniej od pierwszych kolejek, mających niemal sparingowy charakter. Nadzieja jeszcze w białostocczanach, ale Jagiellonia już nie ma zgody z Wisłą, więc ta konfrontacja straciła walor meczu przyjaźni. 
Wobec tego najciekawiej zapowiada się spotkanie Ruchu Chorzów z Górnikiem Zabrze, choć głównie ze względów prestiżowych, a nie sportowych. Szkoda tylko, że ustalono niezbyt fortunną porę rozegrania meczu, wyznaczając go na 15.30. Wtedy ludzie są jeszcze zainteresowani świątecznym obiadem, a nie sportem. Telewizja słusznie pokazuje wszystkie spotkania Ekstraklasy, ale w czasach cyfryzacji to żaden problem, by na równoległych kanałach transmitować dwa wydarzenia. Według mnie mecze wieczorne mają o wiele wyższą rangę i są atrakcyjniejsze dla kibiców.
Oba śląskie zespoły należą do najbardziej utytułowanych w kraju, łącznie 28 razy sięgały po tytuł mistrzowski. Jednak era sukcesów skończyła się wraz z upadkiem poprzedniego ustroju, po 1989 r. już ani razu nie zdobyły palmy pierwszeństwa wśród polskich ligowców. W tym sezonie również nie ma na to szans. Górnik spisuje się jeszcze w miarę przyzwoicie i zajmuje lokatę w czołowej ósemce, choć wiosną obniżył loty, bo wygrał tylko raz. Natomiast Ruch ma za zadanie utrzymać ekstraklasowy status. Zespół ma coraz mniejsze pole manewru, porażka u siebie z Zawiszą sprawiła, że niedługo podopieczni Waldemara Fornalika mogą znaleźć się na ligowym dnie. Runda rewanżowa zaczęła się dla nich bardzo przyzwoicie, ale przed przerwą reprezentacyjną było widać oznaki zadyszki.
Ze względu na remont obiektu przy Roosevelta mecz nie będzie miał godnej oprawy, z trybun obejrzy go zaledwie kilka tysięcy widzów. Ewidentnie nie służy to zabrzanom, którzy w tym sezonie słabo prezentują się na swoim stadionie. Wygrali tam tylko 3 z 12 spotkań (pod tym względem są najsłabsi w lidze), wobec 6 zwycięstw wyjazdowych. Z kolei Ruch ma problemy, kiedy musi grać przy obcej publiczności. Wygrana w Bełchatowie trochę poprawiła statystykę, lecz była to dopiero druga wiktoria poza ulicą Cichą. Może więc drużyny powinny zgodzić się na zmianę gospodarza meczu i rozegrać go w Chorzowie?
Pierwszy mecz tych drużyn skończył się zwycięstwem Górnika, który zwyciężył 2-1 po golach Łuczaka oraz Madeja, a honorowe trafienie dla chorzowian zanotował Kuświk. Dzisiaj faworyta trudniej wskazać, bo większy potencjał kadrowy ma pewnie Górnik, natomiast Ruch bardziej potrzebuje punktów. Oby pogoda nie sprawiła, że Derby przekształcą się w kopaninę zakończoną bezbramkowym remisem.    






 

sobota, 4 kwietnia 2015

Zanim ruszy taśma

sport.wp.pl
Żużlowi kibice muszą się wykazać nadzwyczajną cierpliwością. Nie dość, że od kilku miesięcy czekają na start najmocniejszej ligi speedwaya na świecie, to jeszcze psikusa sprawiła aura i trzeba obejść się smakiem. Zawodnicy rozpoczną (miejmy nadzieję), więc rywalizację o Drużynowe Mistrzostwo Polski z tygodniowym opóźnieniem, ale za to dawka czarnego sportu będzie w najbliższym czasie mocno skondensowana. Za siedem dni kolejna odsłona zmagań najlepszych duetów, tym razem w niemieckim Gustrow, a tydzień później rozpoczęcie rywalizacji w Grand Prix na Stadionie Narodowym.
Okres wyczekiwania można sobie skrócić zaopatrując się w Skarb Kibica Przeglądu Sportowego. Składy to właściwie najmniej znacząca część tego magazynu, bo pewnie każdy fan mniej więcej je zna, ale jest sporo dłuższych tekstów. Swoimi przedsezonowymi refleksjami dzielą się Rafał Darżynkiewicz, Zenon Plech, Krzysztof Cegielski, do tego wywiady z Tomaszem Gollobem, Krzysztofem Kasprzakiem i Jarosławem Hampelem. Na całości swoje największe piętno odcisnął Dariusz Ostafiński, jeśli ktoś go bardzo nie lubi, to pewnie styl Skarbu Kibica też mu się nie spodoba, ale ja osobiście polecam. Z tego co słyszałem są trudności z dostępnością w niektórych miastach, nie wiem tylko, czy to wina małego nakładu, czy jednak kibiców żużla jest więcej niż mogłoby się zdawać.     
A w ramach przedsezonowej zabawy typowanie kolejności drużyn na koniec rozgrywek:
1. Unia Leszno - dla mnie zdecydowany faworyt. Po transferze Sajfutdinova trudno znaleźć słabe punkty w tej ekipie. Do tego dochodzi mocna obsada juniorska. Wątpliwości może budzić postawa Nickiego Pedersena, który będzie musiał się pogodzić, że nie jest już największą gwiazdą. Zamieszanie wynikło również z powodu Adama Skórnickiego, nie wszyscy chcieliby go widzieć jako trenera Byków.  
2. Stal Gorzów - obecnie nie ma przesłanek, żeby mistrz Polski wjechał ponownie do finału. Największą bolączką gorzowian pozostaje forma Kasprzaka, znacznie odbiegająca od tego co prezentował w zeszłym sezonie. Z kolei mimo zmiany tłumików Iversen wcale nie stracił swoich walorów. Stawiam jednak, że nawet jeśli pierwsze mecze będą słabsze, to Stal się rozkręci i ponownie pokaże klasę. To bardzo wyrównany zespół, nawet jeśli jeden jeździec będzie w gorszej dyspozycji, reszta może nadrobić straty.
3. KS Toruń - atutem będzie bardzo silna para juniorów, a także osoba Jacka Gajewskiego, który potrafi zarządzać żużlowym teamem. Za Emila przyszedł Grisza Łaguta, zmiana może być praktycznie niezauważalna. Gdyby odwieszono Warda medal byłby pewny, bez niego trzeba będzie mocniej powalczyć, ale według mnie Anioły skończą z krążkiem na szyi.
4. Falubaz Zielona Góra - ambiwalentne odczucia mają fani najbardziej utytułowanego zespołu ostatnich lat. Z jednej strony Hampel wydaje się najszybszy z całej światowej czołówki, a Walasek i Protasiewicz nie odczuwają upływu lat. Z drugiej coraz mocniej słychać o problemach finansowych, Dudek ciągle pauzuje, natomiast Jonsson ma żal o zeszłoroczne przepychanki w sprawie kontraktu. Słabiej niż się spodziewano jeździ Krystian Pieszczek. 
5. Unia Tarnów - nad Białą im bliżej sezonu, tym nastroje były lepsze. Ostatecznie udało się zmontować niezły skład i po podpisaniu kilku umów sponsorskich chyba znajdzie się na niego pokrycie w klubowej kasie. Atutem powinna być atmosfera, bo Kołodziej, Vaculik oraz Madsen świetnie się znają, a na torze potrafią doskonale współpracować. Z tarnowskim torem poradził sobie podczas sparingu z Rzeszowem Artur Mroczka, za to martwi postawa Kennetha Bjerre. Ogromną słabością są młodzieżowcy, niespodziewanie obok Kozy miejsce w składzie może otrzymać Arkadiusz Madej.  
6. GKM Grudziądz - beniaminek na pewno zapłaci frycowe, ale ma też atut w postaci mało znanego dla innych toru. Liderem powinien być Artiom Łaguta wspomagany Buczkowskim i Okoniewskim. Wielką zagadką pozostaje Tomasz Gollob, dla którego miniony sezon był bardzo dużym zawodem. Dla Daniela Jeleniewskiego Ekstraliga to raczej zbyt wysokie progi. Trudności z pokonaniem rówieśników będą mieć także juniorzy, Robert Kempiński zaufa pewnie Marcinowi Nowakowi oraz Hubertowi Łęgowikowi.     
7. Sparta Wrocław - wydarzeniem był powrót Macieja Janowskiego, który obok Woffindena ma utrzymać wrocławian w najwyższej klasie rozgrywkowej. Anglik po zmianie tłumików może zaliczyć gorszy rok. Tomasz Jędrzejak to zawodnik własnego toru, a Jepsen Jensen jakoś nie może udowodnić wielkiego potencjału. Ciekawe czy Piotr Baron będzie ryzykował i stawiał na Maksyma Drabika?  
8. Stal Rzeszów - Żurawie są poważnie obciążone kłopotami z własnym torem, a dla drużyn walczących o utrzymanie postawa przed własną publicznością będzie kluczowa. Kto najlepiej wykorzysta ten atut zachowa ekstraligowy status. Hancock poradzi sobie w każdych okolicznościach, ale reszta już niekoniecznie. Skandynawowie jeździli skutecznie w I lidze, szczebel wyżej, to może być dla nich zbyt wiele. Do tego słabi juniorzy, choć w Tarnowie talent pokazał Krystian Rempała. Jeden żużlowiec to za mało, by wygrywać mecze.     











piątek, 3 kwietnia 2015

Sensacja w błękitnych koszulkach

fot. polsatsport.pl
"Cała Polska w cieniu Śląska" - śpiewali koszykarscy kibice, gdy wrocławski zespół zdominował ligę na przełomie wieków. Teraz na ustach niemal wszystkich tytułów prasowych znalazła się inna drużyna, która pod względem zainteresowania zdetronizowała Barcelonę, Real i Manchester United razem wziętych. Oczywiście obie sytuacje są nieporównywalne, bo co prawda Błękitni pokonując Lecha sprawili ogromną sensację, lecz z ich strony o żadnej dominacji w piłkarskim świecie nie może być mowy.
Przede wszystkim obie ekipy spotkają się jeszcze przy Bułgarskiej, gdzie podopieczni Skorży mogą odrobić straty i ostatecznie wyeliminować rywali. Jednak i tak gracze z północy już dokonali wielkiej rzeczy, nawet jeśli nie zagrają w finale Pucharu, to nikt im nie zabierze pięknej przygody. Prezes Boniek zaprosił ich 2 maja na Stadion Narodowy (zresztą w swoim stylu na Twitterze. Chyba w pierwszej kolejności należało powiadomić zainteresowanych), media kreują ich na bohaterów, tylko czekać kiedy prezydent zaprosi na śniadanie do Belwederu. 
Największą gwiazdą został zdobywca dwóch bramek - Tomasz Pustelnik, który choć gra w obronie, to jest porównywany do Grzegorza Piechny. Ciekawe, czy któryś zespół z Ekstraklasy podejmie ryzyko i  zaproponuje mu kontrakt, a jeśli tak czy sobie tam poradzi? Pan Tomasz na co dzień jest strażakiem, ostatnio ta profesja jest wybitnie zasłużona dla polskiego sportu, bo dwa medale z Soczi przywiózł niedawno Zbigniew Bródka. Chyba zamiast boisk trzeba budować remizy.
Jak to się stało, że drużyna okupująca lokatę w środku drugoligowej stawki radzi sobie z ekipami najwyższej klasy rozgrywkowej? W początkowych rundach można by jeszcze przymknąć oko, bo piłkarze zmęczeni przygotowaniami, poza tym wiadomo jak się traktuje tą fazę Pucharu Polski. Jednak Błękitni z Cracovią rywalizowali już na etapie ćwierćfinału, skąd bardzo blisko do prestiżowego finału. Dodatkowo rozegrano mecz i rewanż, co ogranicza element przypadkowości. Pasy przegrały oba spotkania, więc nie ma dla nich żadnego wytłumaczenia.    
Lech to jeszcze silniejszy zespół, który mógł wyciągnąć wnioski z klęski krakowian. Wydawało się, że odrobili lekcję, bo Sadajew szybko wyprowadził Kolejorza na prowadzenie. Błękitni nic sobie z tego nie zrobili i zaaplikowali skonsternowanym rywalom trzy trafienia. Może po prostu różnice między piłkarzami różnych lig wcale nie są takie duże?
Błaszczykowski wyciągnięty z IV ligi, nie dzięki przenikliwemu skautingowi, lecz dzięki znajomościom wujka, staje się wkrótce jednym z kluczowych zawodników Wisły. Podobnie Rafał Boguski, który trafił pod Wawel, ponieważ ówczesny trener Jerzy Engel chciał pomóc klubowi prowadzonemu przez swojego syna - ŁKS Łomża. Początkowo zawodnik przesiadywał tylko na ławce rezerwowych, ale po wypożyczeniu do GKS-u Bełchatów stał się ważnym ogniwem zespołu, który zdobył wicemistrzostwo (Wisła zajęła ósmą pozycję). Robert Lewandowski według Mirosława Trzeciaka miał się nie nadawać do Legii i musiał kontynuować karierę w barwach Znicza Pruszków. Obecny współlider klasyfikacji strzelców Mateusz Piątkowski też grywał przeważnie dla słabszych klubów, żeby wreszcie dostać szansę od Jagiellonii. 
W każdym okienku transferowym nad Wisłę zmierzają tabuny zawodników ze wszystkich stron świata. Starzy, młodzi, z bogatym CV oraz tacy, którzy piłkarzami zostali chyba tylko z przypadku. Przepływ zawodników między polskimi klubami jest minimalny. Może Ślązacy przez specyfikę tego regionu wyróżniają się na tym tle i częściej sięgają po graczy z mniejszych drużyn. 
Jest wielu byłych sportowców ledwo wiążących koniec z końcem, myślę że za niewielkie wynagrodzenie zgodziliby się być regionalnymi skautami i jeździć po niższych ligach i turniejach dla juniorów. Tylko jakoś nie ma zainteresowania tego typu usługami, bo łatwiej zadzwonić do zaprzyjaźnionego menadżera.
















         






środa, 1 kwietnia 2015

Ultimatum dla Berga. Następcą Levy?

fot. sport.wp.pl
[to oczywiście żart, Stanislav Levy, przynajmniej na razie nie wróci do polskiej ligi]

W Legii bardzo poważnie podchodzą do rywalizacji w Pucharze Polski, jeśli zespół nie sięgnie po to trofeum przy Łazienkowskiej może nastąpić poważne przetasowanie. Bardzo dobrze, że krajowy Puchar zyskuje na znaczeniu; finał jest rozgrywany na Stadionie Narodowym, znacząco wzrosną również premie za eliminowanie kolejnych przeciwników. Czas by także trenerzy oraz zawodnicy z odpowiednią determinacją walczyli o zwycięstwo w rozgrywkach, które we wrześniu skończą 90 lat.
Warszawianie mają dodatkową motywację, ponieważ w poprzednim sezonie odpadli z Górnikiem Zabrze jeszcze jesienią. Z tego co pamiętam, to był ostatni mecz Jan Urbana jako szkoleniowca Wojskowych, więc Henning Berg powinien wyciągnąć z tego lekcję. 
Norweg do tej pory mógł liczyć na praktycznie bezwarunkowe wsparcie właścicieli, którzy akceptowali jego mniejsze, bądź większe wpadki i ekscentryczne decyzje. Nawet odpadnięcie z Ajaksem w marnym stylu nie wpłynęło na ocenę pracy byłego obrońcy Manchesteru United. Przynajmniej oficjalnie, bo kto wie co opowiadali między sobą przy napojach wyskokowych włodarze mistrza Polski. Raczej się tego nie dowiemy, chyba że byli tam jacyś rezolutni kelnerzy.
Tak czy inaczej porażka z Lechem prawdopodobnie zmieniła postrzeganie trenera. Niby Legia wciąż jest liderem tabeli, lecz siedem przegranych spotkań na dwadzieścia pięć to mało chlubny bilans. Zresztą kolejny tytuł nie wydaje się już tak pewny, a przed rundą wiosenną nie spotkałem człowieka, który zaryzykowałby stwierdzenie, że dojdzie do zmiany na ligowym tronie.
W razie ewentualnej dymisji za Norwegiem bym nie płakał, gdyż jak dla mnie jeszcze nie jest wybitnym szkoleniowcem. Może kiedyś będzie, dobrze mu życzę, lecz na razie nie jest. A już na pewno nie chroni go żaden immunitet od krytyki. 
Natomiast rozważanie do roli następcy Stanislava Levy'ego to jakieś nieporozumienie. Skądinąd sympatyczny Czech niespodziewanie pojawił się w Polsce jako opiekun Śląska Wrocław. Szybko stał się ciekawostką ligi, głównie za sprawą swojej fizjonomii. Internauci zrobili z niego maskotkę, wymyślając kolejne historie o przygodach p. Stanislava z lokalną opieką społeczną i przypisując mu zamiłowanie do tanich alkoholi o fioletowym zabarwieniu. Oliwy do ognia dolało prawdziwe zdarzenie podczas meczu Śląska z Lechem, gdy Levy zasłabł, bo jak tłumaczył przez cały dzień nic nie wypił.
Fajnie się pośmiać, ale wyniki sportowe nie bronią tego szkoleniowca. Początek miał nawet niezły, drużyna bez żalu pożegnała wymagającego Oresta Lenczyka i zaczęła regularnie punktować. Ostatecznie skończyło się brązowym medalem oraz finałem Pucharu Polski. Te osiągnięcia trzeba zaliczyć Levy'emu na plus. Jednak następny sezonu to powolna degrengolada zespołu. 
Niby Śląsk wyeliminował Bruggię, jednak chwilę później zebrał baty od Sevilli. Przegrana z Cracovią 0-3 była początkiem serii sześciu meczów zakończonej jednym zwycięstwem i pięcioma porażkami. Szczególnie bolało odpadnięcie z Pucharu Polski, bo tym samym uciekła szansa awansu tą drogą do europejskich rozgrywek. Jeszcze gorzej drużyna prezentowała się na przełomie rundy jesiennej i wiosennej. Siedem spotkań bez zwycięstwa przelało czarę goryczy w skutek czego rozwiązano kontrakt z Czechem.       
Nie mam pojęcia w czym Levy może pomóc Legii? Jego zatrudnienie na pewno byłoby wydarzeniem medialnym, co dla prezesa Leśnodorskiego jest ważnym kryterium. Jednak klub sportowy ma przede wszystkim zdobywać popularność postawą na boisku, a nie chwytami marketingowymi. A może sport to już tylko rozrywka?