O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

sobota, 29 listopada 2014

Misja: odbudować potęgę

fot. pl.wikipedia.org
Na początku obecnego wieku francuska liga stała pod znakiem dominacji Lyonu. Drużyna, która wcześniej nie miała na koncie ani jednego tytułu, zaczęła wygrywać rok po roku. Była nawet synonimem Ligue 1, bo żaden inny zespół nie potrafił nawiązać z nimi walki. 
Również w rozgrywkach europejskich godnie reprezentowała swój kraj, choć paradoksalnie największy sukces w Lidze Mistrzów odniosła już po utracie dominacji na własnym podwórku. Przez 7 lat sięgali po mistrzowską koronę, ale odkąd z tronu zepchnęło ich Bordeaux, nie potrafili wrócić na szczyt. Poprzedni sezon Lyon zakończył na piątej pozycji, najgorszej od 1998 r.  Niezbędne stało się znalezienie człowieka, który podejmie się misji wyprowadzenia klubu z kryzysu i powrotu do walki o najwyższe cele. Wybór padł na Huberta Fourniera.
47-letni szkoleniowiec nie jest szeroko znany. Wypromował się podczas poprzednich rozgrywek, gdzie świetnie sobie radził z małym klubem Reims. Podczas kariery piłkarskiej był obrońcą i zdarzyło mu się występować również w barwach ekipy ze Stade Gerland, choć odszedł tuż przed największymi tryumfami. Mocno przysłużył się polskiej reprezentacji. Pod jego wodzą rozwinął się Grzegorz Krychowiak, który wcześniej miał problemy z regularną grą w Bordeaux. Innym piłkarzem szczególnie istotnym dla ekipy z Szampanii prowadzonej przez Fourniera, był Kongijczyk Prince Onanigue    
Na południu Francji czeka go jednak znacznie trudniejsze zadanie. Ambicje Lyonu sięgają zdecydowanie wyżej niż jego poprzedniego pracodawcy, szczególnie gdy kibice pamiętają niedawne sukcesy. Okoliczności zewnętrzne też się zmieniły. Liga francuska generalnie jest wyrównana, mistrzowie często się zmieniają (poza czasem kiedy Lyon nie miał sobie równego przeciwnika). Klub najbardziej utytułowany - St. Etienne ma na koncie ledwie 10 wygranych mistrzostw. Dominacja PSG napędzana pieniędzmi szejków będzie trudna do przełamania. Prezes Jean-Michel Aulas musi sobie zdawać z tego sprawę i pewnie wykaże większość cierpliwość w przypadku pierwszych niepowodzeń, niż ma to w zwyczaju.    
Być może gdyby nie większa dawka wstrzemięźliwości, Fournier już by stracił posadę. Początek miał delikatnie mówiąc niezbyt dobry. W sierpniu przegrał trzy ligowe starcia z rzędu i to ze słabymi przeciwnikami. Dodatkowo nie dał rady rumuńskiemu Astra Giurgiu w Lidze Europy. Jednak od tamtej pory już nie poniósł porażki, co pozwoliło wskoczyć na trzecią pozycję w ligowej klasyfikacji.    
Wśród piłkarzy Lyonu trudno znaleźć gwiazdy europejskiego futbolu. Najbardziej znani to chyba bramkarz Anthony Lopes i Alexandre Lacazette - obecny lider tabeli strzelców Ligue 1. Sporo osób będzie też kojarzyć byłego gracza Milanu i Bordeaux - Yoanna Gourcuffa. Poza tym dominują młodzi zawodnicy. Średnia wieku wynosi 24,6 roku, tylko Marsylia i Monaco mają młodsze kadry. Przydomek Lyonu, Les Gones - dzieciaki, jest zatem aktualny.     
Na swój sposób Fournier podjął się misji samobójczej. Praktycznie żaden trener w ostatnich latach, nie zrobił wielkiej kariery po okresie zatrudnienia w Lyonie. Gerard Houllier jest znany głównie z zasiadania na ławce Liverpoolu. Praca na południu Francji to zmierzch jego pracy szkoleniowej. Paul Le Guen, Alain Perrin, Claude Puel, czy Remi Garde to solidne nazwiska, ale znane głównie nad Loarą. Za granicą nie robią wielkiego wrażenia. Może Fournier będzie pierwszym, o którym głośniej usłyszymy.      

















piątek, 28 listopada 2014

Gdzie jest krzyż?

fot. wprost.pl
Mistrz marketingu sportowego Florentino Perez odniósł kolejny sukces. Podpisał lukratywną umowę partnerską z czołowym bankiem na Półwyspie Arabskim. Informacja prawdopodobnie przeszłaby bez wielkiego echa, gdyby nie drobny szczegół. Na karcie kredytowej wydanej przez nowego sponsora Realu, widnieje herb klubu pozbawiony krzyża, wieńczącego koronę.
Pewnie do tej pory mało kto sobie nawet zdawał sprawę, że ten symbol był częścią herbu. Niewielki szczegół nie rzucał się w oczy. Decyzję podjęto ze względu na wrażliwość muzułmanów, którym krzyż kojarzy się z dominacją chrześcijan. Nie zostało natomiast wyjaśnione, czy odbyło się to na prośbę kontrahenta, czy Hiszpanie sami zdecydowali się na taki krok. Aby uspokoić fanów podkreślono, że wykastrowany herb będzie używany tylko w materiałach reklamowych Arabów, w Europie pozostanie bez zmian.     
Od razu napiszę, że nie podoba mi się nazbyt duża uległość wobec sponsorów. Od dawna wiadomo, że profesjonalnego sportu nie da się robić bez pieniędzy, ale chyba ciągle, są obok nich jeszcze inne wartości. Kompletnie mi nie przeszkadza współpraca z muzułmanami, czy przedstawicielami jakiejkolwiek innej religii. Musi się to jednak odbywać na zasadzie partnerstwa. Barcelona też podpisała kontrakt z Katarczykami, ale nikomu nie przyszłoby do głowy usuwanie krzyża z herbu katalońskiej ekipy, który również tam się znajduje.
Real jest drużyną mocno kojarzoną z hiszpańską monarchią. Nie bez parady Los Blancos noszą przydomek Królewscy. Zresztą całe zamieszanie wynikło właśnie z decyzji króla Alfonsa XIII, który wyróżnił klub tym tytułem i koroną królewską w logo. Pół żartem można dodać, że jak zwykle Polacy też mieli swój udział. Króla przed śmiercią w zamachu ocalił wynalazek Jana Szczepanika, nazywany prototypem kamizelki kuloodpornej. Pewnie sukcesor nie byłby aż tak wielkim fanem sportu i nie zawracałby sobie głowy nadawaniem tytułów organizacjom zajmującym się kopaniem skórzanego balona.
Czy się to komuś podoba czy nie, monarchia hiszpańska od początku jest związana z religią katolicką. Zjednoczenie Półwyspu Iberyjskiego dokonało się za sprawą małżeństwa Ferdynanda i Izabelli Katolickich. To podczas ich panowania miało miejsce zdobycie Grenady i tym samym wyparcie muzułmanów z terenów dzisiejszej Hiszpanii. Historia nie musi decydować o naszych, współczesnych działaniach, ale też trudno całkiem o niej zapominać.  
Nie widzę powodu, by rezygnować z własnych wartości, co nie oznacza dyskryminacji innych. Jednak zasada szacunku ma działać w obie strony. Europejczycy tolerują obecność symboli muzułmańskich, judaistycznych, buddyjskich etc., więc mają prawo domagać się tego samego dla siebie. A jeśli ktoś ma z tym problem, to nie powinno się z nim współpracować.









środa, 26 listopada 2014

Legia listy pisze

fot. eurosport.onet.pl
Niektórzy już zaczęli pisać listy do św. Mikołaja. Być może boją się, że z powodu kryzysu nie dla wszystkich starczy prezentów i trzeba szybko ustawić się w kolejce. Tym bardziej jeśli się ma dość spore wymagania, jak żądanie 5 mln. euro za Michała Żyro.
Tak naprawdę nie wiem o co chodzi. Legia jest podobno w świetnej kondycji finansowej, zwłaszcza na tle naszej, bankrutującej ligi. Żyro to wyróżniająca się postać drużyny, która byłaby przydatna zarówno podczas wiosennej kampanii europejskiej, jak i ewentualnie podczas walki o Ligę Mistrzów. Pod względem zarobków pewnie też jakoś specjalnie nie obciąża budżetu, szczególnie porównując go z obcokrajowcami. Może zatem warszawski klub jest kolosem na glinianych nogach, a jego finanse mają się znacznie gorzej, niż ich obraz kreowany w mediach?
Zadziwia desperacja z jaką cała rzecz się odbywa. Rozumiem, że Legia uważa sprzedaż reprezentanta Polski za korzystną transakcje, ale działając w ten sposób ośmiesza sprawę i osłabia swoją pozycję negocjacyjną. Jeśli jakiś chętny by się znalazł, to widząc podejście kontrahenta, szybko zorientuje się, że może łatwo zbić cenę. Sam piłkarz też nie nalega na przeprowadzkę do innego kraju.
"Michał będzie dostępny dla topowych europejskich klubów tej zimy" - zapewnia w liście Legia. Myślę, że w Barcelonie, Madrycie, Manchesterze, Monachium i Londynie po tej informacji telefony od razu rozgrzały się do czerwoności. Dyrektorzy sportowi nerwowo przeglądają budżety, aby wygospodarować sumę żądaną przez mistrza Polski. "Jego wartość jest nadzwyczajna" - brzmi jak reklama garnków w telezakupach. "Jest niewątpliwie najlepszym, młodym zawodnikiem w Polsce od czasu Roberta Lewandowskiego" - o ile sobie przypominam Lech sprzedał Lewego za sporą sumę, bez takich, marnych działań. Całe dzieło jest napisane w podobnym, bełkotliwym stylu. 
Prezes Leśnodorski bagatelizuje tą sytuację. "Ktoś napisał, ktoś nie przeczytał" - tłumaczy prezes. Tak jakbym gdzieś to już słyszał. Wpadka z Celtikiem też wynikła przez "czyjąś" niefrasobliwość. Wtedy poleciała kierownik drużyny - Marta Ostrowska, może nie tylko ona była całym złem w klubie z Łazienkowskiej?  Tym razem karzący palec sprawiedliwości wskazuje na dyrektora ds. rozwoju sportowego Dominika Ebebenge. Nota bene jakoś nie zauważyłem jego szczególnej przydatności dla rozwoju Legii, poza marketingowymi akcji w stylu Ice Bucket Challenge. Może niech on coś najpierw osiągnie w życiu, a dopiero potem bierze się za dyrektorowanie w czołowym, polskim klubie.

wtorek, 25 listopada 2014

Ile cukru w cukrze?

fot. jambox.pl
Czyli jak radzą sobie mistrzowie w Lidze Mistrzów, bo jeden z głównych zarzutów pod adresem tych rozgrywek to zatarcie się elitarnego charakteru. Trzeba przyznać, że nie jest tak najgorzej.
Pod tym względem wzorcem może być grupa A, gdzie grają wyłącznie zwycięzcy rodzimych rozgrywek. Co więcej, obecnie te drużyny świetnie też sobie radzą na własnym podwórku. Malmo już obroniło tytuł, duże na to szanse mają również Juventus i Olympiakos. Atletico raczej nie ma co marzyć o kolejnej mistrzowskiej koronie, lecz mimo kilku osłabień kadrowych spisuje się bardzo dobrze.   
Grupę B zdominował Real, więc nie ma mowy aby tryumfował mistrz krajowy. Basel i Łudogorec powalczą z Liverpoolem o drugie miejsce. Szwajcarzy mogą się skupić na europejskiej rywalizacji. Z kolei Bułgarom rywalizacja na kilku frontach odbija się czkawką. U siebie na razie zajmują pozycję wicelidera, ale często tracą punkty i ich dystans do CSKA Sofia wynosi pięć oczek.       
Benfica musi walczyć z ekipami, które nie zdołały w zeszłym sezonie zdystansować krajowych rywali. Mimo to podopieczni Jorge Jesusa zajmują ostatnią pozycję. Jeszcze mają nadzieję na awans, lecz wyżej ceni się pozostałe kluby. Pocieszeniem dla nich może być dobra gra w portugalskiej ekstraklasie. Ewentualnie za rok będzie okazja do poprawy.   
Dość podobną sytuację jak Benfica ma Anderlecht. W rywalizacji z Arsenalem oraz Borussią Dortmund nikt im nie dawał dużych szans i rzeczywiście prognozy się potwierdziły. Faworyci, pod rękę wejdą do fazy pucharowej. Belgom pozostaje walka o trzecią lokatę, gwarantującą miejsce w Lidze Europy. Muszą jednak pamiętać, że Club Brugge i Gent mocno na nich naciskają podczas rozgrywek Jupiler League.    
W grupie E nie ma żadnej dyskusji, Bayern bezwzględnie dominuje, a reszta gra o drugą pozycję. Prawdopodobnie dzisiaj rozstrzygnie się ta kwestia, kiedy CSKA Moskwa podejmie Romę. Zatem możliwy jest awans drugiego mistrza krajowego. Wojskowym dość kiepsko idzie na własnym podwórku. Rywali z Sankt Petersburga raczej już nie dogonią, a w ogóle mogą mieć trudności z awansem do Ligi Mistrzów. Angielski czempion głównie się kompromituje, awans Obywateli należy uznać za graniczący z cudem.  
Pecha mieli mistrzowie Cypru i Holandii. Trafił im się zestaw z Barceloną i PSG. Nikt nie będzie miał zatem pretensji, jeśli skończą rywalizację już na fazie grupowej. Tym bardziej, że nie zawodzą w rodzimych rozgrywkach.    
Honoru ligowych tryumfatorów broni Maribor. Słoweńcy od początku byli uznawani za autsajderów, już sama obecność w gronie 32 czołowych zespołów Europie to ogromny sukces. Spisują się nadspodziewanie przyzwoicie, przegrali tylko jedno starcie. Raczej nie wystąpią podczas wiosennych zmagań, ale pozostawią po sobie dobre wrażenie. 
Sytuacja w grupie H przebiega pod dyktando FC Porto, które ustąpiło Benfice miejsca na portugalskim tronie. Nieźle idzie mistrzowi Ukrainy - Szachtarowi Donieck. Górnicy okupili to jednak stratami na własnych śmieciach. Po raz pierwszy od kilku lat, mogą stracić krajowy prymat. Tego problemu nie ma BATE Borysow, które dzieli i rządzi na Białorusi. Ten komfort może im pomóc awansować do kolejnego etapu Ligi Mistrzów, bo jeszcze jest taka szansa. 

poniedziałek, 24 listopada 2014

Przewidywalny jak Niemiec

fot. polskieradio.pl
Okropnie nudna jest w tym roku Bundesliga. To, że Bayern sięgnie po trzecią z rzędu mistrzowską koronę, było właściwie wiadomo już przed sezonem. Styl w jakim się to dzieje, zaskakuje jednak nawet zagorzałych fanów Bawarczyków. Gracze Guardioli na boisku robią praktycznie co chcą, punkty stracili tylko trzykrotnie, w tym dwa razy jeszcze w lecie. Ostatnio rozbili Hoffenheim prezentując grę z najlepszych, barcelońskich czasów Hiszpana.         
Przed rokiem Bayern finiszował z gigantyczną przewagą 19 punktów na wicemistrzem. Niewykluczone, że tym razem będzie jeszcze więcej, choć wydaje się to niemożliwe. Wtedy przynajmniej Borussia Dortmund starała się gonić starego rywala, a teraz tą rolę próbuje odgrywać Wolfsburg, ale jakoś nie wierzę, żeby na dłuższą metę im się udało.
Osobny problem to całkowita degrengolada BVB. Plaga kontuzji jest usprawiedliwieniem, ale tylko częściowym. Popełniono błędy w polityce kadrowej, które mocno się przyczyniły do takiej sytuacji. O odejściu Lewandowskiego było wiadomo dużo wcześniej, a nie zabezpieczono odpowiednio jego następcy. Niechęć prezesa Watzke do wydawania pieniędzy jest powszechnie znana, ale gracza klasy Polaka trudno zastąpić byle kim. Ściągnięto dwóch zawodników, lecz żaden z nich nie może się nawet równać z najlepszym snajperem poprzedniego sezonu. Immobile i Ramos jak na razie tylko czterokrotnie wpisali się na listę strzelców. Kolejnym niewypałem był powrót Kagawy. Japończyk na Old Trafford zatracił dawną kreatywność i popadł w przeciętność. Trenerowi Kloppowi nie udaje się odbudować tego gracza.
Zresztą sam szkoleniowiec też ma już chyba dość pracy w takich warunkach. Coraz głośniej mówi się o jego przeprowadzce na Wyspy. Obecnie z uznanych ekip, najbliżej zmiany na fotelu menadżera jest w Liverpoolu, gdzie Brendan Rodgers stracił mocną pozycję. Również szejkowie z Manchesteru City rozważą nową osobę, jeśli Manuel Pellegrini nie poprowadzi ich do sukcesu w Lidze Mistrzów. Na razie się na to nie zanosi, bo Obywatele zajmują ostatnie miejsce w swojej grupie.
Bundeslidze brakuje trochę świeżości. Niby nieźle sobie radzi beniaminek z Padeborn, ale czy zespół z małego, jak na warunki niemieckie miasta jest w stanie na dłużej zamieszać w lidze? Zresztą akurat zachodnią część kraju, reprezentują liczne kluby. Piłkarską pustynią jest wschód. Na najwyższym szczeblu nie gra żadna ekipa z byłej NRD (Hertha była drużyną z Berlina zachodniego). Szumnie zapowiedziana inwestycja Red Bulla w Lipsku przynosi umiarkowane korzyści. Tamtejszy zespół na kontakt z czołówką, lecz o awans powalczy jeszcze kilku innych rywali.     












niedziela, 23 listopada 2014

Krok od przepaści

fot. dualspor.zq.pl
Żużlowa Ekstraliga zaczyna sypać się jak domek z kart. Po sensacyjnej zapowiedzi prezes Marmy Rzeszów Marty Półtorak o odejściu ze speedwaya, podobną decyzję rozważa Krystyna Kloc ze Sparty Wrocław. Jest to jakiś paradoks, że o przyszłości typowo męskiego sportu, zdecydują dwie kobiety. 
Mało kto wierzył w pierwsze deklaracje pani Półtorak. Przecież nie po to się awansuje do najwyższej klasy rozgrywkowej, żeby nawet nie podjąć rękawicy. Tłumaczono sobie, że rzeszowscy włodarze chcą uzyskać finansowe wsparcie od miasta i dopuszczają się swoistego szantażu. Podobno też, w miejsce firmy Marma mieli wejść inni sponsorzy. Jakoś ich nie widać.  
Najgorzej, że jeśli przyjrzeć się uzasadnieniu tej decyzji pani prezes, trzeba przyznać jej rację. Zwracała uwagę na nieefektywność spółki zarządzającej rozgrywkami Ekstraligi. Panowie Stępniewski i Kowalski znaleźli sobie ciepłe fotele, nie dając w zamian właściwie nic. Przez lata pozwalano na planowanie przez kluby budżetów, nie mających pokrycia w rzeczywistości. Rosnące wydatki stały się kołem młyńskim uwiązanym u szyi większości drużyn.    
Druga sprawa to atrakcyjność rozgrywek. W kolejnym roku Ekstraliga prawdopodobnie bardzo mocno się podzieli na zespoły walczące o medale oraz resztę mającą za cel jedynie utrzymanie. Będzie więcej meczów o nic, w których kwestią będzie tylko czy faworyt wygra różnicą 26, czy 30 punktów. Kibice nie chcą oglądać czegoś takiego, co z kolei przełoży się na mniejsze wpływy z biletów. Znowu normą będzie wystawianie składu juniorów, jak to robiła Częstochowa?   
Krystyna Kloc zwraca uwagę na niewielki wpływ klubów, na to co się dzieje w lidze. Ludzie inwestujący własne pieniądze w sport, mają być zakładnikami działaczy. To sytuacja rodem ze słusznie minionej epoki. Obecnie nie ma szans aby to działało. Prezes PZM Andrzej Witkowski jest bardziej namiestnikiem władz światowych na Polskę, niż liderem lokalnego środowiska motorowego. Z jednej rundy GP na Stadionie Narodowym wyżywi się może on sam, ale nie cała dyscyplina.
Jaki jest plan B, jeśli rzeczywiście Rzeszów i Wrocław nie przystąpią do Ekstraligi? Obawiam się, że nic takiego nie ma. Pewnie pojedziemy w szóstkę, co radykalnie zmniejszy zainteresowanie rozgrywkami żużlowymi. Częstochowa i Gdańsk dopiero z hukiem zleciały. Bydgoszcz od kilku lat nie może się pozbierać finansowo. Również Gniezno odpokutowuje jeden sezon spędzony w elicie. Tylko Ostrów byłby ewentualnie chętny, by uzupełnić skład Ekstraligi, ale po tym co się stało na meczu z Wandą, ich obecność zahaczałby o kompromitację.  
Rozwiązaniem awaryjnym byłoby wprowadzenie, przynajmniej na jakiś czas salary cap. To rozwiązanie stosuje się między innymi w amerykańskim ligach zawodowych. Polega ono na wprowadzeniu limitu wydatków, a po jego przekroczeniu płaci się karę na rzecz klubów, które zmieściły się w wyznaczonej puli. Przykładowo jeśli ktoś przeszarżował o milion złotych, drugi milion musi oddać do podziału reszcie rywali. Może udałoby się w ten sposób zamrozić wzrost kosztów i przeczekać trudniejsze czasy, dając oddech biedniejszym ośrodkom.








sobota, 22 listopada 2014

Kruche twierdze Ekstraklasy

fot. mapofpoland.pl
Wczoraj Legia pojechała na niezdobyty, do tamtej pory stadion w Bełchatowie. Dosyć łatwo wywiozła trzy punkty, gospodarze stawiali opór właściwie tylko przez pół godziny. Tym samym w lidze pozostały tylko dwa obiekty, na których gospodarze nie doznali porażki.
Zresztą w ogóle jeśli się spojrzy na domowe zdobycze punktowe, to dochodzi się do wniosku, że własny stadion nie jest w Polsce wielkim atutem. Wszystkim daleko do Wisły Kraków, która w latach 2001-2006 przez 73 ligowe spotkania z rzędu, nie dała się pokonać przy Reymonta.    
Najskuteczniejszy u siebie jest Śląsk Wrocław. Ponad 70% dorobku punktowego, to zasługa dobrej postawy na własnym obiekcie. Drużyna Tadeusza Pawłowskiego na osiem potyczek, wygrała tam sześć, a tyko dwa razy remisowała. Przyjezdnym na Dolnym Śląsku trudno  nawet strzelić gola, udało się to ledwie trzykrotnie. W ogóle na wrocławskim obiekcie kibice rzadko mogą oglądać kanonadę strzelecką, tylko bełchatowianie pod tym względem mają gorzej.
Niespodziewanie miano drugiego, niepokonanego gospodarza noszą futboliści Górnika Łęczna. Co prawda większość meczów remisują, ale trzeba zauważyć tendencję spadkową. Bezpośrednio przed przerwą reprezentacyjną nie błyszczeli. Dwie bramki w trzech konfrontacjach nikogo nie satysfakcjonują. Wcześniej fani z Lubelszczyzny mogli być świadkami dwóch porywających spotkań. Ich drużyna najpierw rozgromiła Zawiszę Bydgoszcz 5-2, a później rozegrała fantastyczną drugą połowę z Pogonią i pokonała rywala 4-2. Jednak te mecze odbyły się w sierpniu.
Bardzo dobrze na własnym stadionie radzi sobie również Cracovia. Właściwie tylko dzięki temu, nie znajduje się w strefie spadkowej. Przy Kałuży ekipa Podolińskiego gra bardzo bezkompromisowo, albo wygrywa, albo przegrywa, tych pierwszych wypadków jest zdecydowanie więcej. Przede wszystkim znacznie lepiej spisuje się tam defensywa, będąca piętą Achillesową krakowskiego klubu.   
O handicapie swojej twierdzy, nie mogą mówić w Legii, Wiśle i Lechu. Mistrz Polski zdobywa mniej więcej tyle samo punktów u siebie, co na wyjeździe. Wisła jest nawet skuteczniejsza poza grodem Kraka. Z kolei Lechowi zdecydowanie lepiej gra się w Poznaniu, lecz bilans daleko odbiega od oczekiwań. Kolejorz wygrał przy Bułgarskiej tylko co drugi mecz, ale strzelił tam najwięcej goli spośród ligowych gospodarzy.
Fatalnie radzi sobie Lechia. Tylko dwa zwycięstwa stawiają ją, obok Zawiszy i Ruchu na pozycji najsłabszej domowej ekipy. Ich dorobek wynosi siedem oczek, już na obcych boiskach są skuteczniejsi. Do Świąt będą mieli jeszcze dwie okazje do podreperowania konta, chociaż rywale nie będą łatwi, bo Jagiellonia i Piast nieźle sobie radzą na obcym terenie.















piątek, 21 listopada 2014

Przegrany kończy sezon

fot. mirror.co.uk
Dawniej takie mecze decydowały o tym, która drużyna zdobędzie tytuł mistrzowski w Anglii. Obecnie spotkanie szóstej i siódmej ekipy Premier League pewnie nie wzbudziłoby zainteresowania, gdyby tych pozycji nie okupowały Arsenal oraz Manchester United. Oczekiwania kibiców była znacznie większe.
Niby zespoły znajdujące się bezpośrednio przed nimi, nie mają dużej przewagi, ale już czołowa trójka odjechała na większy dystans. Czyżby tak utytułowanym klubom pozostała tylko walka o czwarte miejsce?  Faworytem będą jutro Kanonierzy. W tym sezonie u siebie nie doznali jeszcze porażki, strzelając średnio dwa gole na mecz. Przed przerwą na reprezentację Arsenal przegrał ze Swansea, ale wcześniej łatwo ograł Burnley i Sunderland. Formą błysnął Danny Welbeck, który wpisywał się na listę strzelców w narodowych barwach. Dla Chile trafił również Alexis Sanchez.
Wenger wreszcie będzie mógł udowodnić, że potrafi ogrywać nie tylko słabsze drużyny. W bieżących rozgrywkach po dobrym meczu zremisował z City, a po katastrofalnym uległ Chelsea. Wygrana z Diabłami dałaby Francuzowi chwilę spokoju, wobec coraz głośniejszych głosów domagających się zmian na Emirates. Przyznaje, że sam nie jestem jego fanem. Według mnie im szybciej Kanonierzy znajdą nowego szkoleniowca, tym sukcesja odbędzie się łagodniej. W innym przypadku czeka ich to samo, co sobotniego rywala.     
Skoro w Anglii nie ma żadnego fachowca odpowiadającego wymaganiom włodarzy klubu, mogą poszukać na przykład w ojczyźnie dotychczasowego menadżera. Marcelo Bielsa z powodzeniem  kieruje Marsylią, ale to człowiek nieobliczalny, więc po spokojnym Wengerze mógłby być szokiem. Świetnie sobie radzi Hubert Fournier, który wyciągnął z kryzysu Lyon. Wcześniej osiągał nadspodziewanie dobre wyniki ze skromnym Reims, a przy okazji wypromował na przykład Grzegorza Krychowiaka, czy Prince'a Onanigue. Być może Laurent Blanc byłby skłonny zamienić Paryż na Londyn.
U ekipy Luisa van Gaala bez zmian. Czasem wymęczą zwycięstwo z jakimś autsajderem typu Crystal Palace, lecz generalnie trwa marazm. Bilans wyjazdowy woła o pomstę do nieba, tylko trzy zespoły w lidze radzą sobie pod tym względem gorzej. Słabe nastroje dodatkowo popsuła kontuzja Blinda - Holender przez kilka miesięcy odpocznie od futbolu. Dobrze, że wraca Di Maria, bo przynajmniej ofensywa będzie wyglądała w miarę mocno. Jej liderem powinien być Wayne Rooney, podbudowany spektaklem jaki dał w Glasgow.    
Jednak obrona przypomina sito. Pozostaje tradycyjnie liczyć na cuda w bramce dokonywane przez De Geę, bądź na to, że atak nadrobi straty. Prawdopodobnie defensorzy, którzy wyjdą na londyńską murawę w strojach MU, zagrają ze sobą pierwszy raz i wątpliwe, by takie zestawienie się kiedykolwiek powtórzyło.
Ostatnie konfrontacje kończyły się korzystniej dla Czerwonych Diabłów. Na Old Trafford będą starali się przedłużyć serię pięciu zwycięstw z rzędu, ale to na wiosnę. Emirates też nie jest dla nich niezdobytą twierdzą. W obecnej dekadzie tylko raz gospodarze wygrali tam z United, a dwukrotnie schodzili pokonani i tyle samo razy dzielono punkty. Nawet pod rządami Moyesa, Arsenal nie zdołał ograć przeciwnika. W sobotni wieczór historia nie będzie jednak miała już znaczenia.   






czwartek, 20 listopada 2014

Nigeria nie obroni Pucharu

fot. czasfutbolu.pl
Spora niespodzianka zdarzyła się wczoraj na afrykańskich boiskach. W styczniu, do Gwinei Równikowej nie pojadą piłkarze Nigerii. Tym samym Superorły straciły szansę na obronę trofeum, które wywalczyły dwa lata temu. Podopieczni Stephena Keshi tylko zremisowali z RPA i na finiszu dali wyprzedzić się ekipie Konga. Jeszcze kilka miesięcy temu na mundialu, zespół z zachodu Afryki wyszedł z grupy, co pozwalało przypuszczać, że spokojnie poradzą sobie z nie najmocniejszymi przecież rywalami. Z ulgą odetchnęli między innymi w Chelsea, Lille, Granadzie, czy Lazio, bo nie stracą na kilka tygodni swoich graczy.          
Kryzys trwa dalej w reprezentacji Egiptu. Sytuacja w kraju ciągle jest napięta i na pewno wpływa to również na sport. Inna sprawa, że trafiła im się dość mocna grupa - musieli rywalizować z Tunezją i Senegalem. Z takimi przeciwnikami nie potrafili wywalczyć choćby remisu. Punkty zdobywali tylko na słabiutkiej Botswanie.
Na przeciwnym biegunie znalazła się Algieria. Po odejściu Vahida Halilhodzicia wróżono im regres, a tymczasem zostali najlepszą drużyną eliminacji i automatycznie jednym z głównych faworytów do zwycięstwa w turnieju. Obecnie Lisy Pustyni prowadzi ceniony we Francji Christian Gourcuff, który przez wiele lat utrzymywał w lidze skromną ekipę Morszczuków z Lorient. Jego poprzednik właśnie został wyrzucony z Trabzonsporu... 
Algieria długo legitymowała się kompletem punktów, lecz w ostatniej kolejce przegrała z walczącym o awans zespołem Mali. Dzięki temu rozstrzygnięciu, podopieczni Henryka Kasperczaka również znaleźli się w finałowej stawce. Orły mogą sprawić tam niespodziankę, bo maja kilku niezłych zawodników: Seydou Keita, bracia Yatabare, czy Bakary Sako.
Innym zaskoczeniem może być również Republika Zielonego Przylądka. Ludność tego małego, wyspiarskiego państewka liczy sobie niecałe pół miliona osób, niewiele więcej niż populacja Gdańska. Dopiero po raz drugi zagrają w Pucharze Narodów Afryki, dwa lata temu wyszli nawet z grupy, odpadając w ćwierćfinale. Teraz w eliminacjach mieli łatwych rywali (Zambia, Mozambik i Niger), ale trzeba się z nimi liczyć.
Królem strzelców został reprezentant Burkina Faso - Jonathan Pitroipa. Były gracz Rennes, a obecnie arabskiego Al Jazira Club, w sześciu spotkaniach, pięciokrotnie trafiał do siatki rywali. Jest to już zawodnik 28-letni, więc kluby europejskie nie będą się o niego zabijały, lecz jeśli wprowadzi Ogiery do strefy medalowej, to kto wie.


środa, 19 listopada 2014

Co pokazali zmiennicy

fot. gwizdek24.se.pl
Mecze towarzyskie są głównie po to, żeby sprawdzić zawodników z zaplecza kadry. Oczywiście największą wartość mają starcia z mocnymi przeciwnikami, a nie gierki z półamatorami. Spotkanie ze Szwajcarią było idealną okazją do przetestowania rezerwowych graczy. Nawałka od razu zapowiedział, że dokona kilku zmian i słowa dotrzymał.
Zgodnie z ustaleniami, zmiennicy Szczęsnego otrzymali po 45 minut. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że o obsadę bramki nie musimy się martwić. We Wrocławiu potwierdziło się to w 100%. Boruc kapitalnie interweniował, ratując Polaków przed stratą gola. Przy trafieniu Drmicia nic nie mógł poradzić. Fabiański nie miał wielu okazji, żeby zademonstrować swoje umiejętności, ale grał pewnie i nic nie zawalił. Takim bramkarzom wystarczą tylko regularne występy w klubach, o resztę można być spokojnym. Właściwie obojętne, który z tej trojki wyjdzie w pierwszym składzie, nie będzie to miało negatywnych konsekwencji dla zespołu.
W obronie największe nadzieje wiązano z Pawłem Olkowskim. Mecz zaczął się dla niego fatalnie. Gdyby nie Boruc, Shaqiri  trafiłby do naszej siatki po jego błędzie. Później uspokoił grę, lecz zabrakło błysku. Tylko poprawny występ. Jeszcze gorzej zaprezentował się Thiago Cionek. Obawiałem się czy ten piłkarz ma umiejętności, aby rywalizować na takim poziomie. Według mnie, po raz kolejny potwierdziło się, że nie. W dodatku nie jest to młody zawodnik, po którym można by się spodziewać postępu. Trzeba szukać kogoś innego. Broź dostał prawie całą drugą połowę. Trudno oceniać ten występ, bo raczej chował się za plecy kolegów. Na pewno niczym nie zachwycił, lecz dobra postawa w Legii predestynuje go do otrzymania kolejnej szansy. Najlepiej, żeby zagrał od pierwszej minuty.
Pomoc również nie zachwyciła. Zieliński był bodaj najsłabszy na murawie i już w przerwie pożegnał się z wrocławską publicznością. Dopóki nie zacznie regularnie grać w swoim klubie, nie powinien występować w biało-czerwonym stroju. Kucharczyk trochę lepiej, ale było widać że nie do końca potrafi znaleźć wspólny język z innymi piłkarzami. Pewnie to kwestia zgrania, reprezentacja to nie Legia, choć akurat miał do pomocy kilku kolegów z Warszawy. Żyro zasłużył na solidną reprymendę. Nie po to się wpuszcza piłkarza ok. 50 minuty, żeby za pół godziny złapał dwie żółte kartki. Chyba zamieszanie wokół jego transferu, nie za dobrze działa na Legionistę.
Najmniej czasu dostał Łukasz Teodorczyk. Trochę szkoda, bo po zamianie Poznania na Kijów, zniknął z radarów polskich kibiców. Jak gra Lewandowski wiedzą wszyscy, a były Lechita nie miał tylu okazji, żeby o sobie przypomnieć. W obecnej sytuacji i tak może być tylko napastnikiem nr 3, lecz warto by było wiedzieć, czy robi jakieś postępy.










poniedziałek, 17 listopada 2014

Pokonać ochroniarzy papieża

fot. szwajcaria.com.pl
Na zakończenie bardzo udanej jesieni, kadra Nawałki zmierzy się ze Szwajcarią. Państwo położone u stóp Alp, jest mało kojarzone z futbolem, bardziej ze sportami zimowymi. Niesłusznie zresztą, bo przedstawiciele tej narodowości byli wśród pionierów piłki nożnej. Hans Gamper zakładał na przykład Barcelonę, a szwajcarska federacja uczestniczyła w stworzeniu FIFA. Do tej pory, większość międzynarodowych instytucji piłkarskich, mieści się właśnie tam. Obecny szef FIFA też się stamtąd wywodzi, ale akurat co do Blattera, to nie ma się czym chwalić.   
Dla nas to dosyć egzotyczny rywal. Po raz ostatni, starliśmy się za kadencji Jerzego Engela. Łatwo pokonaliśmy wtedy Helwetów 4-0. To jedyna potyczka w XXI wieku. Ogólny bilans zdecydowanie na korzyść Polski. W dziewięciu meczach wygraliśmy cztery razy, tylko raz schodząc z murawy jako pokonani. Co ciekawe, ojczyzna sera, czekolady i zegarków, wyjątkowo pasowała obecnemu prezesowi PZPN. Boniek wpakował im trzy gole.  
Początek obecnego stulecia, nie należał do specjalnie udanych dla Szwajcarów. Impulsem sanacji futbolu, było przyznanie krajowi mistrzostw Europy. Oczywiście im się to udało, bo od 2004 r. opuścili tylko jeden duży turniej: polsko-ukraińskie Euro. Nic dziwnego, gdyż to bardzo zapobiegliwy naród. Mimo, że od 199 lat są państwem neutralnym, posiadają największą armię na kontynencie, w stosunku do liczby ludności. 200 tys. osób to dwa razy więcej niż liczy sobie nasze wojsko, a przecież Helwetów jest zaledwie 8 mln. Do tego, praktycznie w każdym domu znajduje się przynajmniej jedna sztuka broni, dostęp jest bodaj najpowszechniejszy w Europie. Zrozumiałe więc, że nawet Hitler bał się ich zaatakować, a papieże wybrali na swoich ochroniarzy.
Reprezentacja jakoś jednak nie przekonuje. Na brazylijskim mundialu, mimo łomotu z Francją wyszli z grupy, lecz później nie dali rady Argentynie. Jak na tak zdolne pokolenie piłkarzy, można mieć zastrzeżenia do ich gry. Wydaje mi się, że powinni lepiej się prezentować. Początek bieżących eliminacji też trudno uznać za udany. Przegrali bardzo ważną batalię ze Słowenią, być może decydującą w kontekście awansu.
Helweci największą siłą dysponują z przodu. Shaqiri, Mehmedi, Seferovic, Dżemaili czy Drmic to gracze znacznie groźniejsi, niż reprezentanci Gruzji, z którymi potykaliśmy się kilka dni temu.  W obronie największą gwiazdą jest Lichtsteiner, ale on we Wrocławiu nie zagra. Kibice skojarzą na pewno, byłego defensora Arsenalu - Johana Djourou, chwalony był również Ricardo Rodriguez. Tego drugiego ponoć chciała nawet Barcelona.






niedziela, 16 listopada 2014

Zmiana warty

fot. zczuba.pl
Powiększenie puli drużyn, które mają grać na mistrzostwach Europy, miało sprawić, że eliminacje będą właściwie fikcją. Przed najbardziej utytułowanymi zespołami stworzyła się perspektywa, prawie dwóch lat spokojnego grania spotkań, niewiele różniących  się od sparingów. Chyba za bardzo je to uśpiło, bo stało się coś zupełnie odwrotnego.
Już na początku eliminacji objawiła się Islandia. Wyspiarze bez kłopotów rozbili Turcję, a w następnej serii meczów, nie dali szans Holandii. Ekipa prowadzona przez Larsa Lagerbacka nie straciła jeszcze bramki. Awans do tak dużej imprezy, byłby oczywiście pierwszym, tak dużym sukcesem w historii. Dodatkowo świetnie spisują się również Czesi, co powoduje, że poważnie zagrożeni są Oranje. Turcy już pożegnali się z marzeniami o francuskich boiskach.  
Nasz region w ogóle radzi sobie znakomicie. Jak u Hitchcocka - zaczęło się od trzęsienia ziemi, czyli tryumfu piłkarzy Pavla Vrby nad Holandią, a potem emocje już tylko rosły. Słowacja wydarła zwycięstwo z Hiszpanią, natomiast Polacy dołożyli trzy oczka z Niemcami. Łącznie te drużyny rozegrały 11 potyczek, tylko raz tracąc punkty (remis naszych ze Szkotami). 
Największą sensacją ostatnich dni, była porażka Grecji z Wyspami Owczymi. Mistrzowie Europy sprzed 10 lat, mogą zapomnieć o francuskim turnieju. W czterech rozegranych spotkaniach, uciułali ledwie punkt, a grupy nie mają jakoś przesadnie mocnej. Zamiana Fernando Santosa na Claudio Ranieriego, była chyba jedną z największych pomyłek  tamtej federacji. Siłą rzeczy, w tamtej grupie też dojdzie do niespodzianki. Na razie, najlepiej radzi sobie Rumunia, która w XXI wieku rzadko gościła na futbolowych salonach.  Powalczą również ekipy Węgier oraz Irlandii Płn., jeszcze dłużej czekające na sukces. 
Listę zespołów z drugiego szeregu, znajdujących się aktualnie na szczycie tabeli zamyka Austria. Wczoraj sensacyjnie ograła Rosję, więc w ich przypadku już nie można mówić o jednorazowym wybryku. Gdyby nie przywilej gospodarza turnieju, na udział w mistrzostwach Austria czekałaby od 1998 r., kiedy futboliści rywalizowali na francuskim mundialu. Widocznie ten kraj jakoś im pasuje.    
Nawet San Marino zdobyło swój pierwszy punkt, w meczu o stawkę. Po zapewne heroicznym boju, drużyna z Półwyspu Apenińskiego nie pozwoliła strzelić sobie gola Estończykom i rywalizacja skończyła się bezbramkowym remisem.






piątek, 14 listopada 2014

Oceny za Gruzję

fot. gloswielkopolski.pl
Skala od 1 do 10.
Wojciech Szczęsny 8 - po raz kolejny nie puścił gola. Może Gruzini za bardzo go nie absorbowali, ale swoją robotę wykonał bezbłędnie.
Artur Jędrzejczyk 7 - raz fajnie się podłączył do ataku, za co wyższa ocena od Piszczka. Na pewno lepszy od Wawrzyniaka.
Łukasz Szukała 6 - solidny mecz, bez fajerwerków. Raz, czy dwa dał się przepchnąć przeciwnikowi.
Kamil Glik 9 - gdyby nie jego gol, mogło być nerwowo. W defensywie też stanowił najmocniejszy punkt. Bohater meczu.
Łukasz Piszczek 6 - zdecydowanie mniej angażował się w akcje ofensywne, przez co był pewniejszy w obronie. Mecz solidny, nic ponadto.
Kamil Grosicki 4 - nie zachwycił. W swoim stylu szarpał na skrzydle, jednak wielkiego pożytku z tego nie było.
Krzysztof Mączyński 2 - zdecydowanie najsłabszy Polak na boisku. W środku pola przegrywał walkę fizyczną z rywalami, a w ataku kompletnie bezproduktywny.
Grzegorz Krychowiak 8 - miał utrudnione zadanie, bo musiał grać za siebie i za Mączyńskiego. Przez to popełnił parę błędów w obronie. Zaliczył jednak bardzo ważną asystę, a później sam wpisał się na listę strzelców. Obok Glika najlepszy w zespole.
Sebastian Mila 5 - strzelił piękną bramkę, lecz wcześniej grał przeciętnie. Odżył dopiero gdy Gruzini odpuścili i gra zrobiła się luźniejsza.
Arkadiusz Milik 6 - wymieniał się pozycjami z Lewandowskim i dzisiaj to on był lepszy. Zdecydowanie zasłużył na swoją bramkę.
Robert Lewandowski 5 - słabszy mecz Roberta. Walczył z obrońcami, dzięki czemu inni mieli więcej miejsca na boisku. Sam miał jednak sytuacje, które powinien wykorzystać.
Tomasz Jodłowiec 3 - jego zmiana nic nie wniosła. Nie bardzo potrafi się odnaleźć na murawie. W końcówce dostał jeszcze głupią, żółtą kartkę.
Maciej Rybus 4 - ciut lepiej niż Jodłowiec, ale też daleko od oczekiwań. Przy zrezygnowanych rywalach mógł częściej brać ciężar gry na siebie.
Karol Linetty - grał za krótko

Korupcja

fot. gwizdek24.se.pl
Dziesięć lat po gigantycznej aferze korupcyjnej w polskiej piłce, zapowiada się duży skandal w siatkówce. CBA zatrzymało prezesa PZPS - Mirosława P., w związku z podejrzeniem przyjęcia korzyści majątkowej. Przy okazji zgarnięto prezesa pewnej firmy ochroniarskiej, więc można domniemywać, że chodzi o umowę na ochronę siatkarskiego mundialu w Polsce. 
Według niepotwierdzonych jeszcze informacji, pan Mirosław został przyłapany na gorącym uczynku, podczas przygotowanej prowokacji służb. Przypomina to scenę zatrzymania sędziego Antoniego F. ps. Fujara, od czego rozpoczął się futbolowy skandal. Arbiter przyjął 100 tys. zł ukryte w kole samochodowym. Potem się posypało. Sędzia Krzysztof Z. ps. Laguna (kto oglądał "Piłkarski poker" ten wie skąd ta ksywa), Ryszard F. ps. Fryzjer, Marian D. - były sędzia, który był głównym na ustawionym meczu Wisła - Legia w 1993 r., Wit Ż. - przez lata otumaniał ludzi w Canal+, wmawiając, że białe jest czarne, Dariusz W. - były szkoleniowiec Korony, Janusz W. - były selekcjoner, to tylko kilka nazwisk spośród umoczonych po czubek głowy.       
A wszystko zaczęło się od tego, że z ligi spadł GKS Katowice. Prezes klubu - Piotr Dziurowicz postanowił wycofać się z branży, ale przy okazji odegrał się na środowisku, z którym przez lata współpracował. Ciekawe czy tym razem było podobnie. Może prezes P. zapomniał się z kimś podziałkować kasą i stąd jego problemy? Już dwa lata temu, CBA zawitało do związku właśnie po donosie, ale okazało się, że bezpodstawnym.     
Nie ma co się jednak tak przejmować, nie tylko w Polsce kradną. Na przykład wczoraj FIFA ogłosiła, że przy wyborze Rosji i Kataru na gospodarzy mundialu, nie doszło do żadnych nieprawidłowości. Co prawda komputery, na których pracowali członkowie rosyjskiej federacji przepadły, bo... zostały tylko wypożyczone. Kryzys gospodarczy w Rosji musiał się, zatem zacząć już kilka lat temu, skoro Rosjan nie było stać na kupno kilka laptopów. 
Nic to, skoro dowody zaginęły, to na pewno Rosjanie są niewinni. W zamian za to, futbolowe władze wszczęły postępowanie przeciwko Anglikom, którzy rozpętali całą aferę. Jakiś oskarżony musi być, a czy ukradł, czy jego okradli, to widocznie sprawa drugiego rzędu.

czwartek, 13 listopada 2014

Walczyć, wygrać i zapomnieć

fot. gruzja-wycieczki.pl
Jedną z najbardziej znanych, gruzińskich potraw jest chaczapuri. Jego główny składnik to ser zapiekany w cieście, ale można tam dodać praktycznie wszystko, co ma się aktualnie pod ręką. Taka kaukaska odmiana pizzy. Na podobnej zasadzie Temur Kecbaja buduje reprezentację piłkarską. To co sprawdza się w kuchni, niekonieczne jest jednak skuteczne na murawie.  
Wśród powołanych na mecz z Polską zawodników, próżno szukać znanych nazwisk. Żaden z nich nie może może się równać z najbardziej znanymi reprezentantami Gruzji w ostatnich latach: Kaładze, Kobiaszwilim, Arweładze, czy Chizaniszwilim. Dominują gracze klubów ze wschodu. Albo z rodzimych rozgrywek, albo z Rosji i Ukrainy. Na domiar złego, rzadko są pierwszym wyborem swoich trenerów. Przeważnie pełnią rolę rezerwowych. 
Nic dziwnego, że zwycięstwa w meczach o stawkę, zdarzają im się tylko od święta. Trzy lata temu potrafili ograć Chorwację, ale to właściwie jedyny sukces w ostatnim okresie. Zresztą wtedy mieli mocniejszą drużynę, teraz pozostanie im raczej ogranie Gibraltaru i budowanie zespołu na kolejne eliminacje. Porażki ze Szkocją i Irlandią praktycznie już zamknęły drogę na francuskie Euro. Może nie były to złe mecze, podopiecznym duetu O'Neill-Keane ulegli dopiero w doliczonym czasie gry, ale kto o tym teraz pamięta. Polacy byli dużo słabsi od Niemców, a to my dopisaliśmy trzy oczka.       
Obecnie najbardziej znanym, zawodnikiem gruzińskim w naszym kraju jest Nika Dzalamidze. Podobnie jak jego koledzy z Białegostoku, rozgrywa dobry sezon. Z drugiej strony jego wady też nie stanowią tajemnicy. Zapomina o asekuracji, szczególnie wściekało to trenera Hajto, a także brakuje mu skuteczności. Często przypomina jeźdźca bez głowy, który potrafi ograć przeciwnika, ale później nie wie co zrobić z futbolówką.
Pozostali, na których warto zwrócić uwagę to Ananidze, Mczedlidze, Kwirkwelia oraz Kashia. Reprezentują niezłe kluby, tylko jakoś nie mogą się w nich przebić. W każdym razie Polacy nie powinni mieć kompleksów. Sami też grają w mocnych ekipach, ale w przeciwieństwie do kolegów ze wschodu, odgrywają tam znacznie ważniejsze role.
Jedyne co mogą nam przeciwstawić rywale, to walka. Mecze na Kaukazie nigdy nie należą do przyjemności. Listopadowy termin jest korzystniejszy ze względu na pogodę, nie będzie tak duszno. O tym, jak jest to uciążliwe, przekonały się kadry Engela i Beenhakkera, które nie potrafiły przywieźć zwycięstwa z Armenii. Z Gruzją, poległ z kolei zespół Wójcika. 
Najgorzej jak nasi przyjmą warunki zaproponowane przez gospodarzy. Nie można dać się wciągnąć w piłkarskie zapasy. Jeśli uda się utrzymać nerwy na wodzy i nie reagować na prowokacje, to wyniku zdecydują umiejętności. Pod tym względem, przewyższamy przeciwnika. To spotkanie raczej nie przejdzie do annałów, trzeba po prostu je wygrać i jak najszybciej o nim zapomnieć.








środa, 12 listopada 2014

Wielka czwórka zagrożona

fot. saintsfc.co.uk
Konia z rzędem temu, kto przed sezonem przewidział taki rozwój wypadków w Premier League. Coraz bardziej bogacący się krezusi z Big Four, (w ostatnich latach jako piąty potentat, dołączył Manchester City) mieli na lata zdominować ligę angielską. Cała reszta została sprowadzona do roli folkloru ubarwiającego rozgrywki, niekiedy służącego tylko, jako dostarczyciel zdolnych piłkarzy dla czołowych ekip.
Tymczasem, nic z tego postanowiły sobie zrobić zespoły z drugiego szeregu. Nie sposób, nie wymienić na pierwszym miejscu, aktualnego wicelidera - Southampton. Już rok temu Święci, narobili sporego zamieszania, choć ostatecznie skończyli na ósmej pozycji. Jak na skromny zespół z południa kraju ogromny sukces, najwyższa lokata odkąd nad Tamizą wprowadzili zawodową ligę piłkarską. 
Problem w tym, że lato przyniosło dla klubu rewolucję porównywalną z przejściem tajfunu. Z klubu odszedł każdy, na kim dało się zarobić. St. Mary's Stadium opuścił również trener Pochettino, który wybrał ofertę bogatszego Tottenhamu. W takim układzie drużyna była typowana do walki o utrzymanie, mało kto stawiał, że będzie się w stanie choćby zbliżyć, do osiągnięcia z zeszłego sezonu.            
Cuda jednak się zdarzają, czego my doświadczyliśmy w meczu z Niemcami. Przyszedł Ronald Koeman i Southampton zaczął grać jeszcze lepiej, niż poprzednio. Kto przypuszczał, że podstarzały Włoch Graziano Pelle, będzie czołowym snajperem ligi? Bramkarz Forster wpuszcza najmniej goli w lidze, spokojnie mógłby zastąpić Joe Harta w kadrze. Skoncentrowanie na defensywie sprawia, że mecze Świętych nie należą do specjalnie atrakcyjnych, lecz przy takich wynikach kibice z pewnością to wybaczą. Prawdziwy test jednak dopiero przed zespołem. Tydzień po tygodniu przyjdzie im się zmierzyć z oboma Manchesterami oraz Arsenalem. Jeśli po tych meczach, ciągle będą zajmować drugie miejsce to kapelusze z głów.   
Jeszcze większą niespodzianką jest West Ham United. Podobno ulubiony zespół angielskiej królowej, to od lat co najwyżej ligowy średniak. Z rzadka znajdowali miejsce w pierwszej dziesiątce. Małe aspiracje sprzyjają stabilności. Sam Allardyce zasiada na ławce trenerskiej od 2011 r., a nikomu nie przeszkadzał brak błysku w grze Młotów. Nie wiem czy nie narobił sobie kłopotów, osiągając rewelacyjne wyniki. Teraz światła skierują się na klub z Upton Park, a każda wpadka będzie zauważona.   
Oprócz szkoleniowca, na premię zasłużyli skauci. Latem sprowadzili między innymi Ennera Valencię i Diafrę Sakho. Szczególnie Senegalczyk pokazuje, że będzie znakomitą inwestycją. Kibice West Hamu modlą się, żeby Senegal nie awansował na Puchar Narodów Afryki, bo wtedy na dłuższy czas tracą najlepszego strzelca. Perspektywa zdeterminowana terminarzem jest znacznie lepsza, niż w wypadku Southampton. Najbliżsi rywale to Everton, Newcastle, WBA i Swansea - wszyscy w zasięgu.
Za nami dopiero nieco ponad 25% meczów, więc raczej się nie przyzwyczajam do widoku obecnej wielkiej czwórki. Trudno jednak nie kibicować ekipom z drugiego szeregu, wniosłyby trochę świeżości do stawu zapełnionego otyłymi karpami.










poniedziałek, 10 listopada 2014

Jedenastka jesieni

fot. ekstraklasa.org
Wybrałem wracające do łask ustawienie 4-4-2. Taka jedenastka pewnie, by nie zdobyła mistrzostwa, bo za dużo w niej graczy ofensywnych, ale mam wrażenie, że to głównie oni byli bohaterami pierwszej części zmagań w Ekstraklasie. 
Bartosz Drągowski - koledzy z drużyny zafundowali mu nieprzyjemne zakończenie jesieni. Trudno go jednak winić za jakąkolwiek straconą bramkę z Ruchem. Wcześniej wielokrotnie ratował Jagiellonię. Było jeszcze dwóch kandydatów do obsady tej pozycji (Malarz i Gostomski), ale zdecydowałem się na najbardziej perspektywicznego.   
Tomasz Brzyski - z lewymi obrońcami od lat jest problem. Ciężko znaleźć kogoś sensownego, co też odbija się na reprezentacji. Z braku laku wstawiłem Brzyskiego, lecz bardziej podoba mi się on w akcjach ofensywnych, niż w destrukcji. Ma też problemy ze zdrowiem.   
Adam Danch - bardzo uniwersalny zawodnik. U mnie gra na środku obrony, ale właściwie poradziłby na każdej pozycji w defensywie. Reprezentuje Górnika Zabrze, który jest w czołówce pod względem niewielkiej ilości traconych goli.
Paweł Baranowski - spore zaskoczenie, także dla mnie. Nie może jednak zabraknąć stopera Bełchatowa, czyli najlepszej defensywy ligi. Poza meczem w Poznaniu, grała właściwie wzorowo. Równie dobrze mógłbym wstawić Błażeja Telichowskiego, ale na zachętę wybrałem jego, młodszego i mniej znanego kolegę z drużyny.  
Łukasz Broź - wreszcie gra na miarę swojego potencjału. W talii Berga pełnił rolę zawodnika pucharowego, ale w wyniku kontuzji Bereszyńskiego, od połowy rundy występuje również w rodzimych rozgrywkach. Sprawił, że nikt w Legii nie tęskni za wychowankiem Lecha. Daje jakość zarówno w obronie, jak i w akcjach ofensywnych.
Michał Mak - powinien już zmienić klub na silniejszy, w Bełchatowie trochę się marnuje. Nie strzela tylu goli, co rok temu, ale trener Kiereś wymaga od niego, czego innego. Ma zamęczać rywali na skrzydle i tworzyć sytuacje kolegom z zespołu. Wynik pięciu asyst pokazuje, że Mak z nowej roli wywiązuje się przyzwoicie.
Semir Stilic - bez niego Wisła obecnie nie istnieje. Bośniak robi wszystko, zdobywa bramki, asystuje. Zdarzają mu się słabsze mecze kiedy znika z pola widzenia, na przykład przeciwko Cracovii, ale gdyby nie miał takich mankamentów, nie grałby w Polsce.
Miroslav Radovic - obok Stilicia najlepszy zawodnik ligi. Henning Berg starał się go oszczędzać, lecz Serb i tak doznał kontuzji. Nawet kiedy wchodził tylko na końcówki, odmieniał obraz gry Legii, vide mecz z Wisłą.
Ondrej Duda - następca Radovicia, o ile sam nie odejdzie wcześniej. Z konieczności wstawiony na prawe skrzydło, ale może grać na każdej, ofensywnej pozycji. Czasem jeszcze brakuje mu skuteczności, przez co dorobek w punktacji kanadyjskiej, nie jest tak wysoki. Niemniej robi dużo wiatru i przeciwnicy mają kłopoty z upilnowaniem go. 
Flavio Paixao - lepszy od swojego brata. Marco jest typowym łowcą goli, a Flavio potrafi też rozegrać, czy zanotować odbiór. Generalnie bardziej uniwersalny. Początkowo zawodził, lecz kiedy odpalił, trudno go zatrzymać.
Mateusz Piątkowski - kolejne zaskoczenie. Wyrzut sumienia dla piłkarskich skautów. Większość kariery spędził w niższych ligach, a teraz powalczy o koronę króla strzelców. Jedyne zastrzeżenie jakie można mieć, to uzależnienie od postawy kolegów. Jeśli drużyna gra słabo, nie potrafi wziąć ciężaru na własne plecy. Trafia właściwie tylko w wygranych meczach.












niedziela, 9 listopada 2014

Na Święto Niepodległości

fot. 3obieg.pl
11 listopada to radosne święto. Symbolicznie tego dnia, obchodzi się rocznicę powrotu Polski na mapę Europy, po 123 latach zaborów. Można się oczywiście spierać, czy akurat ta data jest najbardziej odpowiednia, ale mniejsza z tym. Gorzej, że jesienna aura nie sprzyja świętowaniu, przez co mamy raczej powtórkę z Dnia Zadusznego, niż pokaz entuzjazmu. Dlatego ku pokrzepieniu serc, przypominam największe, piłkarskie tryumfy nad państwami (z racji historycznych głównie ich następcami), które do 1918 r. były naszymi ciemiężycielami.
Z racji ostatniego zwycięstwa, najłatwiej byłoby zacząć od Niemców. Jednak chyba, jeszcze każdy pamięta październikowy mecz, więc nie ma sensu o nim pisać. Wiadomo, że z tą nacją nigdy nie szło nam najlepiej, zatem, pozostaje sukces z NRD, sprzed 33 lat. 
W eliminacjach do hiszpańskiego mundialu, trafiliśmy na Maltę i sąsiadów z zachodu. Od początku było pewne, że ekipa z wyspiarskiego państewka, nie będzie się liczyć. Podczas pierwszej konfrontacji gol Buncola dał nam wygraną 1-0. Do Lipska biało-czerwoni pojechali, mając uprzywilejowaną pozycję - wystarczał remis. Podopieczni Antoniego Piechniczka rozpoczęli  rewelacyjnie i już po 5 minutach prowadzili 2-0. Rywale ruszyli do odrabiania strat, lecz zdołali zdobyć bramkę kontaktową dopiero po przerwie. Dzień konia miał jednak Włodzimierz Smolarek, który swoim drugim, a trzecim dla Polski golem, rozwiał wątpliwości, kto spędzi kolejne wakacje na Półwyspie Iberyjskim. Obwieścił to zresztą Jan Ciszewski, krzycząc do mikrofonu: "Witaj słoneczna Hiszpanio!".
Z drugim, niemieckojęzycznym zaborcą nigdy nie mieliśmy, aż tak złych układów. Zresztą Austriacy, zajęci własnymi sprawami odpuścili nam w 1793 r. W Galicji, wręcz z sentymentem wspomina się cesarza Franciszka Józefa. Taka sytuacja ma również przełożenie na sport. Ten rywal nie jest dla Polaków szczególnie prestiżowy.
Chyba najważniejsze zwycięstwo z Austrią, odnieśliśmy w Wiedniu, za Janasa. Dziesięć lat temu nasza kadra nieźle zaczęła eliminacje, ale porażka z Anglikami sprawiła, że nikt nie miał wątpliwości, jaki jest szczyt marzeń - awans z drugiego miejsca. Rywal budował wtedy ekipę na swoje Euro2008 i miał podobne aspiracje. Na gola Kałużnego, gospodarze odpowiedzieli zmasowanym atakiem i wreszcie dopięli swego. Był to typowy mecz walki, w którym szalę przeważyło wpuszczenie Frankowskiego. Jak wiadomo Franek nie należał do ulubieńców Pawła Janasa, ale powołanie dla niego wywalczyli kibice i dziennikarze. Odpłacił się wywalczeniem rzutu wolnego, po którym Krzynówek zdobył gola i bramką pieczętującą wynik tamtego spotkania. Naszym sprzymierzeńcem był również bramkarz Austrii - Alex Manninger, popełniający tamtego wieczora masę błędów. Chyba wtedy, na Praterze zrodził się team, który później zagrał na mistrzostwach świata w Niemczech.
Węgrzy oczywiście nie mieli z rozbiorami nic wspólnego, ale przecież w 1918 r. monarchia austriacka nosiła nazwę Austro-Węgry. Skoro więc byli równorzędną częścią składową, to niech i oni dostaną za swoje. Zresztą akurat do tego, są historycznie przyzwyczajeni.  W dodatku, coś nam się należy za generała Bema.
Z Madziarami rozegraliśmy swój pierwszy mecz w historii. Przegraliśmy 0-1, co uznano za sukces, bo Węgrzy stanowili wtedy światową czołówkę. Polską kadrę poprowadził z ławki rezerwowych przedstawiciel tej nacji - Imre Pozsonyi. Kilka kolejnych potyczek również kończyło się porażkami, przeważnie wysokimi. Aż przyszedł 27 sierpnia (ciekawe, że to jedyne spotkanie w tym zestawieniu, które nie odbyło się w październiku. Jak wiadomo ten miesiąc jest szczególnie szczęśliwy dla polskiej piłki) 1939 r. Później się okazało, że był to ostatni mecz drużyny narodowej przed wybuchem wojny.
Do Warszawy przyjechali wicemistrzowie świata, sprzed roku. We Francji, Węgrzy ulegli dopiero Włochom w finale. To były czasy jeszcze przed Puskasem i Kocsisem, ale przeciwnik i tak miał kim straszyć. Przywiózł supersnajperów: Sarosiego i Zsengellera, którzy na mundialu byli ex aequo wicekrólami strzelców, ustępując tylko Leonidasowi. Polacy liczyli na gwiazdę przedwojennej piłki - Ernesta Wilimowskiego
Zaczęło się jak zwykle. Rywale objęli dwubramkowe prowadzenie i chyba myśleli już o kolejnym meczu. Wtedy do akcji wkroczył Ezi, zdobywając bramkę kontaktową. Po zmianie stron nastąpił koncert gry biało-czerwonych. Kolejne dwa gole, przedzielone trafieniem Ewalda Dytko, dołożył Wilimowski i sensacja stała się faktem. Polacy po raz pierwszy (nie licząc sukcesów z amatorami) ograli bratanków. Niestety nadciągająca wojenna pożoga, zahamowała rozwój piłki na prawie dziesięć lat.
Na koniec pozostają Rosjanie. Tu sprawa jest banalnie prosta.W eliminacjach do mistrzostw świata 1958, los nas skojarzył ze Związkiem Radzieckim. Uzupełniająca skład grupy Finlandia, była jedynie kwiatkiem do kożucha. Na wyjeździe przegraliśmy 0-3, więc tylko zwycięstwo dawało jeszcze szansę na awans. 
Stadion Śląski wypełnił się po brzegi, mogło być nawet ponad 100 tys. osób. Niesieni entuzjazmem trybun, Polacy dominowali na murawie. Lew Jaszyn uwijał się jak w ukropie. W końcu Gerard Cieślik zdołał zmieścić piłkę w bramce. Kilka minut drugiej połowy wystarczyło, żeby podwyższyć prowadzenie. Znowu trafił chorzowianin, tym razem z główki. Reprezentanci ZSRR odpowiedzieli tylko golem Iwanowa. Zwycięstwo nic nie dało, bo w trzecim starciu, na neutralnym terenie, po raz drugi musieliśmy uznać wyższość wschodnich sąsiadów. Na pierwszy, powojenny awans czekaliśmy jeszcze kilkanaście lat, niemniej Cieślik przeszedł do historii, jako pogromca nielubianych Sowietów.


















sobota, 8 listopada 2014

Co z Barceloną?

fot. fcbarcelona.com
Szybko skończyła się dobra prasa Luisa Enrique. Po serii siedmiu meczów bez porażki, kiedy zespół nie stracił nawet gola, przyszła wpadka z Realem. Tydzień później Katalończycy ulegli Celcie Vigo i ocena formy zespołu zmieniła się o 180 stopni.
Nie rozumiem takiej histerii. Ani na początku sezonu Barcelona nie grała tak fantastycznie, by wychwalać ją pod niebiosa, a teraz daleko jej jeszcze do tragedii. Trudno mieć pretensje o porażkę z Realem. Owszem, zwłaszcza w drugiej połowie odstawali od Królewskich, ale generalnie nie można tu mówić o hańbie. Z kolei, Celta Vigo, na razie prezentuje się bardzo dobrze. Można powiedzieć, że jest objawieniem ligi, wyprzedzają ją tylko największe hiszpańskie marki, zresztą nawet nie wszystkie. Podejrzewam, że Realowi też będą się zdarzać podobne wpadki.
Problem Blaugrany to przyzwyczajenie jej kibiców do sukcesów ekipy Guardioli. Dominacja tamtego zespołu na świecie, nie podlegała wątpliwości. Katalończycy zgarniali puchar za pucharem, przy okazji prezentując grę, nie do powtórzenia przez nikogo innego. To się jednak już skończyło i nie można oczekiwać powtórki. W dzisiejszym, sporcie żadna drużyna nie utrzyma się na piedestale, przez kilka lat. Chyba wiedział o tym sam Guardiola, kiedy zdecydował się odejść z Camp Nou.    
Trzon zespołu z roku na rok prezentuje się coraz słabiej. Nie ma w tym nic dziwnego. Xavi, Iniesta, czy Messi muszą grać nie tylko w klubie, ale również w kadrach, które ostatnio odnoszą sukcesy. Przykładowo Ronaldo, z powodu postawy Portugalii był mniej eksploatowany. Tym bardziej, że wyżej wspomniani nie imponują warunkami fizycznymi.
Spore zastrzeżenia można mieć do jakości wzmocnień, dokonanych w ostatnich latach. Patrząc na kadrę Barcelony, tylko atak i o dziwo, pozycja bramkarza są należycie obsadzone. W lecie, na środkowych obrońców wydano ok. 40 mln euro, a ciągle ta formacja wygląda najsłabiej. Dodatkowo coraz gorzej czuję się w klubie Pique i spekuluje się o odejściu tego piłkarza. Dani Alves też raczej pożegna się z dotychczasowym pracodawcą. Zresztą już w lecie było tego blisko, ale jednak PSG nie zdecydowało się na transfer.
Z drugiej strony, większość klubów na świecie, natychmiast zamieniłaby się graczami z Barceloną. Kto by nie chciał, żeby jego barwy reprezentowało trio Messi-Suarez-Neymar? Właściwie mając takich napastników, defensywa nie powinna być kłopotem, bo każda strata powinna być odrobiona. W rzeczywistości to nie działa, bo piłka nożna jest sportem zespołowym i drużyna musi być zbalansowana. 
Trzeba również pamiętać, że nad katalońskim klubem wisi zakaz transferów. Jeśli włodarze klubu nie wylobbują zmiany tej decyzji, Blaugrana nie będzie mogła sprowadzać nowych zawodników, aż do zimy 2016 r. Wtedy dopiero klub z Camp Nou znajdzie się w bardzo niewygodnej sytuacji.
Jak na razie mają jeszcze rok spokoju, w którym Enrique powinien dostać szansę wykazania umiejętności trenerskich. W końcu nie został zaangażowany bezpodstawnie. Wyniki osiągane w Celcie wykreowały go na jednego z najzdolniejszych trenerów młodego pokolenia w Hiszpanii.













piątek, 7 listopada 2014

Saper pilnie poszukiwany

fot.eurosport.onet.pl
Stało się. Marek Cieślak już nie będzie prowadził żużlowców Unii Tarnów. Płonne okazały się nadzieje, że wygaśnie konflikt między nim, a prezesem Łukaszem Sadym i „narodowy” zmieni zdanie, tak jak przypadku współpracy z polską kadrą.
Pewnie duży wpływ miała na to oferta z Ostrowa Wielkopolskiego. Beniaminek zaplecza Ekstraligi, montuje silna ekipę i być może już w przyszłym sezonie, powalczy o awans na wyższy szczebel rozgrywkowy. Nie bez znaczenia jest również stabilność finansowa klubu z Wielkopolski, czego nie można powiedzieć o tarnowskich Jaskółkach.
W żużlowym światku, nazwisko Cieślaka nieodłącznie wiążę się z sukcesem. Cztery tytuły Drużynowego Mistrza Polski (w tym jeden w Tarnowie) oraz pięć Drużynowych Pucharów Świata, stawia go na piedestale trenerskiego fachu, nie tylko nad Wisłą. Ma on również moc przyciągania zdolnych zawodników, którzy po prostu chcą dla niego jeździć. Trudno się dziwić, bo jak nikt potrafi ich promować. Przy ulicy Zbylitowskiej, na szerokie wody wypłynęli chociażby Martin Vaculik, Leon Madsen i Artiom Łaguta.
Trzeba się zatem liczyć, że w ślad za szkoleniowcem z Jaskółczego Gniazda wyfrunie kilku żużlowców, którzy rozwój sportowy wiązali z jego osobą. Będzie też trudniej o następców, bo Cieślak był kartą przetargową w negocjacjach z zawodnikami. Tym większa szkoda, że ma on ciągle podpisaną umowę wizerunkową z Grupą Azoty. Pieniądze tak mocno związanej z Tarnowem firmy, nie będą wspierać lokalnego sportu, tylko pomogą konkurencji. Dotychczasowy dobrodziej klubu ma kolejny argument do przykręcenia kurka z pieniądzmi, skoro odszedł „ich” człowiek.
Całkiem możliwe, że w obecnej sytuacji finansowej nie było możliwości zatrzymania najlepszego, ale też kosztownego szkoleniowca. Całą sytuację trzeba było jednak rozegrać bardziej po dżentelmeńsku, a nie toczyć boje za pomocą mediów. Człowiek, który doprowadził Unię, do trzech medali z rzędu, zasłużył by przynajmniej godnie go pożegnać.
Szczerze współczuję jego następcy. Ktokolwiek to będzie, musi stawić czoła zadaniu, przy którym problemy milenijne są małym piwem. W dodatku nie może liczyć na milion dolar, za jego rozwiązanie. Nie dość, że skład na przyszły sezon zostanie osłabiony, to jeszcze przyjdzie mu się zmierzyć z legendą poprzednika. To właściwie misja straceńcza. Ponoć sondowany był Robert Kużdżał, ale nie chciał wchodzić na pole minowe.
Chyba odpada również Marian Wardzała, obecnie bardziej zaangażowany w wybory samorządowe, niż w sport. Obawiam się, że nawet przy wysokim bezrobociu w regionie, kandydatów akurat na to stanowisko może zabraknąć.
Trzeba się, więc uzbroić w cierpliwość. Nowa osoba będzie potrzebowała czasu, żeby opanować kryzys w tarnowskim klubie. Powinna dostać na początku kredyt zaufania. Rozpieszczeni ostatnimi sukcesami kibice, nie mogą oczekiwać kolejnego medalu. Celem na przyszły rok, jest raczej uniknięcie smutnego losu ekip z Gdańska i Częstochowy.

czwartek, 6 listopada 2014

Warto poczytać

fot. przegladsportowy.pl
Pierwszy raz kupiłem magazyn Tempo. Oczywiście ze starym, krakowskim dziennikiem sportowym, poza nazwą nie ma wiele wspólnego. Tamta gazeta, już lata temu została przejęta przez właściciela Przeglądu Sportowego i krok po kroku wykończona. Próbowano zrobić z niej dodatek do Przeglądu, ale jakoś pomysł się nie przyjął. Pozostała za to znana marka, którą postanowiono reaktywować.
Tempo jest tygodnikiem, choć obecny numer poleży w kioskach dwa razy dłużej. Mam nadzieję, że to nie  efekt słabej sprzedaży pierwszych numerów, bo gazeta mi się podoba. Kupiłem ją zachęcony wywiadem z Marcinem Mellerem. Choćby tylko dla niego warto wydać te 4 zł. Były naczelny Playboya jest fanem piłki i znawcą Gruzji, a więc idealnym rozmówcą przed meczem z tym właśnie rywalem. Dzięki gruzińskim kontaktom, jako jeden z pierwszych w Polsce wiedział, że Dwaliszwili w Legii będzie niewypałem.
Oczywiście sporo miejsca zajęła zapowiedź najbliższego starcia reprezentacji w Tbilisi. Właściwie nie tyle zapowiedź, co historia naszych ostatnich potyczek na wschodzie. Jak wiadomo nie szlo nam w nich najlepiej, a mecze często bardziej przypominały sporty walki, niż futbol.    
Z piłki, są jeszcze bardzo fajne artykuły o trenerach i sędziach, na przykładzie najlepszego przedstawiciela tego fachu w Polsce. Żelisław Żyżyński  promuje swoją książkę biograficzną o Sypniewskim. Merytorycznie nic nie można zarzucić, choć ja osobiście mam chwilowo dość historii piłkarzy, którzy przegrali swoje życie. Zdecydowanie przyjemniej czyta się mój ulubiony duet Wołosik/Olkowicz. Szkoda, że dostali tylko jedną stronę, może z czasem bardziej ich docenią. Z kolei Marcin Rosłon doradzi wam, jak się ubrać na trening, kiedy zaczną się mrozy oraz dlaczego wąsy w listopadzie nie są obciachem. 
Wśród felietonistów mocne nazwiska: Rudzki, Hołowczyc i Kadziewicz. Nie przepadam, gdy ten pierwszy komentuje Premier League, ale pisze na poziomie. Dużym, pozytywnym zaskoczeniem był ekssiatkarz, który zajmuje się nie tylko wyuczoną dyscypliną. Może będzie kimś podobnym do Matusiaka na Weszło? Nie wiem czy ten skład jest stały, ale mi by to nie przeszkadzało.
Oprócz tego dużo o siatkówce, boksie (pewnie ze względu na walkę Szpilka-Adamek) i sportach motoryzacyjnych, którymi oprócz żużla akurat niespecjalnie się interesuję. To wszystko w bardzo ładnej oprawie graficznej.
Tempo zyskało nowego czytelnika, oby tylko zdołało się utrzymać na rynku.












Kończy się jesień

fot. tvn24.pl
Oczywiście tylko w polskiej Ekstraklasie. Za oknami pogoda bardziej późno-letnia, nie wspominając o jakimś śniegu  i oby jak najdłużej. Jeśli na tym polega globalne ocieplenie, to jestem zdecydowanie za. Niemniej piłkarskie, leśne dziadki uznały, że sami lepiej wiedzą, kiedy zmieniają się pory roku i początek wiosny wyznaczyli na 21 listopada.
To oczywiście efekt poronionej reformy terminarza, który dodał siedem, niepotrzebnych kolejek. Mimo ocieplenia, nie można u nas grać w piłkę cały rok, a dodatkowe serie meczów, gdzieś trzeba upchnąć. Sorry, taki mamy klimat.
Na szczęście wkrótce problem może się sam rozwiązać. Większość klubów ledwo zipie, więc za chwilę nie będzie miał kto grać. Liga skurczy się do kilku drużyn i skończą się problemy z terminarzem. Na przykład wczoraj, zostało ukaranych 10 zespołów. Najmocniej dostało się Górnikowi, Ruchowi oraz Wiśle, które kolejne rozgrywki rozpoczną z ujemnym kontem. Od tempa spłaty zadłużenia zależy wysokość ich kary.   
Reszta na razie może spać spokojniej. Chyba jednak nie na długo. Zastrzeżenia Komisji Licencyjnej dotyczą niezłożenia w terminie prognozy finansowej, bądź jej znacznego rozminięcia się z rzeczywistością. Podejrzewam, że jeśli ktoś ma wpływy do budżetu, zgodne z tym co planował, to nie boi się tego ujawnić. Problemy zaczynają się, gdy założenia okazały się nazbyt optymistyczne, a klubowy skarbiec świeci pustkami.
Poza Legią, najwięcej powodów do zadowolenia mogą mieć w Białymstoku. Finanse stabilne, skład tani, a wyniki ponad oczekiwania. Przed sezonem myślano raczej o lokacie w środku tabeli. Kiedy odchodził Quintana, niewielu dawało szansę na miejsce wyższe niż ósme. Trener Probierz osiąga jednak najlepsze rezultaty w ekipach pozbawionych gwiazd, od których zależy cała reszta. Dodatkowo udało się wypromować kilku graczy. Drągowski, Gajos, czy Romanczuk dadzą zarobić swojemu klubowi. Nawet niemłody Piątkowski może jeszcze znaleźć możnego pracodawcę.    Na drugim biegunie znalazły się Ruch i Zawisza. Do bezpiecznego miejsca tracą już sporo, nic nie dały zmiany trenerów. Organizacyjnie to też nie jest czołówka ligi, więc na transfery trudno liczyć. Co raz bardziej nerwowo, reaguje prezes Osuch. Wygląda na to że piłkarskie eldorado w Bydgoszczy, kończy się równie szybko, jak się zaczęło.









wtorek, 4 listopada 2014

Młodym strzelać nie kazano

fot. fotoram.blox.pl
Rzut oka na tabelę strzelców polskiej Ekstraklasy, nie pozostawia złudzeń, na kogo można liczyć w kwestii zdobywania bramek. Wśród dwunastu zawodników, którzy trafiali minimum pięć razy, jedynie trzech ma mniej niż 25 lat. W dodatku są oni w ogonie tej grupy, o koronę króla strzelców raczej nie powalczą.
Na czele znajduje się Mateusz Piątkowski, z bardzo dobrym wynikiem jedenastu trafień. Gdyby utrzymał taką skuteczność, pobije zeszłoroczny wynik Marcina Robaka, jeszcze przed podziałem na grupy. Białostocczanin jest prawdziwym objawieniem rundy. W najwyższej klasie rozgrywkowej zadebiutował późno, lecz kroczy drogą Grzegorza Piechny. Właśnie znalazł się wśród wybrańców Adama Nawałki, na kolejne zgrupowanie.
Kroku wiernie dotrzymuje mu Flavio Paixao. Widocznie w tej rodzinie każdy rodzi się ze snajperskim talentem. Przed rokiem, o koronę walczył jego brat - Marco. Właściwie nie wiem, czemu Flavio uchodził za słabszego bliźniaka. Jak teraz porównuje ich statystyki, to zarówno w Szkocji, jak i w Iranie, był on skuteczniejszy.
Korony raczej nie zdobędzie nikt z duetu Brożek-Stilic. Pierwszy jest zbyt chimeryczny, poza tym trochę stracił pazerność na gole, a częściej dostrzega, lepiej ustawionych partnerów. Z kolei drugi ma przede wszystkim kreować sytuacje dla innych. W Wiśle ma kto strzelać, więc zdobycze rozłożą się pewnie na kilku zawodników. Orlando Sa też nie biorę pod uwagę, bo nie zawsze sędziowie będą mu puszczać gole ze spalonego. Choć może być w czołówce, jeśli zostanie etatowym wykonawcą jedenastek.
Najlepszy klimat dla polskich snajperów, jest chyba na Śląsku. Trudno się dziwić, przecież stamtąd pochodzili Cieślik i Lubański. Jednak Wilczek, Chmiel i Zachara, to już piłkarze średniego pokolenia. Trudno na nich liczyć, na przykład w kontekście Euro2016.
Można jeszcze wyróżnić, najmłodszych w tym zestawieniu Cernycha i Colaka. Jeśli już ściągać zawodników z zagranicy, to właśnie takich. Coś wnoszą do ligi, a są na tyle młodzi, że jest szansa odsprzedania ich z zyskiem.
Jak widać szału nie ma. Napastnik odchodzącej kadry U-21 - Kacper Przybyłko, też nie wygląda na kogoś gwarantującego spokój w przedniej formacji. Dobrze, że ostatnio nieźle sobie radzi Arkadiusz Milik, a w rezerwie mamy jeszcze Teodorczyka. Bez nich jesteśmy całkowicie zdani na Lewandowskiego, a przecież gracz Bayernu nie jest ze stali.













poniedziałek, 3 listopada 2014

Farbowane lisy

fot. sportfan.pl
Zwycięstwo nad Niemcami sprawiło, że ucichł temat zawodników z zagranicy, którzy dostali polskie obywatelstwo i reprezentują nasz kraj. Jeszcze we wrześniu, Adam Nawałki liczył, że liderem środka pola będzie u niego Eugen Polanski. Nieźle spisujący się w tegorocznych rozgrywkach Bundesligi gracz Hoffenheim, postanowił jednak inaczej i w niemiłej atmosferze odmówił selekcjonerowi. Pewnie nie pomoże to zawodnikom z podobnym statusem, zresztą już od dawna są oni na cenzurowanym.
Pierwszym, w ostatnich latach, który zdecydował się na grę z Białym Orłem na piersi był Emmanuel Olisadebe. To autorski pomysł Jerzego Engela. Związki Nigeryjczyka z Polską kończyły się na reprezentowaniu barw Polonii Warszawa i żonie pochodzącej z nowej ojczyzny piłkarza. Koncepcja okazała się jednak skuteczna. Oli zdobywał bramki jak na zawołanie, z miejsca stał się również ulubionym kadrowiczem Polaków. W dużej mierze dzięki niemu, awansowaliśmy po 16 latach na mundial.
Mimo to sielanka trwała krótko. Gdy zwolniono Engela, Olisadebe szybko stracił zainteresowanie grą w polskich barwach. Bardziej był pochłonięty walczeniem o miejsce  w składzie Panathinaikosu, a odmowy przyjazdu na zgrupowania tłumaczył kontuzjami. W sumie, w biało-czerwonym trykocie wystąpił 25 razy i strzelił 11 bramek.
Paweł Janas dał zadebiutować Wahanowi Geworgianowi, ale to tylko epizod, nie warto się tym nawet zajmować. Kolejnym, który mocniej postawił na zawodników urodzonych poza Polską, był Leo Beenhakker. Najpierw powołał Rogera Guerreiro, a później dał szansę Ludovicowi Obraniakowi. Właściwie w obu przypadkach powtórzyła się historia Olisadebe. Początkowo, piłkarze ci stanowili solidne wzmocnienie kadry. Brazylijczyk zdobył jedynego gola dla Polski, podczas Euro 2008.  Francuz w debiucie był najlepszym zawodnikiem i dwukrotnie wpisywał się na listę strzelców. Z czasem jednak, co raz mniej można było na nich liczyć. Gdy reprezentacja traciła szansę udziału w wielkiej imprezie, niechętnie godzili się na poświęcanie jej czasu. Z drugiej strony trzeba przyznać, że z usług byłego zawodnika Legii, korzystał jeszcze Smuda, a Obraniaka dodatkowo sprawdzali Fornalik i Nawałka. Łącznie zaliczyli 59 występów, zdobywając 10 bramek.
Najbardziej "cudzoziemskie" oblicze miała kadra Smudy. Franz liczył zwłaszcza, na wzmocnienie w ten sposób defensywy. Za jego namową, w zespole narodowym znaleźli się Perquis, Boenisch i Polanski. Nie ma co ukrywać, że walnie przyczyniła się do tego perspektywa Euro2012 w Polsce. Porażka na turnieju przyniosła podobne skutki co zawsze.  Zaczęły się wymówki, obrażanie się na trenerów, itp. Żaden z nich, nie zrobił nic wielkiego dla polskiej piłki. Obecnie Adam Nawałka wysyła powołania do Thiago Cionka, ale to raczej tylko fanaberia "narodowego", bo chyba nikt nie wierzy, żeby były gracz Jagiellonii, znacząco podniósł konkurencję w obronie.
Jak widać nie tędy droga. Nie chodzi mi o kryterium etniczne. Nie widzę przeszkód, aby w reprezentacji grał nawet ktoś bez polskich korzeni, pod warunkiem, że naprawdę tego chce i stawi się na każde zawołanie, nie tylko wtedy gdy można się wypromować. Przygarnianie niedoszłych reprezentantów innych państw, nie pomaga kadrze, a tylko wprowadza konflikty w drużynie oraz zabiera miejsce zawodnikom, na których moglibyśmy liczyć w przyszłości.