O mnie

Moje zdjęcie

Prowadzę bloga poświęconego głównie piłce nożnej, czasem trafi się coś o żużlu albo filmach. Licznik nabił już prawie 250 postów, raz lepszych, innym razem gorszych, ale zawsze szczerych. Nic nie poradzę, że prawda często jest bolesna. Lubię też poznać opinię innych ludzi dlatego zapraszam do obserwowania na portalach społecznościowych i komentowania. Z zasady nie moderuję komentarzy, chyba że wpis jest wybitnie chamski, głupi, bądź łamie prawo. Jeśli mój bloga Ci się podoba, to zostaw na nim swój ślad i przyczyń się do jego rozwoju. Jeśli nie, to mimo wszystko nie skreślaj go całkowicie. Może z czasem się poprawię :)

piątek, 31 października 2014

Na kim można zarobić

fot. przegladsportowy.pl
Według najświeższych doniesień medialnych, Legia chce sprowadzić niejakiego Rubena. Portugalczyk gra na lewej obronie i obecnie reprezentuje barwy Maritimo Funchal. Tak sobie myślę, czy to dobry ruch, żeby mistrz Polski oraz zespół z dużymi ambicjami sprowadzał kogoś takiego? 24-letni gracz średniaka ligi portugalskiej, która jest w dużym kryzysie ma być wzmocnieniem dla warszawian, chcących awansować do Ligi Mistrzów?
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Ekstraklasa to peryferia europejskiej piłki. Tu bracia Paixao mogą na zmianę walczyć o koronę króla strzelców, choć też nie mają imponujących CV.  Jednak Legia chciała wybić się ponad polską przeciętność i wreszcie zaistnieć w poważnym futbolu.  
Przy okazji prezes Leśnodorski wspomniał o transferze Michała Żyro. Do Wisły Maaskanta jeszcze bardzo daleko, lecz zawsze można mieć pretensje, że dyrektorzy sportowi nie potrafią znaleźć piłkarza w rodzimych rozgrywkach, tylko idą na łatwiznę, korzystając z usług zaprzyjaźnionych menadżerów. Tym bardziej, że Legia szczyci się swoją akademią. Zresztą słusznie, bo w grupie wschodniej Centralnej Ligi Juniorów (nota bene jaka ona centralna, skoro są dwie grupy?) zajmują pierwszą lokatę, często deklasując przeciwników.  
Jeśli kupować zawodników z obcych krajów, to tylko takich którzy znacząco podniosą rywalizację w drużynie. Najlepiej w przyszłości jeszcze na nich zarobić. Nie da się bowiem ukryć, że polskie zespoły w dużej mierze są uzależnione od sprzedaży gwiazd.
Nie mogą sobie przypomnieć żadnego zagranicznego nazwiska, na którym Legia zarobiła spore pieniądze. Może Ondrej Duda będzie tym pierwszym, lecz to na razie tylko pobożne życzenia. Zresztą w ostatnich latach, jedynie Marcelo i Rudniew okazali się bardzo dochodową inwestycją dla polskich pracodawców.
Zupełnie odmiennie ma się rzecz w przypadku rodzimych graczy. Tutaj bryluje właśnie klub z Łazienkowskiej. Sami bramkarze zapełniliby na rok skarbiec niejednemu, ligowemu zespołowi. Łukasz Fabiański do tej pory jest ulubionym zawodnikiem księgowej Legii. Warszawianie mieli też udział w drugim, pod względem wysokości transferze z Ekstraklasy, czyli w eksodusie Roberta Lewandowskiego do Dortmundu. Niestety na własne życzenie, był to tylko ekwiwalent za wyszkolenie.     
Kiedy jednak dodać kwoty za Borysiuka, Jedrzejczyka, Rybusa, Wawrzyniaka, Janczyka, Wolskiego, można jeszcze dodać kilka pomniejszych transakcji, wychodzi pokaźna sumka. Widać więc, że nawet z czysto biznesowego punktu widzenia, bardziej opłaca się stawiać na Polaków.







czwartek, 30 października 2014

Co u nich słychać

fot. sport.interia.pl
Dawid Janczyk strzelił wczoraj dwa gole w Pucharze Polski, przeciwko GKS Bełchatów. To jego pierwsze bramki, po powrocie do Polski z zagranicznych wojaży. Janczyk był typowany na przyszłą gwiazdę reprezentacji, a jego kariera znacznie przyspieszyła w lecie 2007 r., kiedy był filarem ekipy Michała Globisza, grającej na mistrzostwach świata do lat 20 w Kanadzie. W ogóle duże nadzieje wiązano z tamtą drużyną, z perspektywy czasu okazały się one płonne.
Już pierwszy rzut oka na skład, który ograł Brazylię, budzi niepokój. Kilka nazwisk w ogóle nic nie będzie mówiło przeciętnemu kibicowi. Ben Starosta, Krzysztof Strugarek, Jakub Feter, czy Mariusz Sacha, słabo kojarzą się z pogromcami Canarinhos. Gwoli ścisłości ten pierwszy reprezentuje filipińskie Global FC, drugi skończył już przygodę z piłką, Feter gra we Włocłavii Włocławek, a Sacha wyjechał do Anglii i gra tam na półamatorskim poziomie. Egzotyczny kierunek wybrał również Krzysztof Król, futbolista Montreal Impact.
Nieco lepiej wiedzie się innym zawodnikom, którzy zarabiają na Wyspach. Bramkarz Białkowski nie przebił się w Southampton, obecnie zakotwiczył w średniaku Championship - Ipswich Town, ale głównie grzeje ławę. O Tomaszu Cywce, od czasu do czasu robi się głośniej. Niestety równie szybko zainteresowanie opada, bo ten piłkarz nie potrafi utrzymać wysokiej formy przez dłuższy okres. Gliwiczanin głównie zwiedza mniejsze, angielskie miejscowości. Teraz gra dla Blackpool, które zmierza do League One, więc zapowiada się kolejny transfer. Jarosław Fojut zdobył tytuł mistrza Polski ze Śląskiem Wrocław i z łatką solidnego defensora, wyjechał na Zachód. Pewnie, prędzej czy później wywalczy plac w Dundee United.     
Są też tacy, którzy wybrali grę w ojczyźnie i wcale nieźle na tym wyszli. Adam Danch jest kluczową postacią w Górniku Zabrze. Gdyby chciał, bez trudu znalazłby zagraniczny klub. Inny Ślązak - Łukasz Janoszka z powodzeniem radził sobie w Ruchu Chorzów, a teraz ma pomóc Zagłębiu Lubin w awansie do Ekstraklasy. Wielkiej kariery nie zrobił Artur Marciniak, ale zakotwiczył w rodzinnym Poznaniu, dokąd jest wypożyczony z Miedzi Legnica. W Warcie radził sobie najlepiej i już chyba tam zostanie.
Obok Janczyka, za najzdolniejszych uchodzili Krychowiak i Małecki. Można powiedzieć, że ta prognoza okazała się trafna. O ile jednak strzelec gola z Brazylią, obecnie jest podporą Sevilli i kadry Nawałki, Patryk Małecki popadł w  przeciętność. Po licznych konfliktach z trenerami, odszedł z Wisły i przyjął propozycję Pogoni Szczecin. Nie można powiedzieć, że Małecki całkowicie zmarnował talent, jednak spodziewano się po nim znacznie więcej.   
Na ironię losu zakrawa fakt, że na kanadyjskie mistrzostwa nie pojechał 19-letni wówczas Robert Lewandowski, wtedy gracz Znicza Pruszków.














wtorek, 28 października 2014

Najtrudniejsza pozycja

fot. dailymail.co.uk
Bramkarz to nie jest najlepsza pozycja na boisku. Udane interwencje są przysłaniane przez bramki graczy z pola, kiedy jednak coś zawali, pamięta się mu to latami. W Premier League dodatkową trudnością jest angielski sposób gry, polegający na licznych dośrodkowaniach. Jednak mam wrażenie, że akurat tam, jak nigdzie indziej docenia się ten fach. Może dlatego na Wyspach gra tak wielu fantastycznych golkiperów.
W tym sezonie furorę robi Fraser Forster z Southampton. Duża w tym zasługa reszty drużyny, bo Święci są sensacyjnie wiceliderem tabeli, lecz Anglik mocno się to tego przyczynił. Przez 810 minut wpuścił jedynie pięć bramek, to zdecydowanie najlepszy wynik w lidze. Nie rozumiem dlaczego Forster nie jest etatowym bramkarzem reprezentacji, no ale Roy Hodgson uważa, że to miejsce ciągle należy do Joe Harta.
Bardzo dobrze idzie również Łukaszowi Fabiańskiemu w Swansea. Transfer do Walii był przez niektórych postrzegany jak zesłanie, ale Polak szybko zadomowił się na Liberty Stadium i udanie zastąpił, oddanego do Tottenhamu Michaela Vorma. Może nie broni jakoś bardzo spektakularnie, lecz przede wszystkim pewnie, z czego jest zresztą znany. Fabiański popełnia mało błędów, dość często udaje mu się zachować czyste konto (dotychczas cztery razy na dziewięć kolejek).
Drugi z Polaków jest bardziej barwny. Wojciech Szczęsny z pewnością rzuca się w oczy genialnymi obronami, jednak czasem potrafi napsuć krwi swoją nieprzewidywalnością. Nie popisał się w meczu z City, gdy jego niepewna interwencja spowodowała stratę punktów. Z kolei przeciwko Galatasaray złapał czerwoną kartkę, kiedy Arsenal prowadził 4-0.
Równie silną frakcję stanowią Belgowie. Simon Mignolet jak do tej pory, stanowi chyba najmocniejsze ogniwo Liverpoolu. Gdyby nie on, słabo grający zespół z Anfield Road byłby jeszcze niżej w tabeli. Wejście do zespołu miał zresztą fantastyczne, bo w końcówce meczu obronił rzut karny, ratując kolegom zwycięstwo. Mignolet dysponuje świetnym refleksem, jego siłą są zwłaszcza interwencje na linii.
Jeszcze lepiej spisuje się jego rodak - Thibaut Courtis. To dla niego Mourinho zluzował Petra Cecha, co świadczy o klasie byłego gracza Atletico. Już w Hiszpanii zachwycał, sięgając po mistrzostwo kraju, a indywidualnie po Trofeum Zamory.  Przy okazji przyczynił się do odpadnięcia obecnego pracodawcy z Ligi Mistrzów; był jednym z bohaterów półfinałowego dwumeczu Chelsea-Atletico. Wychowanek Genk porusza się niezbyt zgrabnie, jakby był wcześniakiem (może jest, nie sprawdzałem), ale broni cudownie. Londyńczycy mają golkipera na lata.
Jedynym, który w najbliższych latach może rywalizować z Belgiem o miano najlepszego w Premier League, jest David De Gea. Pamiętam jego początki w MU. Eufemistycznie mówiąc nie były zbyt udane. Chudy jak patyk Hiszpan, nie radził sobie z grą w powietrzu, ani z grą nogami. Teraz to jednak kluczowa postać klubu z Old Trafford. Jeśli spojrzeć na statystyki z tego sezonu, De Gei nie będzie w czołówce, lecz to wina kiepskiej defensywy drużyny van Gaala. Do mało kogo można tam mieć tak małe pretensje, jak do niego. Mecz z Evertonem to pokaz kapitalnych umiejętności, zresztą z Chelsea też zastopował kilka groźnych akcji The Blues. Nie mogę zrozumieć jakim cudem, bramki reprezentacji Hiszpanii strzeże podstarzały i od dawna bez formy Casillas.    








    

poniedziałek, 27 października 2014

Młode wilki bez zębów

fot. www.wiadomosci24.pl
W Anglii praktycznie żużel umarł. Trafił im się Woffinden, ale to na zasadzie ślepej kury, która od czasu do czasu znajdzie ziarno. Poza nim, nie ma praktycznie nikogo. Skoro o drugą pozycję na Wyspach walczą niezatapialni Harris i Nicholls, to raczej z tamtejszym speedwayem nie jest najlepiej. Spore nadzieje budził Lewis Bridger, lecz jakoś zniknął z pola widzenia.
Wyniki osiągane przez reprezentantów tej nacji, w mistrzostwach świata juniorów zakrawają na kpinę. Podczas minionego sezonu, Anglicy nie wystawili nikogo, choć nawet Francuzi i Amerykanie mieli swoich przedstawicieli. W sumie, pięć ostatnich odsłon IMŚJ, zakończyło się bez ani jednego rodaka Hamilla i Havelocka w pierwszej dziesiątce.
Z tej perspektywy, Polacy wypadają wręcz fenomenalnie. Praktycznie co roku ktoś przywozi medal, a zdarzało się, że całe podium było biało-czerwone. Jednak, kiedy przyjrzeć się postawie juniorów w lidze,  entuzjazm nieco opada.
Zdecydowanie najlepsi są Zmarzlik i Pawlicki. W ich przypadku nie ma wątpliwości, że będą stanowić o przyszłości żużla w Polsce. Obaj byli czołowymi postaciami sowich klubów. Siła Gorzowa i Leszna w ogromnej mierze wynikała właśnie z mocnej obsady pozycji młodzieżowych. Kolejny sezon raczej nic w tej kwestii nie zmieni, dlatego według mnie powtórka tegorocznego finału jest bardzo możliwa. Względny spokój panuje również w Toruniu, gdzie zawsze świetnie sobie radzili z wychowywaniem młodego pokolenia zawodników.
W pozostałych klubach mają większy ból głowy. Falubaz liczy na Łoktajewa, reszta już prezentuje się znacznie słabiej. Szczególnie Mikkel Bech nie robi postępów na miarę swojego talentu.
Tarnów i Wrocław znajdują się w jeszcze gorszej sytuacji. Jaskółki w ostatnich latach ratowały się transferami z innych klubów. Teraz nie ma na to pieniędzy, a szkółka nie dostarcza klasowych żużlowców. Pozostaje wierzyć w skok formy Ernesta Kozy.
Sparta w minionych rozgrywkach dysponowała najsłabszymi młodzieżowcami. Nadzieje wiązane z Patrykiem Dolnym nie znajdują pokrycia w rzeczywistości. Mike Trzensiok to melodia przyszłości. Wątpliwe by odpalił już za kilka miesięcy. 
Wśród beniaminków też raczej skłaniają się ku zainwestowaniu w kogoś nowego. Dotychczasowi zawodnicy nie bardzo sobie radzili na drugim froncie, a co dopiero, gdy przyjdzie im rywalizować z najlepszymi na świecie. Pytanie tylko kogo kupić, skoro rynek jest tak płytki? 
Najpewniejszym kandydatem wydaje się Krystian Pieszczek. Przejeździł cały sezon w Ekstralidze, pokazał się też w zawodach międzynarodowych. Takiego obycia nie ma Kacper Woryna, lecz uchodzi za jednego z najzdolniejszych żużlowców młodego pokolenia na świecie. W jego przypadku działa też magia nazwiska. Ciekawym wariantem wydaje się również Andrzej Lebiediew.
Jeśli ta dyscyplina ma dalej istnieć, to niezbędne jest inwestowanie w młodzież. Można liczyć, że byli żużlowcy przyprowadzą swoje dzieci do szkółki, ale oni nie zdołają zapełnić składów wszystkich drużyn. Może obecny kryzys finansowy jest właśnie szansą, żeby o tym pomyśleć, a nie przepłacać zagraniczne gwiazdy.      
 








niedziela, 26 października 2014

Trochę optymizmu

Czasami dostaję sygnały, że tylko krytykuję, a nie zauważam pozytywnych rzeczy w polskiej piłce. Dlatego przy niedzieli będzie coś dla pokrzepienia serc. To co się w ostatnich latach udało to renowacja infrastruktury. Przegląd ma charakter subiektywny, pominąłem te najbardziej znane obiekty, bo o nich prawie każdy słyszał.
fot. Łukasz Libuszewski

Cały boom zaczął się chyba od Kielc. W 2006 r. ukończono tam obiekt mieszczący 15 500 osób, który wówczas był najnowocześniejszym stadionem w kraju. Koszt inwestycji wyniósł 48 mln zł.

fot. www.lublin112.pl

Świeżutka, lubelska inwestycja, goszcząca wczoraj pierwsze od 13 lat derby tego miasta. Stadion kosztował 136 mln zł, a jego pojemność to 15 400 osób. Arena Lublin zdążyła już przynieść szczęście kadrze Polski do lat 21, który pokonała tam Włochów 2-1.


fot. stadiony.net


W Białymstoku też od niedawna cieszą się ze stadionu na światowym poziomie. Zmieści się na nim 22 386 fanów. Koszt to ok. ćwierć miliarda złotych, ale na razie się opłaca. Na inaugurację Jagiellonia rozegrała świetny mecz i rozgromiła Pogoń 5-0.

fot. www.cracovia.pl

Kibice Cracovii trochę narzekali, że ich stadion będzie za mały, mieści 14 572 osób, lecz to bardzo ładny (szczególnie wewnątrz) i funkcjonalny obiekt. Kosztował ponad 150 mln zł. 


fot. Merek Polak
Bardzo duży (16 086 osób) jak na niewielkie miasto Lubin. Inwestorem był jednak KGHM, więc firma którą stać na taki luksus. Zresztą koszt 130 mln zł nie jest specjalnie wysoki, jak na tego typu obiekt.  Jeśli go porównać, ze starym stadionem Zagłębia, pieniądze można uznać za dobrze wydane. 

fot. www.arka.gdynia.pl


Za niespełna 80 mln zł Gdynia zafundowała sobie bardzo ładny stadion, na którym mecze rozgrywa Arka. Może na nim gościć 15 139 kibiców, a jedynym mankamentem wydaje się być zadaszenie, nie obejmujące wszystkich rzędów trybun.























sobota, 25 października 2014

El Clasico

fot. suitelife.com
Nawet kiedy ktoś nie jest fanem hiszpańskiej piłki, wówczas gdy stają na przeciwko siebie Real i Barcelona powinien na chwilę się nim stać. Akurat może nie będzie to najważniejsze El Clasico w ostatnich latach, lecz  nie wykluczam, że jedno z ciekawszych.
Obie drużyny są w wyśmienitej formie. Po słabym początku, Real się rozpędził i gra fenomenalnie. Ich siłą jest przede wszystkim atak. W ośmiu kolejkach zdobyli 30 goli, czyli prawie 4 na mecz. Połowa tego dorobku to zasługa Ronaldo, który sam na na koncie więcej trafień, niż większość ekip Primera Division. Ogromna szkoda, ze nie będzie mógł liczyć na wsparcie Bale'a. Walijczyk jest kontuzjowany i na pewno nie zagra.
Królewscy są żądni rewanżu za porażki w zeszłym sezonie. Przegrali wtedy oba starcia, a na Bernabeu koncert zagrał Messi, gnębiąc gospodarzy hattrickiem. Ogólny bilans spotkań jest jednak korzystny dla stołecznych, choć przewaga stopniała do minimum. Real musi gonić odwiecznych rywali w tabeli ligowej. W przypadku porażki, Barcelona będzie mieć już 7 punktów więcej, co znacznie przybliży ich do tytułu mistrzowskiego. 
Katalończycy zadziwiają wysoką formą defensywy. W lidze nie stracili jeszcze nawet gola. Jednak kibice tej drużyny, bardziej  chcieliby podziwiać piłkarzy zdobywających bramki. Na El Clasico wróci, nie widziany od mundialu Suarez. Oby błysnął czymś innym, niż gryzienie rywali. Messi ma szansę pobić rekord strzelonych bramek w hiszpańskiej ekstraklasie, należący do Telmo Zarry. Gdyby dokonał tego na obiekcie odwiecznego wroga, tym bardziej wyczyn byłby zapamiętany. Mam nadzieję, że jednak nie przerwą z tej okazji meczu, bo kibice Realu raczej nie docenią sukcesu Argentyńczyka.
Nie wolno zapominać o Neymarze, który wbrew początkowym obawom, nieźle sobie radzi w meczach z Królewskimi. Mamy, więc trójkę graczy z Barcelony kontra jeden, ale grający życiówkę Ronaldo.
To ostatnie starcie z Realem, przed planowanym na listopad referendum w sprawie niepodległości Katalonii. Może nie wszyscy piłkarze są wprowadzeni w temat, ale kibice na pewno i dadzą temu wyraz.











czwartek, 23 października 2014

Puchar dla ubogich

fot. www.lovefootball.pl
Zimny, deszczowy, jesienny wieczór. Idealna pora, żeby siąść sobie przed telewizorem/monitorem i obejrzeć mecz. Tym bardziej, że tydzień pucharowy, więc z ofertą programową nie powinno być kłopotu. Patrzę na livescore: Dnipro-Karabach, Celtic-Astra Giurgiu, Torino-HJK, Estoril-Dinamo Moskwa, Aalborg-Dynamo Kijów. Chyba jednak dzisiaj zrezygnuję z futbolu i włączę jakiś film. Oczywiście trochę przesadziłem, bo pewnie w każdej kolejce Ligi Europy można by wyszukać co najmniej jedno ciekawe spotkanie. Powiedzmy, że starcie Partizana z Besiktasem, na siłę mogłoby przyciągnąć postronnego widza. Chodzi jednak o szersze zjawisko, jakim jest psucie towaru o nazwie "europejskie puchary".
Już w Lidze Mistrzów mamy z tym do czynienia. Rozpięty do granic możliwości terminarz powoduje, że mecz czołowych drużyn europejskich traci walor święta, a staje się nieciekawą codziennością. Wiele osób, interesuje się tymi rozgrywkami dopiero od fazy pucharowej. Niespodzianki w grupach, można i tak policzyć na palcach jednej ręki. Pewnie wiele osób pamięta, że kiedyś była druga faza grupowa. Na szczęście dość szybko zrezygnowano z tego poronionego pomysłu i wprowadzono dodatkowy szczebel play-off.
Jeszcze gorzej ma się sytuacja, w przypadku drugich rozgrywek pucharowych organizowanych przez UEFA. Reforma Platiniego sprawiła, że do połowy grudnia będzie rywalizować 48 zespołów. Rozumiem ukłon w stronę biedniejszej części futbolowego świata, tylko mam wątpliwości czy im to tak naprawdę pomoże. Premie finansowe są w Lidze Europy niewielkie, a możliwość wypromowania zawodników też mocno ograniczona. W dojrzalszych piłkarsko krajach, raczej mało kto traktuje te rozgrywki poważnie. No może poza Półwyspem Iberyjskim, który od lat dominuje na tym podwórku. 
Kluby angielskie grają chyba tylko za karę. Zresztą mówił o tym Ferguson czy Harry Redknapp. Wisła awansowała kiedyś, bo Fulham straciło gola z Odense w ostatniej akcji meczu. Teoria spiskowa głosi, że zawodnicy z Londynu zrobili to specjalnie, gdyż nie bardzo chciało im się rozgrywać dwa dodatkowe mecze na wiosnę. Kibice z Wysp już chyba bardziej cenią Puchar Ligi, niż europejskie trofeum klasy B. Nie mówią nawet o mistrzostwie Anglii, czy FA Cup.  
Tak rozbuchana formuła Ligi Europy jest dodatkowo niesprawiedliwa dla ekip, które biorą w niej udział . Często odbija się to na wynikach osiąganych w rodzimych ligach. To niepoważne, żeby trzeba było wybierać: albo odpuszczamy w czwartek, albo w weekend.
Widzę potrzebę istnienia drugiego frontu europejskich zmagań klubowych, lecz nie ma konieczności, żeby uczestniczyło w nim aż tyle drużyn. Powrót do formuły Pucharu UEFA byłby rozsądnym wyjściem.










środa, 22 października 2014

Lecą głowy trenerów

fot. sport.fakt.pl
Za oknem liście spadają z drzew, a w polskiej lidze lecą głowy trenerów. Porażki 0-5 z Jagiellonią nie zdzierżyli włodarze Pogoni Szczecin i postanowili pożegnać się z Dariuszem Wdowczykiem. Jest to piąty szkoleniowiec tracący robotę w bieżącym sezonie, ale co ciekawe dopiero drugi Polak.
Nie jestem fanem pana Dariusza. Nie neguje jego kompetencji, natomiast jakoś trudno zapomnieć o korupcyjnej przeszłości. Jeśli jednak w Szczecinie nie mieli z tym problemów przy jego zatrudnianiu, to na pewno przyczyna zwolnienia była inna. Podobno wyniki osiągane przez Pogoń, znacząco odbiegają od przedsezonowych oczekiwań. Patrzę w tabelę i naprawdę sytuacja nie wymaga tak nerwowych ruchów. Przewaga nad strefą spadkową jest bardzo bezpieczna, a strata do czołówki niewielka. Jeden wygrany mecz może sprawić, że drużyna znowu będzie w ósemce. Przecież nie przesadzajmy, szczecinianie nie mają potencjału na europejskie puchary. 
Jeszcze niedawno Wdowczyk był typowany na przyszłego selekcjonera polskiej kadry. Zewsząd chwalony popełnił chyba ten sam błąd co Kocian (zresztą jego następca) i za mocno rozbudził oczekiwania. Z zespołu odszedł Akahoshi - jego czołowa postać, w trakcie rundy pożegnał się Lewandowski, za to nie przyszedł nikt wartościowy. Wobec plagi kontuzji musiało to mieć negatywny wpływ na postawę szczecińskiej ekipy. Nie wiem jaką rolę miał przy transferach Wdowczyk, ale znając polskie realia niewielką. Trudno mieć zatem pretensje o słabsze wyniki, a wysokie porażki zdarzają się nawet najlepszym. Fergusona nikt nie wyrzucił po przegranych derbach 1-6.
Pocieszeniem dla Wdowca może być to, że karuzela trenerska w Polsce kręci się w najlepsze. Wypadł z niej Mariusz Rumak, a po chwili już odnalazł się w Bydgoszczy. Jan Kocian jeszcze szybciej znalazł nowego pracodawcę.
Przecież w Kielcach wspominają Wdowczyka jednak z sentymentem, natomiast pozycja Ryszarda
Tarasiewicza nie jest najmocniejsza. Z kolei on mógłby poszukać szczęścia w nieodległym Krakowie. Jak zwalniają, to znaczy że będą zatrudniać.




wtorek, 21 października 2014

El Loco znów szaleje

fot. www.foot-sur7.fr
Dwa miesiące temu nazwałem go najlepszym transferem lata w Ligue 1. Jeśli ktoś mógłby odebrać supremację PSG, to tylko on. Marcelo Bielsa prowadzi Marsylię do tytułu i robi to w charakterystycznym dla siebie, barwnym stylu.
W tamtym roku ekipa ze Stade Velodrome uchodziła za nudną. Uplasowali się na zaledwie szóstym miejscu, strzelali mniej niż 1,5 bramki na mecz, sporo spotkań remisowali. Bieżące rozgrywki też zaczęli słabo, bo od remisu i porażki. Później jednak rozpoczął się koncert. W niedzielę seria zwycięstw wydłużyła się do ośmiu. Po drodze rozgromili Niceę 4-0, Rennes 3-0, a Reims na własnym stadionie zostało upokorzone wynikiem 0-5.
Nie dziwi, więc średnia goli na mecz wynosząca 2,5. Marsylia uzbierała 25 bramek, w zeszłym sezonie taką liczbę osiągnęła dopiero w połowie grudnia. To, że Bielsa preferuje ofensywny styl pokazał we wcześniejszych miejscach pracy. Niewiele brakło, aby z Bilbao wygrał Ligę Europy. Rozpędzoną, zwłaszcza na wiosnę maszynę, zatrzymało dopiero w finale Atletico Madryt, tworzące potęgę, którą widzieliśmy w minionych rozgrywkach. Po drodze ofiarami El Loco padły takie marki jak Manchester United, Schalke oraz Sporting Lizbona.
Wcześniej prowadził reprezentację Chile i również tam jest wspominany z ogromnym respektem. Wyprowadził tą ekipę z kryzysu i zbudował podwaliny reprezentacji, która do tej pory liczy się na świecie. Obecny selekcjoner La Roja - Jorge Sampaoli wzoruje się na rodaku i zawsze podkreśla jaki wpływ wywarł na niego Bielsa.
Nie zawsze jednak było tak różowo. Chyba za jego największą, trenerską porażkę trzeba uznać występ na Mundialu w Korei i Japonii. Prowadził wtedy kadrę swojej ojczyzny, jednak w słabym stylu odpadł już po fazie grupowej. Olimpijskie złoto zdobyte dwa lata później, tylko trochę przesłoniło wpadkę na mistrzostwach świata. A o tym, jak bardzo jest przywiązany do stron rodzinnych świadczy fakt, że z własnych pieniędzy przekazał 1,6 mln euro swojemu pierwszemu klubowi - Newell's Old Boys, na budowę hotelu, który utrzymywałby zespół z Rosario.     
Na pseudonim zapracował niekonwencjonalnym i często dość nerwowym zachowaniem. W czasie meczu chodzi tam i z powrotem wzdłuż linii bocznej. Jeśli siada, to przeważnie na skrzynce z napojami. Ostatnio źle się to dla niego skończyło, bo akurat ktoś  postanowił połozyć tam kubek z kawą. Znając temperament Bielsy, nie chciałbym się znaleźć w skórze tamtego gościa.
fot. www.marca.com










poniedziałek, 20 października 2014

Szczecinekgate - ile wolno mundurowym

fot. www.kryzysowo.net
W piątek serwis NaTemat.pl opublikował nagranie interwencji Strażników Miejskich ze Szczecinka. Jasno i bez wątpliwości wynika z niego, że funkcjonariusze w rażący sposób przekroczyli swoje uprawnienia. Słychać jak wymuszają na zatrzymanym podpisanie dokumentu, a wobec jego sprzeciwu traktują go gazem pieprzowym. Słowa: "podpisujesz albo działka gazu" wejdą chyba już na stałe do języka potocznego. A to wszystko dzieje się w 25 lat po odzyskaniu Wolności.
Nie bronię zatrzymanego chłopaka. Być może rzeczywiście zakłócał porządek, lub w jakiś inny sposób naruszył prawo. Od wymierzania sankcji są jednak odpowiednie organy, a nie Strażnicy. No chyba, że w Szczecinku obowiązuje inne, niż w całej Polsce prawo, pozwalające karać na miejscu, w dodatku cieleśnie. 
Na szczęście, po początkowej opieszałości burmistrza i Komendanta Straży Miejskiej, dzisiaj podjęto decyzję o wyrzuceniu z pracy najbardziej agresywnego funkcjonariusza. Dwóch jego kolegów, którzy biernie przyglądali się całej sprawie, zostało urlopowanych do czasu wyjaśnienia zajścia przez prokuraturę. Szkoda tylko, że stało się to po nagłośnieniu sprawy przez media. Jeszcze w weekend obaj decydenci wypowiadali się znacznie ostrożniej.
Sam Komendant oddał się do dyspozycji burmistrza (cokolwiek to znaczy, bo przecież podwładny w każdej chwili jest do dyspozycji szefa). Jak powiedział mi rzecznik szczecineckiego magistratu, nie wiadomo kiedy  zostanie podjęta decyzja w tej sprawie, jednak ma się to odbyć jeszcze przed wyborami samorządowymi. 
Niepokoić może fakt, iż to lokalna prokuratura będzie badać nadużycie władzy przez Strażników. Czy nie byłoby bardziej transparentnym rozwiązaniem, wyłączenie się i oddanie postępowania osobom z zewnątrz?
Za wszystko zapłacą pewnie mieszkańcy Szczecinka. Nie trudno się domyślić, że konsekwencją zdarzenia będzie pozew cywilny ze strony poszkodowanego. Obojętne czy zapłaci magistrat, czy Straż Miejska, będą to pieniądze podatnika. Nikt z władz nie pomyślał do tej pory, aby skontaktować się z poszkodowanym i spróbować załagodzić konflikt, zanim pójdzie on do sądu.
Kolejna sprawa to standardy obowiązujące w służbach mundurowych. I zapewne dotyczy to każdej miejscowości w Polsce. Zwracanie się na "ty" i chamskie traktowanie są na porządku dziennym. Każda czynność funkcjonariusza musi być  poprzedzona podaniem podstawowych danych personalnych oraz przedstawieniem podstawy prawnej i przyczyny faktycznej czynności. Nie wiem, czy w omawianym przypadku Strażnicy się przedstawili, lecz jak wynika z nagrania odmówili wskazania czego właściwie dotyczy interwencja. 
Można mieć też wątpliwości, czy był to pierwszy taki wypadek. Śmiem wątpić. Zwolniony Strażnik pracował już 6 lat, zatem nie był pierwszym lepszym nowicjuszem, który chce poczuć dopiero co otrzymaną władzę. Przeraża też bezczynność jego kompanów. Może to dla nich nie pierwszyzna? Wydaje się koniecznym, przeprowadzanie szerszej kontroli w tamtejszej Straży. Z rozmowy z rzecznikiem wynika, że analizują taką możliwość, lecz nie ma jeszcze konkretnych decyzji.              
Czy gminne straże są potrzebne? Pewnie większość odpowie nie, choć znajdzie się również sporo osób bardzo chwalących ich pracę. Moim zdaniem jeśli mają istnieć, ty tylko w okrojonych ramach, tak jak to miało być na początku. Dublowanie Policji nie ma sensu, zwłaszcza że wyszkolenie tych osób nie predestynuje ich do takich kompetencji i odpowiedzialności, jaką mają policjanci.










niedziela, 19 października 2014

Obiektywizm kibica

fot. M. Petkowicz (pon-check.com)
W dyskusjach o sporcie, prędzej czy później pada argument: "Nie jesteś obiektywny". Przyznaję rację, co więcej w ogóle nie wierzę, że człowiek może wznieść się ponad własne przekonania i osądzać całkowicie obiektywnie. Obiektywna jest bramka wykrywająca metal na lotnisku. Ona, jeśli działa prawidłowo zapiszczy bez względu na pogodę, czy osobę która przez nią przechodzi. Ludzie tak nie potrafią, a swoje poglądy często zmieniają, albo dopasowują do danej sytuacji, tak aby im się to opłacało.
A już na pewno najmniej obiektywnym stworzeniem jest kibic. Najłatwiej to zauważyć oglądając mecz z fanami przeciwnych drużyn. Tą samą sytuację widzą w zupełnie inny sposób. Oczywiście zdarza się również, że na przykład karny jest na tyle ewidentny, iż jego negowanie nie ma sensu. Jednak najczęściej kibic będzie przekonany o krzywdzie swojego zespołu. Co więcej przy analogicznym zdarzeniu, na którym akurat jego pupile skorzystają, ten sam człowiek nawet nie zauważy sprzeczności. Tak już jesteśmy skonstruowani i trudno mieć o to pretensje.
Od obiektywizmu wolę pojęcie rzetelności. Każdy kibicuje "swoim", ale można próbować odwrócić role i w spornej sytuacji, wczuć się w emocje drugiej strony. Dobrze też ustalić samemu sobie jakieś standardy oraz się ich trzymać, niezależnie która strona je łamie. Nie uchroni to przed subiektywizmem, bo koszula bliższa ciału, lecz przynajmniej może zapobiec bezkrytycznemu patrzeniu na własny obóz., niezależnie od okoliczności.

piątek, 17 października 2014

Przegląd arbitrów

fot. www.tvwlodawa.pl
Pełnią bardzo niewdzięczną rolę. Kiedy wszystko im wychodzi, niemal nikt tego nie zauważa, kiedy się pomylą, dziesiątki kamer są dla nich bezlitosne. Sędziowie są nieodłączną częścią piłki nożnej,  szczególnie istotną dopóki nie wprowadzi się powtórek wideo.
Ze względu na aferę korupcyjną, w Polsce dokonała się totalna wymiana kadr. Ludzi umoczonych w ustawianie spotkań, zastępowali młodzi, niedoświadczeni rozjemcy z niższych lig. Miało to oczywiście wpływ na poziom sędziowania. Nowi nie mieli ani umiejętności, ani szacunku ze strony zawodników. Okres przebudowy jeszcze się nie zakończył. Musi minąć trochę czasu, zanim sytuacja na dobre się ustabilizuje.
Tym bardziej, że sprawy nie ułatwiają sami arbitrzy. Jeśli któryś wyrasta ponad przeciętność, najczęściej za chwilę popada w kłopoty. Typowany na europejską gwiazdę Grzegorz Gilewski, odszedł w niesławie gdy okazało się, że również on nie ustrzegł się kontaktów z Ryszardem F. ps "Fryzjer".
Inną słabość okazał Hubert Siejewicz. Białostocczanin był namiętnym fanem tenisowych zmagań, szczególnie Agnieszki Radwańskiej i dał się przyłapać w punkcie bukmacherskim, kiedy rzekomo obstawiał zwycięstwo Polki. Oliwy do ognia dodał fakt, że Radwańska rozpoczęła grać kilkanaście minut wcześniej. O ile mi wiadomo w naziemnych punktach bukmacherskich, nie ma możliwości zakładów na wydarzenia już rozpoczęte. Zresztą to i tak bez znaczenia, bo sędziowie podpisują zobowiązanie, że nie będą uczestniczyć w tego typu rozrywkach, bez względu na dyscyplinę sportu, którą chcieliby obstawiać.
Obecnie za najlepszych uchodzą Szymon Marciniak i Tomasz Musiał. Tego drugiego już dopada wspomniany syndrom. Od kiedy zaczęto o nim głośno mówić, obniżył jakoś swojej pracy. Krakowianin jest miłośnikiem ligi angielskiej, co generalnie się chwali, lecz czasami dopuszcza do zbyt ostrej gry. Podpadł szczególnie Legionistom, gdy nie usunął  z boiska Jakuba Tosika za brutalny faul na Saganowskim.
Zupełnie na odwrót jak Marciniak, który ostatnio walnie przyczynił się do zwycięstwa podopiecznych Berga z Wisłą. Nie zauważył wtedy, że Orlando Sa zdobył gola ze spalonego, choć ten błąd mocniej obciąża arbitra liniowego niż głównego. Zdecydowanie bardziej zawalił w kwietniowym półfinale Pucharu Polski, gdy pozbawił Jagiellonię szans na awans. Generalnie jednak trzyma formę i nie ma sobie równych, wśród polskich "gwizdków".      
Nie da się tego powiedzieć o najbardziej doświadczonych: Marcinie Borskim i Pawle Gilu. Ten pierwszy często podejmuje decyzje zrozumiałe chyba tylko dla niego samego. Sławomir Stempniewski musi włożyć sporo wysiłku, żeby w studio TV wytłumaczyć tok rozumowania swojego podwładnego. Borski wzbudzał kontrowersje odkąd pamiętam. Wypominano mu, że jego ojciec znał się z byłym prezesem PZPNu - Michałem Listkiewiczem. Skandalem była również praca u głównego sponsora jednej z drużyn ligowych. Zawodnicy przeważnie uznają go za najsłabszego arbitra, choć z drugiej strony bywa doceniany przez kolegów i dziennikarzy.
Z kolei Gil zbyt często chce dominować nad boiskowymi zdarzeniami. Nie potrafi sobie wywalczyć autorytetu u piłkarzy w inny sposób, więc zachowuje się wobec nich arogancko. Generalnie wprowadza dużą nerwowość. To mocno "elektryczny" arbiter,  czasem prowokujący nieprzyjemne zdarzenia w czasie meczu. Jego styl przejmuje niestety Paweł Raczkowski, który ma być przyszłością tego zawodu. Nie przypominam sobie jakiegoś ogromnego błędu w wykonaniu warszawianina, natomiast arogancja prędzej, czy później skończy się wpadką.
Największe nadzieję wiążę z Bartoszem Frankowskim. Wśród sędziów zawodowych jest on najmłodszy, ale moim zdaniem najbardziej utalentowany. W Ekstraklasie zadebiutował w 2011 r., a już tego lata był rozjemcą w fazie eliminacyjnej Ligi Europy. Nie jest bezbłędny, lecz można mieć do niego stosunkowo najmniej pretensji. Oby tylko, jak już wejdzie na szczyt, nie zleciał z niego równie szybko, co  jego koledzy po fachu.





















czwartek, 16 października 2014

Jak zniszczyć Ekstraklasę

fot. harry007.flog.pl
W zeszłym tygodniu gruchnęła informacja, że Komisja Licencyjna wszczęła postępowania przeciwko jedenastu klubom w sprawie niewywiązywania się z przepisów licencyjnych. To ponad 2/3 ligi! Smutnego losu uniknęły tylko Legia, Pogoń, Jagiellonia, Podbeskidzie i Górnik Łęczna. Czemu jest tak źle, skoro miało być tak dobrze?
Reforma terminarza rozgrywek miała uatrakcyjnić ligę. Nie wiem na jakiej zasadzie? Można dodać jeszcze kolejne 10 meczów, ale to kompletnie bez znaczenia dla poziomu sportowego. Może nawet przeciwnie, powoduje jego obniżenie. Piłkarze mając za pasem sporo czasu, niespecjalnie wysilają się na początku sezonu. Reforma została zrobiona pod Legię, tak żeby mogła się ona skoncentrować na europejskich pucharach, a później mieć jeszcze szansę nadrobienia ewentualnych strat punktowych w rodzimej lidze.   
Wszystko fajnie, ale taka organizacja szkodzi innym klubom. Wpływy z dodatkowych spotkań, nie pokrywają ich kosztów. Kibice nie są głupi i nie walą tłumnie na mecze za 1,5 punktu. Owszem w decydującej fazie najlepsi grają ze sobą jeszcze raz, wtedy można liczyć na komplet publiczności. Jednak kibice oszczędzają pieniądze na takie hity, więc dla kasy klubu nie są one bonusem. Po prostu wyrównują wcześniejsze straty. Natomiast organizacja spotkań kosztuje. Trzeba zapłacić wyjściówki zawodnikom, zapewnić ochronę, przygotować murawę, itp. Wyjazdy to też koszty - dojazd i zakwaterowanie. Nie bez powodu w żadnej poważniej lidze na świecie, nie stosuje się takiego systemu.
Jak słyszę prezes Leśniodorski domaga się "sprawiedliwszego" podziału zysków z praw TV, czyli takiego  w którym Legia dostanie więcej. To znowu uderzy w mniejsze kluby. Inaczej Wojskowi grożą decentralizacją praw. Powiem wprost, taka decyzja powinna skutkować wykluczeniem warszawian z Ekstraklasy. Jeśli uważają się za pępek świata, niech dołączą do ligi niemieckiej, ciekawe czy ich przyjmą.
Ktoś może zapytać, a po co właściwie są jakieś kluby z Bełchatowa, Łęcznej, Ząbek, itp. Niech kilka najlepszych zespołów gra tylko między sobą. Na dłuższą metę rozwiązanie fatalne. To tak jakby co tydzień zrobić Boże Narodzenie. Po kilku tygodniach, każdy już by miał odruch wymiotny na widok choinki.
Poza tym kilka klubów nie zagospodaruje piłkarsko całego kraju. Ograniczenie się do kilku najsilniejszych zespołów, spowoduje upadek mniejszych ośrodków. Sponsorzy zawsze mniej chętnie dają pieniądze na trzecią ligę, niż na drugą. A ktoś musi wychowywać młodych piłkarzy. Rodzice nie puszczą ośmiolatka na treningi, do miasta oddalanego o kilkadziesiąt kilometrów, tylko zapiszą go na siatkówkę albo judo. Poza tym nieraz talent musi dojrzeć, żeby rozbłysnąć. Robert Lewandowski też był kiedyś za słaby na Legię i musiał  występować w Zniczu Pruszków. Gdyby nie to, dzisiaj byłby pewnie wuefistą lub instruktorem fitnessu.
Nawet największy polski klub nie wybuduje akademii, powiedzmy pod Rzeszowem. Musi być tam obecna jakaś
lokalna marka. W dłuższej perspektywie zubożenie małych, zaszkodzi również dużym. Zmniejszy się podaż zawodników i zmusi to do kupowania ich za granicą. No ale to za kilkanaście lat, a wtedy prezesa Leśniodorskiego już w Legii pewnie nie będzie.























środa, 15 października 2014

Cenny punkt

fot. rmf24.pl
Zgodnie z przypuszczeniami mecz ze Szkocją nie okazał się łatwiejszy od sobotniej konfrontacji. Jedno zwycięstwo nad Niemcami, nie sprawiło, że z miejsca awansowaliśmy do światowej czołówki. Zresztą jak wyrównał się futbol, pokazują wyniki eliminacji, gdzie Islandia ogrywa Holandię, a Słowacja Hiszpanię. 
Po reprezentantach Polski widać było zmęczenie poprzednim spotkaniem. Jasne, że Szkoci też grali, ale rywala mieli słabszego. Zresztą wyspiarskie ekipy, nigdy nie miały problemu z zabieganiem przeciwnika. 
Mecz się dla nas dobrze ułożył - od bramki Mączyńskiego. To człowiek Nawałki w kadrze, pewnie żaden inny selekcjoner by go nie powołał. Brawo za świetny strzał, gol dodał mu pewności siebie, lecz później, były gracz Górnika trochę zniknął z pola widzenia i zajął się głównie destrukcją. Zresztą pod koniec meczu jego powrót uratował nam skórę.
Lepiej spisał się kolejny z zawodników, którzy wskoczyli do jedenastki w trybie awaryjnym. Jędrzejczyk w obronie prezentował się przyzwoicie, nie było widać, że to nie jego pozycja, a dołożył również piękną asystę przy trafieniu Milika. Mógłby obsadzić lewą obroną na dłuższy czas.
Tym razem znacznie gorzej spisała się prawa strona defensywy. Dwie bramki dla Szkotów padły po błędach Piszczka. Najpierw nie wrócił za kontrą, a w drugiej połowie, przy stałym fragmencie zgubił Naismitha. Lepszy był w grze do przodu, jednak jego główne zadanie to obrona. Po tak doświadczonym zawodniku spodziewałem się więcej.
Słabo szło również naszym skrzydłowym. W ich poczynaniach było za dużo chaosu. Za często przegrywali pojedynki jeden na jeden. W końcówce Kamil Grosicki powinien przechylić szalę na naszą korzyść. W wyśmienitej sytuacji trafił tylko w słupek, co można uznać za podsumowanie jego, niezbyt udanego występu. Sobota zdziałał jeszcze mniej, jednak Żyro byłby lepszym wyborem.
Wróciły stare, niedobre schematy. Lewandowski znowu nie miał odpowiedniego wsparcia z linii pomocy i zbyt często sam brał się za rozgrywanie. Później z przodu brakowało człowieka, który absorbowałby szkockich obrońców i dawał miejsce do gry Milikowi.  
Generalnie nie można jednak narzekać. Tydzień temu cztery punkty z Niemcami i Szkocją, każdy brałby z pocałowaniem ręki. Ważne, że eliminacje zaczęły się pozytywnie i już na początku nie pozbawiły nas złudzeń w kwestii awansu. Jesteśmy w grze, a pozycję wyjściową mamy naprawdę niezłą. 










wtorek, 14 października 2014

10 najgłośniejszych nazwisk na rynku transferowym

fot. Onet
Żużlowy sezon dobiega do końca. Co prawda odbywają się jeszcze pojedyncze turnieje, ale emocje kibiców bardziej rozpalają transferowe spekulacje. Nie jest to temat łatwy, bo nie do końca wiadomo, którzy zawodnicy zostaną w dotychczasowych klubach, a którzy zdecydują się na zmianę pracodawcy. Może się, więc zdarzyć, że na mojej liście zabraknie kilku zawodników ze światowej czołówki. W komentarzach można dodawać swoje propozycje.

10. Krystian Pieszczek - ma za sobą nieudany sezon, ale trudno żeby było inaczej skoro jeździł w Wybrzeżu Gdańsk. Jednak w dalszym ciągu to jeden z najzdolniejszych, polskich żużlowców młodego pokolenia. Ma dopiero 19 lat, więc jego przyszły pracodawca inwestuje w przyszłość. Na rynku brakuje młodzieżowców, a ich znaczenie pokazuje skład tegorocznego finału.
9. Grzegorz Walasek - ostatni moment dla tego zawodnika, żeby jeszcze o sobie przypomnieć. Na lidera już się raczej nie nadaje, ale praktycznie wszędzie byłby wzmocnieniem drugiej linii. Ponoć z powrotem w składzie widziałaby go prezes Półtorak. Zainteresowane byłyby również kluby pierwszoligowe, ale to już sportowa emerytura.
8. Tomasz Gollob - pod względem sportowym pewnie już niewiele pomoże, natomiast marketingowo to wciąż pierwszoplanowa postać. W kilku miastach przydałby się ktoś taki, przyciągający ludzi na trybuny. Poza tym Gollob to skarbnica wiedzy o speedwayu i osoba bardzo przydatna w parku maszyn. Myślę, że szczególnie Wrocław powinien powalczyć o byłego mistrza świata.
7. Peter Kildemand - objawienie sezonu. Przyszedł z I ligi, pewnie nie był drogi, a bardzo przydatny. Gdyby sytuacja w Częstochowie wyglądałaby inaczej, Duńczyk mógłby pokazać jeszcze więcej. Ciągle perspektywiczny zawodnik.
6. Jason Doyle - na drugim froncie nie miał sobie równych. Może powtórzyć drogę Kildemanda, który również przychodził do Ekstraligi z Orła Łódź. Awans do GP da ma spory zastrzyk gotówki od sponsorów, którzy powinien przełożyć się na lepszy sprzęt. Z drugiej strony jest to także zagrożenie, bo Australijczyk może sobie nie pogodzić ligi z walką o mistrzostwo świata.
5. Leon Madsen - mimo braku wsparcia kolegów, znalazł się w dziesiątce najskuteczniejszych zawodników ligi. Tym razem Duńczyk chyba wybierze bardziej stabilny klub, bo kolejny stracony sezon może zastopować jego karierę. Na pewno bardzo zainteresowany byłby Tarnów, ale sprawa może się rozbić o pieniądze.
4. Greg Hancock - dość nisko jak na mistrza świata i najskuteczniejszego żużlowca Ekstraligi. Trzeba jednak pamiętać, że Amerykanin w końcu musi kiedyś skończyć karierę. Poza tym czy po tak udanym roku, dalej będzie miał motywację? Ocenę obniżają również wysokie żądania finansowe i tendencja do olewania swoich klubów w najważniejszej części sezonu.
3. Grigorij Łaguta - w przeciwieństwie do swojego brata, który może zostać w Tarnowie, starszy z Łagutów na pewno zmieni pracodawcę. Na naszych torach, Grisza jeździł w tym roku mało, ale jeśli się pokazywał to praktycznie nie zawodził.  Bardzo zainteresowany jest Rzeszów, a jeśli nie wypalą negocjacje z Sajfutdinovem, również Toruń.
2. Martin Vaculik - Jaskółki będą za wszelką cenę chciały zatrzymać Słowaka. Nie wiadomo tylko, czy sprostają jego wymaganiom finansowym, które pewnie wzrosły po udanym sezonie. Sąsiedzi ze wschodu bacznie będą się przyglądać sytuacji. Na wysoką pozycję Vacula wpływa jego cena, niższa niż w przypadku dwóch wcześniejszych zawodników.
1. Emil Sajfutdinov - negocjacje w Toruniu ponoć nie idą gładko. Rosyjska torpeda nie zamierza obniżać swoich żądań, a Anioły tracą przecież najbogatszego sponsora w lidze. W razie czego Emil może dołączyć do Falubazu, któremu przydałoby się odświeżenie wizerunku. Sajfutdinov gwarantuje solidną zdobycz punktową, gdziekolwiek by się nie znalazł.













poniedziałek, 13 października 2014

Młot na Szkotów poszukiwany

fot. Sylwester Wojtas/ www.ekstraklasa.net
Zwycięstwo nad Niemcami ciągle jest tematem numer jeden i pewnie jeszcze przez długie lata będzie się je wspominać. Życie jednak nie pozwala na zasypywanie gruszek w popiele. Już jutro kolejny mecz o punkty, który wcale nie musi się okazać łatwiejszym od sobotniej konfrontacji. 
Na Stadion Narodowy przyjedzie Szkocja - rywal trochę niedoceniany. Drużyna z Brytanii, nie grała na wielkim turnieju od 1998 r., kiedy w słabym stylu odpadła już w fazie grupowej. Przez te wszystkie lata, szkocka piłka nożna była kojarzona głównie z klubami. Celtic i Rangers od czasu do czasu zaznaczały swoją obecność w Europie. Bardziej niż z piłkarzy, kraj słynął z trenerów. Ferguson, Moyes, McLeish, Walter Smith, Strachan, czy Lambert to całkiem dużo jak na niewielką nację. 
W ostatnim czasie trochę się to zmieniło. Moim zdaniem Szkocja ma najlepszą i najbardziej ofensywną drużynę od kilkunastu lat. Z takimi piłkarzami jak Scott Brown, Steve Naismith oraz Shaun Maloney nie są już skazani na typową dla nich taktykę, polegającą na tradycyjnym, brytyjskim kick and rush. Można w to wątpić, jeśli się spojrzy na liczbę zdobywanych bramek, ale w dużej mierze to wynik nieskuteczności. Na przykład przeciwko Gruzji, podopieczni Strachana powinni wygrać wyżej, lecz marnowali dogodne okazje. Brylował w tym przede wszystkim gracz Evertonu. Nie jest powiedziane, że zawsze tak będzie. Zresztą my już w spotkaniu z Niemcami wykorzystaliśmy znaczny zapas farta.
Tytułowy Młot na Szkotów to przydomek króla angielskiego Edwarda I, znanego również z filmu Braveheart. Zdusił on szkockie powstanie Williama Wallace'a i ujarzmił wojowniczych sąsiadów z północy. Charakteryzował się bardzo pokaźnym wzrostem, szczególnie jak na czasy w których żył. Mam wrażenie, że właśnie ta cecha może być również kluczowa w jutrzejszej konfrontacji. Zwłaszcza napastnicy będą zmuszeni do fizycznej walki z rosłymi defensorami rywala.
Na szczęście, zawodnicy powołani przez Nawałkę mają do tego predyspozycje. Lewandowski w sobotę poprzestawiał Durma jak dziecko, Milik też pokazał, że w powietrzu czuje się nieźle. Gdyby zaszła konieczność wprowadzenia Teodorczyka, również by sobie poradził. 
Selekcjoner, zgodnie z zasadą, że zwycięskiego składu się nie zmienia, pewnie nie zdecyduje się na roszady. Zresztą nie ma też dużego wyboru. O ile Jędrzejczyk da radę wskoczyć w miejsce Wawrzyniaka, to Mączyński za Jodłowca byłby sporą zagadką. Ja dałbym szansę Michałowi Żyro. Z Celtikiem radził sobie bardzo dobrze, a skrzydłowi przeciwko ekipie Loewa mnie nie zachwycili. 
Ewentualne zwycięstwo nad Wyspiarzami, praktycznie eliminuje ich z dalszej rywalizacji. Dawałoby nam to ogromny luz psychiczny, bo miejsce w trójce byłoby zaklepane. Jedno zwycięstwo z Niemcami, nie sprawiło jednak, że awansowaliśmy do światowej czołówki. Trzeba również pamiętać, że ostatnie starcie ze Szkotami skończyło się dla nas porażką. W takich okolicznościach, remis też nie będzie wcale złym wynikiem.





        

niedziela, 12 października 2014

Cuda się zdarzają

fot. wroclaw.sport.pl
Polska kadra wszystkie swoje mecze powinna rozgrywać 11 października. Tego dnia, osiem lat temu, zespół Beenhakkera sensacyjnie ograł Portugalię. Od tego spotkania zaczęła się zresztą prawdziwa kariera Holendra w Polsce. Właściwie był  w podobnej sytuacji jak Nawałka, kiedy jednym meczem, całkowicie odmienił los. Dwa lata później wygrał z Czechami, również ratując swoją posadę i zacierając trochę, zły obraz po nieudanym Euro2008.
Wczoraj długo, nic nie zapowiadało korzystnego scenariusza. Po pierwszych, udanych 30 minutach, Niemcy przejęli inicjatywę i byli bardzo blisko otworzenia wyniku. Sytuację za sytuacją partolił Bellarabi. Tak jak Peszko przed trzema laty, tak teraz piłkarz marokańskiego pochodzenia, brakiem skuteczności pozbawił swoją drużynę szans na zwycięstwo. Trzeba również wyróżnić Szczęsnego, fenomenalnie interweniującego w kilku sytuacjach.
Niestety  obawy o defensywę, zwłaszcza jej lewą stronę okazały się prawdziwe. Może dziwnie brzmi to, po meczu w którym Polacy nie stracili gola, lecz nie można tej kwestii pominąć. Goetze momentami robił co chciał, tylko nieskuteczność jego partnerów pozwoliła nam zachować czyste konto. Zdecydowanie najsłabszy był Wawrzyniak. To z jego strony Niemcy stwarzali zagrożenie. Ekslegionista krył na radar i pozwalał na groźne dośrodkowania. Zawodnik, który jest rezerwowym w swoim klubie chyba jednak mecze reprezentacji powinien oglądać sprzed telewizora.       Opłaciła się taktyka z dwoma napastnikami. Milik może nie grał rewelacyjnie, często przegrywał pojedynki z obrońcami, lecz raz znalazł się w odpowiednim momencie i potrafił to wykorzystać. Niemcy całkowicie go odpuścili, na co po cichu liczyłem. Przy kontrach zawsze brakowało człowieka, który na szpicy by ją wykończył. Sam Lewandowski jest zbyt dobrze kryty przez rywali, by to zrobić.
Zresztą Robert był dla mnie bohaterem meczu. To chyba jego najlepszy występ, z białym orłem na piersi. Bramki nie zdobył, zaliczył tylko asystę, ale absorbował Niemców na tyle, że więcej luzu mieli inni polscy gracze. Zachowanie przy drugim golu to mistrzostwo świata.
Historyczne zwycięstwo nad zachodnimi sąsiadami też jest warte tylko 3 punkty. Nie zapewnia nam jeszcze awansu, ale daje wymarzoną sytuację.Pozwoli drużynie Nawałki uwierzyć we własne umiejętności, a także stawia pod ścianą ekipę Loewa. Nie będzie ona mogła odpuszczać Szkotom, czy Irlandczykom, na czym skorzystamy my.




sobota, 11 października 2014

Koniec wieńczy dzieło

fot.hej.rzeszow.pl
W Toruniu zakończą się dzisiaj, tegoroczne zmagania  w cyklu GP. Kwestia tytułu mistrzowskiego została rozstrzygnięta już wcześniej. Tylko kontuzja, na samym początku zawodów mogłaby pozbawić Grega Hancocka tryumfu. Potrzeba mu 9 punków. Co prawda w Nowej Zelandii zdobył mniej, ale trzeba pamiętać, że Kasprzak musiałby otrzeć się o komplet. Krzysiek jest w życiowej formie, jednak pozostanie mu rywalizacja z Woffindenem o srebro.
Ciekawiej zapowiada się walka o utrzymanie się w cyklu. Między siódmym Hampelem, a jedenastym Batchelorem są tylko dwa punkty różnicy. Szans na start, ze względu na kontuzję, nie będzie miał Iversen, ale on może spać spokojnie, bo w przyszłym roku wystartuje na pewno.
Dziwnie spokojny jestem również o Hampela. Widmo znalezienia się poza czołową ósemką, podziałało na niego mobilizująco. Ciągle urzędujący wicemistrz świata w imponującym stylu wygrał na sztokholmskim torze i zaliczył ogromny awans w tabeli. Na Motoarenie, Jarek przeważnie radził sobie bardzo dobrze. Nigdy nie wygrał tu rundy GP, ale na podium staje niemal co roku. W zeszłym, uplasował się na najniższym stopniu. 
Postawiłbym również na Jonssona. Dwa tygodnie temu, w swojej ojczyźnie radził sobie naprawdę dobrze. Karta odwróciła się dopiero w półfinale. To jest największy mankament Szweda, brakuje mu determinacji w dążeniu do zwycięstwa. Kiedy innych napędza rywalizacja, Jonsson często ustępuje im miejsca, zadowalając się niższą lokatą. W swoim najlepszym sezonie, potrafił wygrać w grodzie Kopernika, więc ten tor nie powinien być dla niego przeszkodą.
Nie można także wykluczyć niespodzianki. Motoarena już była jej świadkiem. W czterech dotychczasowych odsłonach, za każdym razem wygrywał ktoś inny. To tutaj tryumfowali Lindbaeck i Miedziński, którzy przecież nie należą do światowej czołówki. Ciekawe, czy to specyfika toru, czy może terminu, sprzyjającego demobilizacji najlepszych. Miedziak będzie miał dzisiaj okazję udowodnić, że zeszłoroczny sukces nie był jednorazowym wybrykiem.







piątek, 10 października 2014

Czekając na cud

fot. sport.wpl.pl
W sobotę mecz z Niemcami. Jak wiadomo nasi zachodni sąsiedzi, to jedyna drużyna ze światowej czołówki, której jeszcze nigdy nie pokonaliśmy. Wygrywaliśmy tylko z NRD, ale to zupełnie inna sprawa. Takie spotkania to również okazja do wspominek. Chyba już cały zespół "Orłów Górskiego" został przepytany na okoliczność konfrontacji z Niemcami, na mistrzostwach świata w 1974 r.
Mniej wspomina się o meczu z 2011 r., kiedy kadra Smudy była chyba upragnionego celu najbliżej. W mocno rezerwowym składzie, podopieczni Loewa zdołali rzutem na taśmę zremisować w Gdańsku 2-2. Na Narodowym wystąpi pewnie kilku rywali sprzed 3 lat: Goetze, Schuerrle, Kroos, czy Mueller.  Teraz to oni grają pierwsze skrzypce w swojej ekipie, wtedy w większości byli zmiennikami. Po wygraniu Pucharu Świata, Niemcy postanowili odmłodzić reprezentację. Kilku kluczowych zawodników, samych zrezygnowało z gry w narodowych barwach. Jak widać po postawie Hiszpanów, wietrzenie jest konieczne nawet w najlepszych teamach.
Zdecydowanie większe problemy mają Polacy. Minęło prawie 12 miesięcy, od kiedy Adam Nawałka został selekcjonerem, a w naszej grze nie widać żadnego postępu. Rozgromienia amatorów z Gibraltaru nie może zaciemniać obrazu. Za główne mankamenty uważam dwie sprawy: kiepska obrona i brak wsparcia dla Lewandowskiego.
Wtedy, w Gdańsku zawalił Wawrzyniak, który poślizgnął się i nie przeszkodził Muellerowi w dograniu do Cacau. Tragiczne spotkanie rozegrał również Głowacki. Nie dość, że mylił się na potęgę, to jeszcze wyleciał za czerwoną kartkę. Szczerze mówiąc niewiele się od tamtej pory nie zmieniło. Boki obrony to nasza pięta Achillesowa. O ile Piszczek jest zdrowy, to prawa strona jeszcze jakoś wygląda. Na lewej flance mamy za to notoryczną łapankę. Miał zagrać Boenisch, ale złapał uraz i z konieczności wyjdzie stoper - Jędrzejczyk. Po graczu Leverkusen nie ma co płakać i tak nigdy, wiele kadrze nie dawał.
Oczywiście wielokrotnie się zdarzało, że środkowy obrońca świetnie sobie radził na boku (na ostatnim mundialu Howedes), tylko czemu Nawałka, mając sporo czasu, ani razu nie sprawdził takiego wariantu w sparingu? Czy mecz z Niemcami  to odpowiedni moment na eksperymenty?   
Po drugiej stronie boiska ma wyjść dwóch napastników. Uważam, że to dobre rozwiązanie. Nie ma co murować bramki, bo przeważnie źle się to kończyło. Zresztą do takiej taktyki też trzeba mieć wykonawców, a obecnym defensorom niezbyt ufam.
Milik zbiera w Ajaxie coraz lepsze recenzje. W kadrze strzelił Litwinom, więc coś tam potrafi. Zresztą nie ma nikogo lepszego na jego miejsce. Mam nadzieję, że Niemcy tak mocno skoncentrują się na Lewandowskim, że tyszanin będzie miał sporo wolnego miejsca. Oby potrafił to wykorzystać. Poza tym, jak zwykle liczymy na skrzydła. Mamy tam szybkich zawodników, jest zatem szansa, że któryś choć raz się urwie rywalom i Neuer znajdzie się w tarapatach. Do tego jednak potrzeba też skuteczności, o czym przekonał nas Peszko, we wspomnianym 2011 r.
Nie będę udawał optymisty, wyrwanie Niemcom choćby oczka, byłoby niesamowitą sensacją. Kibic jednak nie jest racjonalnym stworzeniem i zawsze gdzieś tam wierzy, w głębi serca. Zresztą na Słowaków z Hiszpanią też nikt nie stawiał.    



środa, 8 października 2014

Miasto 44

fot. www.kulturaliberalna.pl
[Tekst zawiera spoilery]
Kilka dni temu miała miejsce 70 rocznica kapitulacji Powstania Warszawskiego. Z mediów trudno się było o tym dowiedzieć. Szkoda, bo 2 października to byłaby o wiele lepsza data na dyskusję o Powstaniu, niż 1 sierpnia. W zamian dostaliśmy film, który dla mniej jest bardziej sugestywny, niż powtarzane w kółko argumenty obu stron.
Zdecydowanie nie jest dzieło z serii "jak wraz z kilkoma kumplami wygraliśmy II wojnę światową". Oczywiście daleko mu do realizmu, zresztą raczej nie tego wymaga się od fabuły. Główny bohater nie zawsze zachowuje się racjonalnie i ma ponadprzeciętnie dużo szczęścia, trudno jednak żądać od reżysera, aby uśmiercił najważniejszą postać w połowie filmu. I tak, w porównaniu z kanonem gatunku, Miasto 44 nie drażni nadmiernym patosem, wręcz przeciwnie, dość gorzko przedstawia obraz wojny.
Sam główny bohater - Stefan, nie jest typem herosa. Do konspiracji przyłącza się przez przypadek. W ogóle raczej poddaje się wydarzeniom, niż próbuje wywierać na nie wpływ. Czasem irytuje jego niedojrzałość, nawet infantylizm, ale przez swoją prostolinijność zyskuje sympatię.  
Mam wrażenie, że w polskim kinie często brakuje momentów, które zapisałyby się w pamięci na dłużej. Janowi Komasie udało się o to zadbać. Scena wybuchu miny samobieżnej, którą ludzie wzięli za czołg i która kończy się deszczem krwi, zapada w pamięć tak mocno, jak pierwsze chwile filmu Szeregowiec Ryan, pokazujące lądowanie na plażach Normandii.
Drugi moment , to kiedy powstaniec musi patrzeć na śmierć swoich najbliższych. Decyzja o walce z Niemcami pociągnęła za sobą ogromne konsekwencje dla ludności cywilnej. Dobrze jest również dostrzec perspektywę tych osób, które były kompletnie bezbronne w starciu z żądnym odwetu wrogiem. Los cywilów zdecydowanie obciąża sumienia podejmujących decyzję o Powstaniu.       
Chyba największe kontrowersje wzbudziły sceny slow motion, na wzór Matrixa. Mi one nie przeszkadzały, choć bez nich Miasto 44 też by się obeszło. Generalnie efekty specjalne dużo powyżej średniej w polskiej kinematografii. 
Dobór muzyki też był kontestowany. Można usłyszeć zarówno przedwojenne szlagiery, jak i dubstep. Mieszanie konwencji nie zawsze musi być czymś złym. Kto sobie wyobraża scenę ataku helikopterów z Czasu Apokalipsy, bez muzyki Wagnera?
Dwie godziny w kinie zleciały nie wiadomo kiedy. Chętnie obejrzałbym jakąś dłuższą, reżyserską wersję. Sequela raczej nie będzie, ale może jakiś spin-off, w tym samym klimacie, ale z innymi bohaterami? Dla mnie na pewno najlepszy, polski film tego roku i jeden z najlepszych ostatniej dekady.

wtorek, 7 października 2014

Przyszły selekcjoner

fot. sport.tvp.pl
"Liga będzie ciekawsza" - mawiał Maciej Skorża, kiedy będąc trenerem Legii gubił punkty. Wygląda na to, że w tym roku rzeczywiście będzie i to właśnie za sprawą Skorży. Lech po zaangażowaniu tego trenera wraca do walki o tytuł.
Złotym dzieckiem polskiej myśli szkoleniowej był właściwie od zawsze. Duża w tym zasługa Pawła Janasa, który został jego mentorem. Spotkali się w Legii. Eksselekcjonerowi tak przypadł do gustu młody adept, że zaproponował mu współpracę w kadrze młodzieżowej. Kooperacja miała swój dalszy ciąg w Amice Wronki. Janas nadzorował tam pion sportowy, a Skorża szkolił grupy młodzieżowe. Kiedy były, najlepszy zawodnik zagraniczny ligi francuskiej, w trybie awaryjnym zastąpił obecnego prezesa PZPN na fotelu selekcjonera kadry, kandydat na najbliższego współpracownika mógł być tylko jeden.
Skorża dostał ogromną, jak na swój wiek władzę w reprezentacji. To on prowadził zajęcia i często wywierał wpływ na dobór taktyki. Pomysł na granie "diamentem" (4-2-3-1) podczas mundialu w Niemczech, był jego autorstwa. Oczywiście po klęsce na tym turnieju musiał odejść, wraz ze swoim pryncypałem.
Już wcześniej zahaczył się w Wielkopolsce, gdzie równolegle prowadził z sukcesami Amicę Wronki. Po pierwsze trofeum sięgnął w Grodzisku Wlk., kiedy z Groclinem wygrał Puchar Polski. 
Prawdziwego rozpędu jego kariera nabrała w Wiśle Kraków. Już w pierwszym roku pracy zdominował rywali i w cuglach sięgnął po tytuł mistrzowski. Krakowianie przegrali wówczas tylko jeden mecz, i to w sytuacji gdy złote medale mieli w kieszeni. Właściwie już po rundzie jesiennej było wiadomo, która drużyna jest najlepsza w kraju. 
Jak to czasami bywa, Skorżą stał się zakładnikiem własnych sukcesów. Po kilku wpadkach musiał pożegnać się z królewskim miastem. Szybko jednak znalazł zatrudnienie w stolicy. Dorobek na Łazienkowskiej budzi kontrowersje. Z jednej strony dwa Puchary Polski, jednak z drugiej brak tytułu mistrzowskiego. Na pewno obciąża go zbytnie zaufanie "truskawkowemu" zaciągowi. Zanim odsunął miernych kopaczy, kupionych często za niemałe pieniądze, zmarnowano sporo czasu. Trzeba jednak pamiętać, że Legia nie miała wówczas tak silnej pozycji jak obecnie.
Praca w Arabii Saudyjskiej to bardzo dobrze płatne wakacje, nie warto się tym zajmować. Na trenerską karuzelę, Skorżą wsiadł z powrotem we wrześniu. Po raz kolejny zatrudnił go Jacek Rutkowski. Widać Wielkopolska dobrze mu służy. 
Co wyróżnia akurat tego trenera od innych? Przede wszystkim zamiłowanie do ofensywnego stylu gry. Mogli się już o tym przekonać kibice z Bułgarskiej. Lech, który za Rumaka ich nie rozpieszczał, w trzech ostatnich kolejkach, aż 13 razy zmuszał do kapitulacji bramkarza rywali. Tacy zawodnicy jak Pawłowski, Lovrencsics czy Hamalainen, jakby odzyskali swobodę w grze. Oczywiście jeszcze za wcześnie na peany, ale jedno według mnie jest pewne. Poznaniacy będą grać znacznie przyjemniej dla oka, a z czasem powinno się to też przełożyć na osiągane rezultaty. 
Sukcesy klubowe nie zaspokoją jednak jego ambicji. Maciej Skorża przy każdej zmianie selekcjonera jest wymieniany wśród potencjalnych następców. To ciągle bardzo młody trener, choć z nieporównywalnym dla jego rówieśników bagażem doświadczeń. Chyba zbytnio nie ryzykuję stawiając tezę, że w końcu dostanie swoją szansę na prowadzenie najważniejszej, polskiej drużyny piłkarskiej.    




  

poniedziałek, 6 października 2014

Zadyszka dominatora

fot. psg.fr
W cieniu rozlicznych, wczorajszych wydarzeń  sportowych, rozegrano w Paryżu hit ligi francuskiej. Spotkanie mistrza z wicemistrzem nie można nazwać inaczej, choć obie drużyny zmagają się z problemami i sezon rozpoczęły kiepsko. Dotyczy to zwłaszcza Monaco, które sprzedało dwóch najlepszych graczy. Właściciel drużyny stracił na rozwodzie połowę majątku szacowanego na 9 mld $. Co prawda zostało mu jeszcze 4,5 mld, ale najwidoczniej nie ma wielkiej ochoty tracić ich na futbol. No cóż, nowa partnerka też ma swoje potrzeby.
Dość nieoczekiwanie to klub z Księstwa był strona przeważającą. Owszem, gospodarze częściej byli w posiadaniu piłki, lecz nie specjalnie wiedzieli, co z nią zrobić. Brak Zlatana był aż nadto widoczny. Cavani się starał, ale momentami wprowadzał więcej chaosu, niż było z niego pożytku.
Za to podopieczni Leonardo Jardima bardzo groźnie kontrowali. Po kapitalnym strzale Carrasco, na wysokości zadania stanął Salvatore Sirigu. Z kolei po strzale Layvina Kurzawy, piłkę z bramki wybijał obrońca. Inna sprawa, że niedoszły reprezentant Polski powinien wykończyć tą akcję z większą pewnością.
Kiedy wydawało się, że bramka dla Monaco jest kwestią czasu, paryżanom wyszła jedna kontra i to oni objęli prowadzenie. Rywale wyrównali tuż przed końcowym gwizdkiem, po ping-pongu w polu karnym. Obrona zespołu Laurenta Blanca zachowała się bardzo nieporadnie. Davidowi Luizowi przypomniały się pewnie obrazki z brazylijskiego mundialu.   
Tym samym PSG znowu nie udało się zgarnąć pełnej puli. W dziewięciu kolejkach mistrz wygrał tylko trzy razy, choć z drugiej strony jeszcze nie znalazł pogromcy. Rozpieszczeni kibice z Parc des Princes mogą się jednak poczuć trochę zaniepokojeni postawą drużyny. Tym bardziej, że urósł im poważny konkurent. 
Nie miałem wątpliwości, że Marcelo Bielsa to właściwy człowiek na szkoleniowca Marsylii. Mimo to, nie spodziewałem się aż tak szybkich rezultatów. Po słabym początku, ekipa z południa zanotowała siódmą wiktorię z rzędu. Najgroźniejszych rywali ze stolicy wyprzedza już o siedem oczek.   

Tytuł wrócił do Gorzowa

fot. www.forum.stalgorzow.pl
Niespodzianki nie było. Na własnym torze, żółto-niebiescy przypieczętowali tryumf nad Unią Leszno i po przeszło 30 latach, ponownie wspięli się na najwyższy stopień podium. Przeciwnik postawił znacznie trudniejsze warunki, niż w fazie zasadniczej, lecz gospodarze właściwie od początku kontrolowali przebieg wydarzeń. Pewnie, gdyby sprawa mistrzostwa nie była rozstrzygnięta już wcześniej, końcówka meczu wyglądałaby inaczej.
Do żelaznego trio Kasprzak-Zagar-Zmarzlik, dość nieoczekiwanie dołączył Linus Sundstroem. Szwed to zawodnik co najwyżej solidny, punktujący głównie u siebie, ale wczoraj miał dzień konia. W pokonanym polu zostawił wszystkich asów Leszna, z Pawlickim i Pedersenem na czele.
Wśród Byków trudno kogoś wyróżnić. No może poza Piotrem Pawlickim, ale on jest w takiej formie, że  11 punktów + bonus w sześciu startach, nie robi takiego wrażenia. To w sumie wina Zmarzlika, który na Smoczyku ustawił poprzeczkę na niebotycznym poziomie.
Zawiedli głównie obcokrajowcy, którzy łącznie wywalczyli 10 punktów. Nicki, na dobrze przez siebie znanym torze, jeździł bezbarwnie i wygrał tylko jeden bieg. Ten sezon dla Duńczyka był wybitnie nieudany. Kto wie, czy to nie koniec Pedersena, którego znaliśmy wcześniej. Nie ma już takiego ciśnienia na wygrywanie. W GP czeka na zwycięstwo ponad dwa lata. Zresztą on nigdy nie przynosił szczęścia swoim ligowym zespołom. Nie wspominam o pozostałych przedstawicielach ojczyzny Hamleta, bo zaprezentowali się katastrofalnie.
Po gościach było widać spore nerwy. Trochę mnie to zdziwiło, miało być przecież inaczej. Byki i tak osiągnęły w tym sezonie więcej, niż można było się spodziewać. W finale to Stal powinna być pod presją wyniku. A tu już na początku spotkania, nerwów na wodzy nie utrzymali Michelsen i młodszy z braci Pawlickich. Mam wrażenie, że ustawiło to mecz i całkowicie zdeprymowało leszczynian.   
Dlaczego Gorzów zdobył złoto? Bo miał najbardziej wyrównany zespół. W czołowej dziesiątce zawodników ligi, klub reprezentuje tylko Krzysztof Kasprzak. Prawdziwą siła była druga linia, dająca pewność przyzwoitego wyniku, w niemal każdym meczu.
Nie da się również odnosić sukcesów bez przynajmniej jednego klasowego juniora. Akurat obaj finaliści nie muszą mieć tutaj kompleksów, bo w tej kategorii wiekowej nie ma lepszych w Polsce niż Zmarzlik i Pawlicki. To zresztą może oznaczać, że  w kolejnych latach, skład finału nie będzie się znacząco różnił od tegorocznego.